Reklama

Kiedy Michał zadzwonił i powiedział, że chce wrócić na kilka miesięcy, żeby odłożyć na swoje mieszkanie, poczułam ulgę pomieszaną z niepokojem. Był już dorosłym mężczyzną, miał stałą pracę i plany. Wyobrażałam sobie, że wspólne mieszkanie będzie chwilowe i spokojne. Nie przypuszczałam, że największym wyzwaniem okażą się nie pieniądze, lecz nasze oczekiwania wobec siebie.

Czułam się jak opiekunka

Stałam w jego dawnym pokoju i poprawiałam firankę, jakby miał znów piętnaście lat.

– Mamo, naprawdę nie musisz robić generalnych porządków – zaśmiał się, stawiając walizkę przy łóżku. – To tylko na chwilę.

– Właśnie dlatego chcę, żebyś miał tu porządek. Łatwiej się skupić na planach, gdy wokół jest ład – odpowiedziałam.

Przytulił mnie szybko, jakby w biegu. Pachniał męskimi perfumami i obietnicą samodzielności. Usiadł na łóżku i rozejrzał się po ścianach, na których wciąż wisiały stare półki.

– Odłożę w rok, maksymalnie półtora. Wynajmowanie to wyrzucanie pieniędzy w błoto – powiedział z przekonaniem.

Chciałam wierzyć w każde jego słowo. Ustaliliśmy, że będzie dokładał się do rachunków stałą kwotą. Niewielką, bo przecież miał oszczędzać. Skinął głową bez wahania. Pierwszy miesiąc minął spokojnie. Michał wychodził wcześnie do pracy, wracał późnym popołudniem. Wieczorami zamykał się w pokoju, przeglądał oferty mieszkań, robił notatki. Czułam dumę. Potem zaczęły się drobiazgi. Znalazłam w łazience stertę mokrych ręczników.

– Michał, możesz je rozwiesić? Inaczej nie wyschną – zawołałam.

– Jasne, zaraz – odpowiedział zza drzwi pokoju.

„Zaraz” przeciągało się do następnego dnia. W kuchni zostawiał kubki z niedopitą herbatą, na krześle w przedpokoju rosła góra ubrań.

– Przecież to tylko kilka rzeczy – wzruszał ramionami. – Nie przesadzaj.

Nie chodziło o kilka rzeczy. Chodziło o to, że znów czułam się jak opiekunka, nie jak matka dorosłego człowieka.

Nie tak sobie to wyobrażałam

Pod koniec drugiego miesiąca przyszły wyższe rachunki za prąd i wodę. Usiadłam z kalkulatorem przy stole.

– Michał, zużycie wzrosło prawie o jedną trzecią – powiedziałam spokojnie. – Musimy to jakoś uwzględnić.

– Mamo, ale ja przecież płacę to, co ustaliliśmy.

– Ustaliliśmy to, gdy mieszkałam sama.

Westchnął.

– To może podniesiemy o sto złotych? Więcej nie dam rady. Odkładam.

Zgodziłam się, choć wiedziałam, że to wciąż nie pokrywało całości. Tłumaczyłam sobie, że to inwestycja w jego przyszłość. Wieczorem usłyszałam, jak rozmawia przez telefon.

– No pewnie, że jadę z wami na weekend. Trzeba korzystać z życia – śmiał się.

Zamarłam w korytarzu. Korzystać z życia. A oszczędności? Następnego dnia zapytałam wprost:

– Michał, ile już odłożyłeś?

– Spokojnie, mamo. Mam plan. Nie wszystko od razu – odpowiedział, unikając mojego wzroku.

Wtedy po raz pierwszy poczułam, że nasze wyobrażenia o „kilku miesiącach” zaczynają się rozjeżdżać. Ja widziałam konkretny cel i wyrzeczenia. On – wygodny przystanek między młodością a dorosłością. A ja coraz częściej potykałam się o jego brudne skarpetki w przedpokoju i zastanawiałam się, czy przypadkiem nie potykam się też o własne złudzenia.

Nie dawałam rady dźwigać tego sama

Zima przyszła szybko, a wraz z nią kolejne podwyżki. Otwierałam koperty z rachunkami i czułam, jak rośnie we mnie napięcie. Kwoty były wyższe niż rok wcześniej, choć przecież nadal mieszkaliśmy tylko we dwoje. Pewnego wieczoru położyłam faktury na stole.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam, kiedy wyszedł z pokoju z telefonem w ręku.

– Teraz? Jestem w trakcie… – zaczął.

– Tak. Teraz.

Usiadł naprzeciwko mnie, niechętnie, jakby spodziewał się kazania.

– Spójrz – przesunęłam w jego stronę rachunki. – To nie są drobne różnice. Ja nie udźwignę tego sama.

– Ale przecież się dokładam – odpowiedział szybko. – Ustaliliśmy kwotę.

– Ustaliliśmy pół roku temu. Ceny się zmieniły. I nasze życie też.

Zamilkł na chwilę, po czym wzruszył ramionami.

– Mamo, jeśli będę płacił więcej, to nic nie odłożę. Chcesz, żebym tu siedział wiecznie?

Zabolało mnie to zdanie. Jakby winą za swoje ewentualne niepowodzenie chciał obarczyć mnie. I to dlatego, że oczekiwałam sprawiedliwego traktowania.

– Nie chcę, żebyś tu siedział wiecznie – odpowiedziałam ciszej. – Chcę, żebyś w końcu wziął odpowiedzialność.

Wstał od stołu.

– Zawsze coś ci nie pasuje. Najpierw ręczniki, potem kubki, teraz rachunki. Staram się, a ty widzisz tylko minusy.

Drzwi do jego pokoju zamknęły się z trzaskiem. Zostałam sama z papierami i poczuciem, że rozmijamy się coraz bardziej.

Mój dom nie był hotelem

Kilka dni później zajrzałam do skrzynki na listy. Kolejne zawiadomienie o podwyżce czynszu. Usiadłam na ławce przed blokiem i przez chwilę wpatrywałam się w szare niebo. Zrozumiałam, że odkąd Michał wrócił, podporządkowałam swoje życie jego planowi. Rezygnowałam z drobnych przyjemności, odkładałam własne potrzeby, byle tylko jemu było łatwiej. Tego samego wieczoru usłyszałam śmiech dochodzący z jego pokoju. Otworzyłam drzwi bez pukania.

– Przepraszam, że przeszkadzam – powiedziałam chłodno. – Chciałam tylko zapytać, czy możesz jutro zapłacić swoją część. Termin mija.

– Mamo, mówiłem ci, że w tym miesiącu mam inne wydatki. Oddam później.

– Jakie wydatki? – zapytałam.

Zawahał się.

– No… kupiłem nowy telefon. Mój stary już się zacinał.

Patrzyłam na błyszczące pudełko na biurku i poczułam, jak coś we mnie pęka.

– Nowy telefon jest ważniejszy niż rachunki?

– Nie dramatyzuj. To inwestycja. Potrzebuję dobrego sprzętu do pracy.

– A ja potrzebuję poczucia, że mój dom nie jest darmowym hotelem – odpowiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Zapadła cisza. Michał spochmurniał.

– Czyli co? Wyrzucisz mnie?

To pytanie zawisło między nami ciężkie jak kamień. Nie chciałam go wyrzucać. Chciałam, żeby dorósł.

Tamtej nocy długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, słysząc w myślach jego słowa. Zastanawiałam się, czy nie popełniłam błędu, przyjmując go bez jasnych zasad. Może zbyt łatwo zgodziłam się na wszystko, bo w głębi serca bałam się pustego mieszkania?

Wprowadziłam nowe zasady

Rano podjęłam decyzję. Nie o wyrzuceniu go, lecz o zmianie reguł. Wiedziałam, że jeśli teraz nie postawię granicy, za rok będę w tym samym miejscu – z rosnącymi rachunkami i malejącym szacunkiem do samej siebie. Wieczorem zaprosiłam go do kuchni.

– Usiądź. Musimy ustalić nowe zasady – powiedziałam spokojnie.

Patrzył na mnie nieufnie.

– Albo zaczynamy dzielić koszty po równo i ustalamy konkretną datę twojej wyprowadzki, albo będziesz musiał poszukać innego rozwiązania.

W jego oczach zobaczyłam coś, czego wcześniej nie było – strach pomieszany z gniewem. Patrzył na mnie długo, jakby próbował ocenić, czy mówię poważnie.

– Dajesz mi ultimatum? – zapytał w końcu.

Daję ci wybór – odpowiedziałam spokojnie. – Ja też mam prawo do spokojnego życia.

Przez chwilę w kuchni słychać było tylko tykanie zegara. Michał wstał, przeszedł się w tę i z powrotem.

– Myślałem, że mnie wspierasz – rzucił.

– Wspieram. Ale wspieranie to nie wyręczanie – odparłam. – Kiedy byłeś mały, wiązałam ci buty. Teraz powinieneś umieć zrobić to sam.

Usiadł z powrotem, ciężko.

– Ile czasu mi dajesz?

– Trzy miesiące. W tym czasie dzielimy wszystko po równo. Czynsz, prąd, wodę. I ustalamy konkretną datę wyprowadzki.

Skinął głową, choć widać było, że walczy z emocjami.

– Dobrze. Trzy miesiące.

Pierwsze dni były napięte. Unikaliśmy się, rozmowy ograniczały się do krótkich komunikatów. Ale coś zaczęło się zmieniać. Michał sam zaproponował, że przeleje połowę czynszu z góry. Zaczął sprzątać po sobie bez przypominania. Któregoś wieczoru wszedł do kuchni z notatnikiem.

– Mam plan – powiedział. – Policzyłem wszystko. Jeśli naprawdę ograniczę wydatki, dam radę wynająć małą kawalerkę już w kwietniu. Nie będzie od razu własna, ale przestanę stać w miejscu.

Spojrzałam na niego uważnie. Nie brzmiał jak chłopiec szukający wymówki. Brzmiał jak mężczyzna, który coś zrozumiał.

– To dobry plan – odparłam.

Nasze relacje wróciły na właściwe tory

W kolejnych tygodniach widziałam, jak odmawia sobie drobiazgów, które wcześniej uważał za oczywiste. Częściej zostawał w domu, przeglądał ogłoszenia, odkładał pieniądze. Nie musiałam już zaglądać do jego pokoju, by zobaczyć stertę ubrań na krześle. Zniknęły też skarpetki z przedpokoju. W dniu przeprowadzki stałam w drzwiach z kubkiem herbaty. Wnosił kartony do samochodu kolegi, spocony, zmęczony, ale skupiony.

– Dasz sobie radę? – zapytałam, gdy podszedł po ostatnią torbę.

– Muszę – uśmiechnął się lekko. – I… dzięki, że mnie wtedy przycisnęłaś. Było mi wygodnie. Za bardzo.

Przytulił mnie mocniej niż wtedy, gdy wracał z walizką pół roku wcześniej. Tym razem nie było w tym pośpiechu. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, mieszkanie wydało mi się większe i cichsze. Usiadłam przy stole, tym samym, przy którym tyle razy liczyłam rachunki. Tym razem leżał na nim tylko jeden – mój. Zapłaciłam go bez złości. Wiedziałam, że zrobiłam coś trudnego, ale potrzebnego. Nie straciłam syna. Przestałam tylko być jego wygodnym przystankiem.

Tydzień później zadzwonił.

– Mamo, przyjedziesz zobaczyć moje cztery kąty? – zapytał z dumą.

Uśmiechnęłam się do słuchawki.

– Oczywiście. Tylko uprzedzam – sprawdzę, czy nie ma skarpetek na podłodze.

Roześmiał się szczerze. I po raz pierwszy od dawna poczułam, że nasze relacje wróciły na właściwe tory – nie dlatego, że było łatwo, ale dlatego, że oboje dorośliśmy.

Elżbieta, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama