Reklama

Mój najstarszy syn, Sebastian, przez lata był wolnym duchem. Podczas gdy Karolina i Tomek dawno założyli rodziny, on wciąż szukał swojej drogi, co wieczór znikając w blasku miejskich neonów. Wiedziałam, że pod maską poważnego bankowca kryje się facet, który nie potrafi dorosnąć i zamiast o stabilizacji, myśli o kolejnych przelotnych znajomościach.

Nieustannie go dyscyplinowałam, wierząc, że mężczyzna po trzydziestce potrzebuje kogoś, kto nada jego życiu rytm i sens. Sebastian żył w ciągłym biegu, w stresie, który zajadał byle czym i zapijał litrami kawy. Byłam przekonana, że odpowiednia kobieta będzie dla niego niczym kotwica, która pozwoli mu w końcu odpocząć i uporządkować ten chaos.

I wtedy pojawiła się Dominika. Gdy po raz pierwszy przekroczyła próg mojego domu, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Była konkretna, zorganizowana i emanowała pewnością siebie, której mojemu synowi zawsze brakowało. Choć wydawała mi się nieco zbyt zasadnicza, pomyślałam, że to właśnie taka osoba okiełzna jego roztrzepaną naturę. Mocno zaciskałam kciuki, by ten związek przetrwał próbę czasu. Kiedy Sebastian w końcu się ustatkował, myślałam, że to koniec moich zmartwień o jego przyszłość.

Czekałam na wnuki

Kiedy młodzi ogłosili, że spodziewają się dziecka, byłam w siódmym niebie. Karolina miała już córeczkę, Tomek syna, ale to na wieść o potomku Sebastiana zareagowałam najmocniej. Może dlatego, że tak długo na to czekałam? Gdy na świat przyszła Maja, a dwa lata później Filip, czułam się najszczęśliwszą kobietą pod słońcem.

Podziwiałam ich za to, jak sprawnie weszli w role rodziców. Dominika od początku narzuciła wszystkim ostre tempo. Wszystko musiało być „eko”, „bio”. Chwaliłam ich za tę odpowiedzialność, za to, że tak bardzo dbają o dobrostan moich skarbów. Pomagałam im przy każdej okazji, biorąc wnuki do siebie, by młodzi mogli odetchnąć. Jednak z czasem ta pomoc zaczęła przypominać pracę na etacie pod okiem surowego nadzorcy.

Szybko zrozumiałam, że Dominika nie wychowuje dzieci, ona je programuje. Każdy aspekt ich życia był podporządkowany planowi dnia. Nie chodziło tylko o jedzenie, choć i tu lista zakazów była dłuższa niż dekalog. Chodziło o styl życia, w którym nie było miejsca na nudę, brudne kolana czy głośny śmiech.

Synowa była wymagająca

– Mamo, pamiętaj o ich planie aktywności – instruowała mnie, zostawiając dzieci w przedpokoju. – Żadnej bezczynności. Maja ma poćwiczyć wymowę, a Filip powinien dokończyć te układanki logiczne. To bardzo ważne dla ich rozwoju poznawczego. Żyjemy zdrowo, więc nie psuj tego, co wypracowaliśmy.

– Dominika, kochanie, one mają dopiero kilka lat – próbowałam oponować. – Czy odrobina luzu naprawdę im zaszkodzi? Przecież zabawa jest potrzebna.

– W dzisiejszych czasach nie ma miejsca na przeciętność – odpowiadała z tą swoją specyficzną pewnością siebie. – Wszystko, co robią, musi mieć cel. Żadnych ogłupiających bajek, żadnego siedzenia na kanapie. Proszę, trzymaj się tego planu. Tu masz też wykaz przekąsek, które mogą zjeść. Nic innego nie wchodzi w grę.

„Nic innego nie wchodzi w grę” – te słowa brzmiały mi w uszach jeszcze długo po tym, jak zamknęły się za nią drzwi. Patrzyłam na moje wnuki, które stały w salonie jak dwa małe posągi, czekając na kolejne polecenie. Poczułam, jak narasta we mnie bunt. Niedawno przeszłam ciężkie przeziębienie, czułam się osłabiona i ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę, było przestrzeganie listy zakazów synowej.

Zignorowałam listę Dominiki

Zrobiłam dzieciom domowe zapiekanki z dużą ilością sera, a potem usiedliśmy przed telewizorem, by obejrzeć stare, dobre wieczorynki. Widziałam, jak napięcie schodzi z ich małych barków.

– Babciu, czy my naprawdę możemy po prostu posiedzieć? – zapytała Maja, wtulając się we mnie.

W tym momencie zrozumiałam, że Dominika tworzy wokół nich mur, przez który nie dociera żadna spontaniczność. To było chore. Musiałam porozmawiać z synem, bo ta jego „idealna” żonka po prostu ich wykończy. Tamtego popołudnia po raz pierwszy od dawna widziałam na ich twarzach prawdziwe, niekontrolowane szczęście. Filip nazwał mnie najlepszą babcią na świecie, a ja czułam, że robię dokładnie to, co powinnam.

Wnuki się wygadały

Kilka dni później w moim domu zjawił się Sebastian. Po jego minie wiedziałam, że sielanka dobiegła końca.

– Co się stało, synku? – zapytałam, choć doskonale znałam odpowiedź.

– Dobrze wiesz – mruknął z wyraźnym żalem. – Dzieci wszystko wypaplały. Maja płakała rano, że nie chce iść na basen, bo u babci jest fajniej, bo można nic nie robić i jeść „normalne” rzeczy. Dominika jest wściekła. Mówi, że sabotujesz nasze wysiłki.

Wzruszyłam ramionami, nie dając się zastraszyć.

– Bo Dominika zachowuje się jak dyrektor poprawczaka, a nie matka – odparłam twardo. – To są dzieci, Sebastian! Nie możecie im zabraniać wszystkiego, co sprawia im przyjemność w imię jakichś chorych ideałów.

Sebastian aż się zapowietrzył.

– Jak możesz tak mówić? – krzyknął. – My staramy się dać im wszystko, co najlepsze, a ty to niszczysz! Dominika ma rację, za bardzo się wtrącasz. Dopóki nie zrozumiesz naszych zasad i jej nie przeprosisz, nie chcę cię widzieć. Pamiętaj, że swoje dzieci już wychowałaś, teraz nasza kolej!

Mam swoje zasady i koniec

Od tamtej pory milczymy. Sebastian nie odbiera telefonów, a Dominika zablokowała mnie w mediach społecznościowych. Próbowała jeszcze robić mi sceny przez SMS-y, ale krótko odpisałam, że mój dom to nie placówka terapeutyczna. Mój syn zapowiedział, że dopóki nie uznam racji jego żony, nie zobaczę wnuków.

Nie mam zamiaru jej przepraszać. Nadal uważam, że jest fanatyczką, która odbiera tym dzieciom najpiękniejsze lata życia. Jeśli ceną za prawdę jest samotność, to trudno. Wierzę jednak, że Sebastian w końcu przejrzy na oczy, gdy zrozumie, że w ich domu zamiast miłości panuje jedynie regulamin. Czekam na dzień, w którym zapuka do moich drzwi, szukając schronienia przed tym „zdrowym” szaleństwem.

Aniela, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama