„Synowa leni się w domu i tylko ogląda szwedzkie seriale. Gdyby nie moja pomoc, to wnuki miałyby w życiu ciężko”
„Pierwszy raz mnie zatkało, kiedy wpadłam do nich, żeby zostawić pomidory z działki. Akurat była pora obiadowa, dzieciaki marudziły, a w kuchni... cisza. Lodówka otwarta, w garnku na kuchence coś, co wyglądało jak błotnista woda z pływającym makaronem”.

- Redakcja
Nigdy nie uważałam się za osobę szczególnie surową. Może wymagającą – owszem. Za moich czasów, wszystko wyglądało inaczej. Kobieta pracowała, gotowała, ogarniała dom, wychowywała dzieci. Nikt się nie użalał, bo zmęczenie było wpisane w codzienność. A teraz? Wystarczy, że któraś urodzi jedno dziecko i już się robi z niej męczennicę. I wszystko jej się należy – pomoc, odpoczynek, uznanie. Tylko że uznanie trzeba sobie zasłużyć.
Nie mówię tego bez powodu. Od ponad pięciu lat obserwuję z bliska, jak wygląda życie mojej synowej. Nie oceniam pochopnie – wystarczyło kilka dni, żebym zrozumiała, z kim mam do czynienia. I żal mi wnuków. Bo przy takiej matce, to one naprawdę mogłyby nie wyjść na ludzi. Na szczęście jestem ja. I to nie żadna przechwałka, tylko stwierdzenie faktu.
Wzięłam głęboki wdech
Pierwszy raz mnie zatkało, kiedy wpadłam do nich, żeby zostawić pomidory z działki. Akurat była pora obiadowa, dzieciaki marudziły, a w kuchni... cisza. Lodówka otwarta, w garnku na kuchence coś, co wyglądało jak błotnista woda z pływającym makaronem.
– Co to ma być? – zapytałam, zaglądając do środka.
– Zupka chińska. Dzieci lubią – odpowiedziała mi synowa z kanapy, nawet się nie ruszając. Leżała rozwalona, z telefonem w dłoni.
– A ty nie gotujesz dzisiaj? – spytałam ostrożnie, choć we mnie już się gotowało.
– Oj, mamo, a co tu gotować. Po co się męczyć, jak można szybko i prosto.
Wzięłam głęboki wdech. Siedmioletni Stasio siedział przy stole, bawiąc się pustym kubkiem, a czteroletnia Zosia dłubała łyżką w miseczce, wyraźnie niezadowolona.
– Babciu, a ty umiesz zrobić pomidorową? Taką prawdziwą? – zapytała cicho.
– Umiem, ale nie wiem, co na to wasza mama – odpowiedziałam z uśmiechem, ale patrząc prosto w oczy synowej.
– Mamo, nie przesadzaj, dzieci nie umrą od razu od jednej zupki – mruknęła pod nosem i znowu zanurzyła się w telefonie.
– Nie umrą, ale nie muszą żyć na proszku i konserwancie – odparłam.
W odpowiedzi tylko parsknęła śmiechem.
Byłam w szoku
Następnego dnia znowu tam byłam. Nie planowałam tego, przysięgam. Wnuczka przyszła do mnie sama.
– Babciu, mama śpi, a ja chciałam tylko zobaczyć twojego kota – powiedziała z powagą, której nie spodziewałam się po czterolatce.
Zadzwoniłam do drzwi syna, niosąc małą na rękach. Otworzyła mi, oczywiście, ona – rozczochrana, z kubkiem kawy.
– O, to tu jesteś – powiedziała do córki.
– Śpisz do dziesiątej, a dziecko samo łazi po podwórku? – zapytałam, ledwo panując nad głosem.
– Mamo, dramatyzujesz. Przecież nic się nie stało. Poza tym... ja wczoraj oglądałam serial do późna.
– Jaki serial?
– Taki szwedzki, mocny.
– No, świetna inspiracja – rzuciłam. – A kto był z twoimi dziećmi, jak ty przeżywałaś szwedzki dramat?
– No... były w pokoju obok. Ja wszystko słyszę przez ściany.
Pokręciłam głową. Z kuchni dobiegł cichy płacz.
– To Stasio?
– Mamo, daj mi spokój. Czy ty musisz wszędzie widzieć problem?
Zgarnęłam ścierkę i ruszyłam do pokoju.
Nie rozumiał mnie
– Babciu, a czemu mama ciągle mówi, że wszystko robi sama? – zapytał mnie Stasio, kiedy rozkładałam mu czystą pościel.
– A co dokładnie mówi? – zapytałam ostrożnie.
– Że jakby nie ona, to byśmy chodzili głodni i brudni. A przecież ty przynosisz jedzenie i pierzesz nasze rzeczy, prawda?
No i co miałam odpowiedzieć? Tego samego dnia, kiedy syn wrócił z pracy, postanowiłam z nim porozmawiać. Zabrałam go na bok, do kuchni.
– Masz piękne dzieci. A wiesz, że Zosia dzisiaj przyszła do mnie sama, bo twoja żona „odsypiała serial”?
Westchnął, jakby go to już wcale nie zaskakiwało.
– Mamo, ja wiem, ale nie chcę ciągle się z nią kłócić.
– Synu, ona jest matką, a ty – ojcem. Tylko jakoś nie widzę, żebyście działali jak drużyna.
– No przecież pracuję. Przynoszę pieniądze, rachunki płacone, dzieci mają co jeść.
– Dzięki mnie – poprawiłam go. – Bo gdyby nie moje słoiki i pranie u mnie w pralce, to nie wiem, jakby to wyglądało. Przecież nawet obiadu ci nie ugotuje, tylko kupuje gotowe pierogi.
– Nie chcę jej cisnąć. I tak się czuje przytłoczona – burknął, patrząc w blat.
– To może niech się czuje trochę mniej przytłoczona ekranem. A bardziej tym, co się dzieje z jej dziećmi. Albo z tobą.
Chciał coś powiedzieć, ale tylko zacisnął zęby.
– Dobrze wiesz, że jeśli ja się wycofam, to nie będzie tu komu pomóc – dodałam ciszej. – I wtedy zobaczysz, co to znaczy.
Serce mi się ścisnęło
W sobotę zaprosiłam dzieci do siebie. Pachniało ciastem, a telewizor był wyłączony – cud, prawda? Zosia bawiła się guzikami, Stasio coś rysował. Spojrzałam mu przez ramię.
– Co to takiego? – zapytałam, wskazując na obrazek.
– To nasz dom. A tu jesteś ty, babciu. – Pokazał postać z siwymi włosami i wielką chochlą w ręce. – A tu mama. Leży na wersalce i patrzy w telefon.
– A tata?
– Tata jest tu, w samochodzie. Wraca z pracy.
Serce mi się ścisnęło z żalu. Dzieci narysowały dokładnie to, co widzą każdego dnia. Zosia tymczasem podreptała do kuchni.
– Babciu, a możesz nie mówić mamie, że u ciebie dostaliśmy ciasteczka?
– A czemu?
– Bo mama mówi, że słodycze są złe i że przez nie nie chce nam się spać. A ona sama zjada całe opakowanie lodów, jak my idziemy spać.
Stasio spojrzał na siostrę i pokiwał głową.
– Tylko nikomu nie mów, bo ona wtedy krzyczy, że ją osądzamy. A ja nie wiem, co to znaczy, ale to coś złego.
Usiadłam obok nich na dywanie i przytuliłam ich oboje.
– U mnie możecie mówić wszystko. I nikt nie będzie na nikogo krzyczał, rozumiecie?
– Rozumiemy, babciu – odpowiedzieli prawie jednocześnie.
Wiedziałam, że to, co się dzieje w tamtym domu, zaczyna już zostawiać ślady. A przecież to dopiero początek ich życia. Nie mogłam ich zostawić samych z matką, która zapomniała, że dzieci nie wychowują się przez sam fakt istnienia.
Przemówiłam mu do rozsądku
– Mama mówi, że jest zmęczona, bo ma wypalenie macierzyńskie – wypalił Stasio w niedzielę rano, kiedy znów przyszli na śniadanie w piżamach.
– A co to znaczy? – zapytałam, nalewając im kakao.
– Że jak się ma dzieci, to człowiekowi się odechciewa wszystkiego – wyrecytował z powagą.
– A kiedy to powiedziała?
– Wczoraj, do cioci na telefonie.
Westchnęłam. Po południu przyszedł mój syn. Siedział jak na szpilkach.
– Mamo, Justyna się źle czuje. Mówi, że ją wszystko przerasta. I że źle się z tobą czuje, bo masz do niej pretensje.
– Bo mam. I nie są znikąd. Rachunki za gaz, dzieci niedopilnowane, dom w rozsypce.
– No ale mówi, że traktujesz ją jak lenia i że ona się przez to zamyka.
– A co ja mam traktować, jak nie to, co widzę? Gdybym nie prała, nie gotowała i nie odbierała dzieci z przedszkola, to co by było?
– Mamo...
– Dzieci potrzebują rodziców. A że ciebie nie ma od świtu do nocy, to zostaje babcia.
Milczał długo, aż w końcu powiedział:
– Nie chcę, żeby się to wszystko rozsypało.
– To pomóż mi to poskładać.
Wyszłam bez słowa
Zostawiłam dzieci pod opieką sąsiadki i poszłam do domu syna. Tym razem nie z pomidorami, nie z czystym praniem, nie z zupą w słoiku. Weszłam bez pukania, ale zamiast od razu zabrać się za ogarnianie chaosu, usiadłam na kanapie i spojrzałam na Justynę. Leżała pod kocem, w szlafroku, z tabletem w dłoniach.
– Pogadajmy.
– Tylko nie teraz. Zaczęłam nowy odcinek.
– Nie, właśnie teraz. Serial ci nie ucieknie. Dzieci – może.
Pokręciła oczami, ale odłożyła tablet.
– Wiem, co myślisz. Że jestem złą matką. Że nic nie robię. Że wszystko na twojej głowie.
– Nie, myślę, że jesteś dorosłą kobietą, która zapomniała, że dzieci to nie są lokatorzy. To nie są meble, które się odkurza raz w tygodniu. To ludzie. I potrzebują matki.
– Ja się po prostu źle czuję. Mam dość. Czuję się bezużyteczna.
– To zacznij coś robić. Nie czekaj, aż życie minie między kolejnymi sezonami. Bo twoje dzieci rosną szybciej, niż się orientujesz. I zaraz ci zostanie tylko pusty pokój i pretensje.
Synowa spojrzała gdzieś w bok.
– Myślisz, że ja sobie z tym poradzę?
– Nie wiem, ale wiem, że dłużej za ciebie matką nie będę.
Wyszłam bez słowa. Następnego dnia, pierwszy raz od dawna, usłyszałam przez telefon:
– Mamo, zrobiłam pomidorową. Sama. Dzieci jadły aż miło.
– I bardzo dobrze – odparłam.
Janina, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Od świtu do nocy biegam z mopem w rękach, a mąż tylko siedzi na kanapie. Nie widzi, że cały dom jest na mojej głowie”
- „Pojechałam do teściowej na Dzień Babci i straciłam głowę dla jej gościa. Teraz nie wiem, jak spojrzeć mężowi w oczy”
- „W mroźny dzień zacięłam się w windzie z sąsiadem. Weszliśmy jako obcy, a godzinę później znaliśmy się aż za dobrze”

