„Synowa jest nadopiekuńcza i chowa mojego wnuka pod kloszem. Nie mogę go przytulić nawet w Dzień Babci”
„Staś przystanął. Spojrzał na inne dzieci, potem na mamę. Wrócił jak na zawołanie. Serce mi się ścisnęło. Dzieci śmiały się, turlały, miały piach we włosach, w butach, ale w oczach życie. Mój wnuczek miał czyste ręce i oczy pełne rezygnacji”.

- Redakcja
Wychowałam troje dzieci i jestem babcią czwórki wnuków, więc wydawało mi się, że mam jakieś pojęcie o tym, jak wygląda opieka nad maluchem. Życie jednak wciąż potrafi mnie zaskoczyć – tym razem zaskoczyła mnie synowa. Od początku wiedziałam, że jest ostrożna i bardzo przewrażliwiona na punkcie zdrowia swojego synka, ale to, co zaczęło się dziać po jego drugich urodzinach, przerosło moje wyobrażenia.
Staś przestał być zwykłym dzieckiem – stał się kimś, na kogo trzeba chuchać i dmuchać, kto nie może się ubrudzić, skaleczyć ani zbliżyć do rówieśników. Najchętniej synowa zamknęłaby go w szklanym kloszu, a ja zaczęłam się czuć jak intruz.
Zasady synowej mnie szokowały
– Tylko uważaj, mamo, żeby nie dotknął stołu, dobrze? – powiedziała synowa, zanim zdążyłam sięgnąć po talerze.
– A co mu zrobi stół? – zdziwiłam się, bo przecież stał czysty, przetarty przed chwilą.
– Bakterie. On zaraz potem bierze rączki do buzi. Wie mama, jakie teraz są wirusy.
Wzruszyłam ramionami i podałam wnukowi kawałek ziemniaka. Dwuletni Staś siedział obok mnie, ze smoczkiem w buzi i oczami wlepionymi w ekran telefonu, który postawiono mu na podstawce. Na bajkach był skupiony jak chirurg przy operacji.
– To może zjedzcie z nim w domu? – rzuciłam półżartem do syna.
– Mamo, nie zaczynaj – uciął. – Po prostu chcemy, żeby było spokojnie. On się denerwuje przy większym hałasie.
Spokojnie. Czyli nie wolno się odezwać, nie wolno się zaśmiać, nie wolno oddychać przy wnuczku.
Nie rozumiałam tego podejścia
– W moim domu dzieci jadły to, co reszta rodziny – powiedziałam tydzień później, kiedy Staś znów odmówił jedzenia czegokolwiek poza bezglutenową kaszką.
– Tak, wiem – uśmiechnęła się cierpko synowa. – Ale czasy się zmieniły, mamo.
To „mamo” zawsze mówiła takim tonem, że od razu wiedziałam, że zaraz zostanę pouczona. Nie rozumiała, że nie chodzi mi o kaszki ani o gluten. Chodziło o to, że Staś nie znał smaku dzieciństwa. Smaku beztroski, nieoczekiwanych kęsów, które kradło się z cudzego talerza, uśmiechów przy obiedzie.
– Teraz mamy dostęp do badań, statystyk, wiemy więcej – ciągnęła, mieszając maleńką miseczkę.
Staś siedział przy stole w plastikowym śliniaku z rękawkami, wyglądając jak miniaturowy chemik przed eksperymentem. W jego otoczeniu nie było miejsca na przypadek. Każdy kęs musiał być zaakceptowany, najlepiej przez pediatrę i dietetyka.
– Nie uważasz, że to trochę za dużo kontroli? – zagadnęłam delikatnie mojego syna, kiedy zostaliśmy sami.
Westchnął tylko i wzruszył ramionami.
– Ona się martwi. Chce dobrze.
To był koniec rozmowy. Czyli ja, matka trójki, babcia, która kąpała setki razy, gotowała, opatrywała kolana – ja się nie znam. Teraz była nowa epoka.
Serce mi się ściskało
Było lato, piękny dzień. Zaproponowałam, żeby zabrać Stasia na plac zabaw. Mamy blisko park z huśtawkami, zjeżdżalnią, piaskownicą. Dzieciaki biegają tam całymi dniami. Myślałam, że to będzie dobra okazja, żeby mały pobawił się z innymi.
– Tylko nie do piaskownicy – zaznaczyła synowa. – Tam jest pełno zarazków i koty się załatwiają.
– To może chociaż na huśtawkę?
– No dobrze, ale tylko jeśli mama będzie go trzymać.
Czułam się jak ochroniarz celebryty. Staś przez chwilę siedział sztywno na huśtawce, nie wiedząc, czy to zabawa, czy przesłuchanie. Spojrzał na grupkę dzieci taplających się w piasku i ruszył w ich stronę.
– Nie, nie, kochanie – krzyknęła matka. – Piasek brudzi. Chodź do mamy.
Staś przystanął. Spojrzał na inne dzieci, potem na mamę. Wrócił jak piesek na zawołanie. Serce mi się ścisnęło. Dzieci śmiały się, turlały, miały piach we włosach, w butach, ale w oczach życie. Mój wnuczek miał czyste ręce i oczy pełne rezygnacji.
On nie miał dzieciństwa
Któregoś dnia przyjechałam z niespodzianką – ogromny zestaw drewnianych klocków, który kiedyś uwielbiał mój najstarszy wnuk. Miałam nadzieję, że Staś też się wciągnie. Kiedy otworzyłam pudełko, jego oczy na moment się rozjaśniły. Usiadł na dywanie i sięgnął po dwa największe elementy.
– Mamo, nie – zareagowała synowa. – One są nieodkażone.
– To drewno, porządne, tylko stały w szafie.
– Ale on może włożyć coś do buzi. Wiesz, ile na tym może być bakterii?
Poczułam, jak rośnie we mnie bunt. Nie wytrzymałam.
– A wiesz, ile bakterii jest na waszym telefonie, który dajesz mu do bajek?
Zamarła. Syn, który siedział przy laptopie, spojrzał na nas oboje. Atmosfera zrobiła się gęsta.
– Mamo, może lepiej nie wchodźmy w takie dyskusje…
– Może czasem trzeba – powiedziałam cicho. – Bo on nie ma dzieciństwa. Ma tylko zakazy, ekran i sterylne zabawki.
Synowa nic nie odpowiedziała. Zabrała Stasia do kuchni, gdzie podała mu rozgotowaną marchewkę. Klocki zostały nierozpakowane. Ja zostałam z żalem w sercu, że dla własnego wnuka jestem zagrożeniem.
Różnił się od innych dzieci
Staś miał wtedy trochę ponad dwa i pół roku. Od dwóch miesięcy chodził do prywatnego przedszkola, ale tylko na dwie godziny dziennie. Oczywiście z własnym bidonem, z jedzeniem od mamy i z listą zaleceń.
Tego dnia poszłam po niego, bo synowa musiała zostać dłużej w pracy. Czekałam przed budynkiem, aż dzieci zaczęły wychodzić z sal. Maluchy wysypywały się jeden za drugim – brudne, roześmiane, z liśćmi we włosach. I nagle zobaczyłam jego. Stał z boku, przy oknie. Nie biegł, nie piszczał. Stał i patrzył.
Weszłam do środka, podałam pani wychowawczyni moje dane. Skinęła głową.
– Staś jest bardzo spokojny. Zawsze grzecznie czeka, aż inne dzieci się wybawią. Woli obserwować. Nie lubi, jak coś się brudzi.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Zabrałam go do auta. Całą drogę milczał, trzymając tablet w rączkach. I wtedy zrozumiałam.
Zawsze będę na niego czekać
Minęły kolejne miesiące. Staś rósł – nadal zamknięty w swoim bezpiecznym świecie. A ja coraz rzadziej dostawałam okazję, by go odwiedzić. Synowa zawsze miała jakąś wymówkę: że przeziębienie krąży, że za dużo bodźców, że teraz jest „okres wyciszenia”.
Najbardziej zabolało mnie w Dniu Babci. Pomyślałam, że to oczywiste, że choć na chwilę go zobaczę. Upiekłam małą szarlotkę, taką jaką dzieci zawsze lubiły, kupiłam książeczkę z grubymi kartkami i zapakowałam prezent. Zadzwoniłam wcześniej, żeby się upewnić.
– Lepiej nie – usłyszałam. – Teraz wszędzie wirusy. Może zrobimy to innym razem.
Innym razem. Nawet w Dzień Babci nie mogłam go przytulić, zobaczyć, usłyszeć, jak mówi do mnie „babciu”. Wysłałam więc tylko paczkę, a wieczorem dostałam zdjęcie. Staś siedział przy stole, przed nim kartka z naklejonym serduszkiem i podpis: „Dla babci”. Uśmiechał się grzecznie, jak do zdjęcia do dokumentów. Patrzyłam na ekran telefonu i czułam, że moje miejsce w jego życiu powoli przesuwa się gdzieś na margines.
W końcu przestałam się narzucać. Bolało, ale zrozumiałam, że jestem dla nich elementem chaosu. Nie umiem siedzieć cicho, kiedy dziecko chce się poturlać po trawie. Nie jestem babcią od sterylnych kanapek i podgrzewanych chusteczek. Któregoś dnia, kiedy syn przyszedł sam, powiedział cicho:
– On cię lubi, wiesz? Czasem mówi, że chciałby pójść do babci. Ale… no wiesz, jak jest.
Wiedziałam. I nie chciałam już walczyć. Włożyłam pudełko z klockami do szafy. Czekają. Może kiedyś Staś sam po nie sięgnie. Może będzie miał dość siedzenia za szybą. Może zaryzykuje brudne ręce, zdarte kolana i własny śmiech. Nie wiem, czy będę wtedy jeszcze miała siłę klęknąć z nim na dywanie, ale jedno wiem na pewno. Zawsze będę na niego czekać. Na własnych zasadach.
Barbara, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wiedziałam, że córka nie powinna iść na studniówkę z tym chłopakiem. Wszystko to, co się stało, to moja wina”
- „Nie było nas stać na studniówkę, ale córka i tak poszła. Załamałam się, gdy wyznała, skąd wzięła na to pieniądze”
- „W Dniu Dziadka zamiast z laurką przyszłam z kwiatami na pogrzeb. Już nad trumną zaczęła się awantura o ziemię”

