Reklama

Zawsze myślałam, że starość to będzie czas spokoju. Czas na kawę o poranku bez pośpiechu. Na rozmowy z sąsiadką Zosią przy cieście drożdżowym. Na książki. Na działkę. Tak wyglądał mój świat jeszcze kilka tygodni temu – prosty, przewidywalny i w miarę spokojny.

Mieszkam sama od kiedy mój mąż, Jurek, zmarł pięć lat temu. Było nam dobrze. Artur, nasz syn, szybko się usamodzielnił, skończył studia, poznał Karolinę. Zakochał się po uszy. Dobrze pamiętam, jak pierwszy raz mi ją przedstawił – elegancka, zadbana, ale od razu wyczułam ten chłód. Uśmiech uprzejmy, oczy oceniające. Nigdy nie powiedziała niczego wprost, ale wiedziałam: nie pasuję do jej świata.

Nie mam z nią otwartej wojny. Karolina nie krzyczy, nie obraża się. Ona działa delikatniej. Jak trzeba, uśmiecha się słodko i powie „mamusiu”. A potem zrobi swoje, po cichu, za plecami. Artur kiedyś był inny. Czuły. Bliski. Po ślubie coś się zmieniło. Zawsze staje po stronie Karoliny, choćby nie wiem co. Próbuję to rozumieć – rodzina, dzieci, życie.

Dziś jestem babcią dwójki cudownych dzieci: Lenki i Kubusia. Kocham je z całego serca. Naprawdę. Tylko nie jestem ich niańką. Mam już swoje lata. Boli mnie kręgosłup, zasypiam z tabletką przeciwbólową. Kiedy dzieci są u mnie, robię wszystko, żeby czuły się dobrze. Tylko nie mam już tej energii, co kiedyś. Mimo to znów dałam się wciągnąć. Znów chciałam być dobra. Pomóc. Tylko że tym razem się zbuntowałam.

Mieli jechać tylko na weekend

– Mamo, nie chciałabyś spędzić trochę czasu z dzieciakami? Tylko od piątku do niedzieli. My z Karoliną chcemy wyskoczyć w góry, na reset – usłyszałam przez telefon głos Artura.

Wiedziałam, że to nie będzie tylko „piątek-niedziela”. Znałam ich styl. Najpierw słodkie słówka, a potem się zobaczy. Jak miałam odmówić? Lenka piszczała do słuchawki, że się nie może doczekać, a Kubuś zapytał, czy będą racuchy. Zgodziłam się.

Już w piątek po południu miałam pełne ręce roboty. Karolina zostawiła mi torbę z ubraniami, instrukcje spisane na kartce i... dwójkę rozemocjonowanych dzieciaków. Na pożegnanie rzuciła „dziękujemy” przez ramię i ucałowała mnie w policzek. Artur ledwo wyszedł z auta.

Wieczorem zrobiłam obiecane racuchy. Kubuś wylał sok na dywan, Lenka popłakała się, bo nie chciała spać w pokoju sama. Położyłam ich razem, śpiewałam „Stokrotkę”, choć głos mam już ledwie żywy. Sama zasnęłam w fotelu z książką na kolanach i bólem w krzyżu.

W niedzielę rano, gdy już zaczęłam pakować dzieci, dostałam SMS-a od Karoliny: „Zostajemy do wtorku. Całuski!”. Zadzwoniłam od razu.

– Artur, co to ma znaczyć? Mieliście być do niedzieli.

– Oj mamo, nie przesadzaj. To tylko dwa dni. Daj spokój, dzieciaki cię uwielbiają. To chyba nie problem?

– Tyle że nikt mnie o to nie zapytał.

– Oj, nie rób scen, proszę. Karolina już zarezerwowała hotel, wszystko opłacone…

Usiadłam na łóżku. Kubuś właśnie próbował włożyć sobie kredkę do nosa. Lenka czymś chlapała w kuchni. Poczułam się jak opiekunka na etacie, tylko że bez wypłaty i prawa do przerwy.

Wyjazd się przedłużał

Nadszedł wtorkowy poranek. Z ledwością wstałam z łóżka. Plecy bolały jak diabli, ręce drżały ze zmęczenia. A dzieci były rozkosznie wypoczęte, pełne energii. Kubuś urządził wyścigi samochodzików na blacie kuchennym, Lenka pchała się do lodówki po jogurt.

Ledwo zrobiłam herbatę, usłyszałam dźwięk telefonu. Przyszedł nowy SMS od Karoliny: „Wrócimy w środę wieczorem”. Poczułam, jak krew mi uderza do głowy. Przysięgam, miałam ochotę cisnąć tym telefonem o ścianę. Dłoń mi się trzęsła, serce waliło.

Zadzwoniłam do mojej sąsiadki, Zosi. Zawsze miała trzeźwy ogląd sytuacji.

No nie wierzę… To już trzeci raz. Jakbyś była jakąś darmową nianią! – rzuciła.

– Nie chcę wyjść na złą babcię… ale już nie mam siły.

– To przestań być dobrą babcią. Zacznij być mądrą kobietą. Wystaw im fakturę – usłyszałam.

Zaśmiałam się gorzko. Wyobraziłam sobie minę Karoliny, gdybym napisała: „Opieka nad dwójką dzieci, 5 dni – 1500 zł. Wyżywienie, prąd, środki czystości – 250 zł. Nerwy – bezcenne”.

Wieczorem, gdy dzieci wreszcie zasnęły, usiadłam przy kuchennym stole i zalałam się łzami. Płakałam w milczeniu, żeby ich nie obudzić. Nawet nie wiedziałam, czy bardziej z żalu, złości czy bezradności. W mojej głowie zaczęły kiełkować pomysły. Może następnym razem powiem, że wyjeżdżam? A może udam, że jestem chora? Albo po prostu powiem „nie”? Tylko... czy ja jeszcze potrafię? Czy w ogóle mam do tego prawo?

Nie rozumieli moich pretensji

W środę wieczorem przyjechali. Karolina pachniała drogimi perfumami, wypoczęta, uśmiechnięta. Artur miał na sobie nową kurtkę. Weszli do mieszkania, jakby wracali z pracy, a nie z pięciodniowych wakacji.

No i jak dzieci? – rzucił lekko mój syn, rozpinając kurtkę.

– Żyją. Ja też. Ledwo – odpowiedziałam sucho, ocierając ręce o fartuch.

Karolina spojrzała na mnie z ironią.

– Oj, mamo, nie przesadzaj. Przecież to twoje wnuki. Trochę ruchu dobrze robi na krążenie – zaśmiała się. – A dzieci są, jak widzę, przeszczęśliwe.

Zacisnęłam dłonie. Przez pięć dni nie zadzwonili choć raz, żeby zapytać, czy wszystko w porządku. Nie przywieźli ani kwiatka, ani drobnego podziękowania. Tylko gadżety dla dzieci – nowy plecak z jednorożcem i auto na pilota.

Nie tak się umawialiśmy – powiedziałam w końcu.

Artur wzruszył ramionami.

– Mamo, nie czepiaj się. Raz na jakiś czas możesz pomóc. Poza tym dzieci cię kochają.

– To nie o to chodzi. Chodzi o szacunek.

Zrobiła się cisza. Karolina zaczęła zbierać zabawki.

– No dobra. Wyszło, jak wyszło. Nie dramatyzujmy – rzuciła, jakby to był drobny nietakt, nie pięć dni wykorzystania czyjejś dobroci.

Patrzyłam na nich i czułam, jak coś we mnie gaśnie. Jakbym przestała być mamą, a stała się wygodną opcją: „babcią na telefon”, „noclegownią dla dzieci”. Pomyślałam sobie, że już im na to nie pozwolę. Nie w taki sposób.

Wymyśliłam małą zemstę

Dwa dni później siedziałyśmy z Zosią przy herbacie. Przyniosła mi świeże ciasto marchewkowe, a ja – jak to ja – musiałam wylać z siebie żal.

– Pięć dni. Pięć. I nawet nie powiedzieli „dziękuję”. Jakbym była pomocą domową, nie matką – powiedziałam, próbując się nie rozpłakać.

Zosia wzięła łyk herbaty i spojrzała na mnie znad filiżanki.

– Masz rację. Młodzi dziś są roszczeniowi. Nic ich nie rusza. Wiesz co? Wystaw im rachunek. Taki prawdziwy. Z nagłówkiem i kwotami.

– Myślisz, że by zrozumieli?

– Nie wiem. Ale może chociaż się zastanowią.

Tego samego wieczoru, już sama, wzięłam kartkę i zaczęłam pisać:

„Opieka nad dziećmi – 5 dni – 1000 zł
Wyżywienie – 150 zł
Prąd, woda, gaz – 100 zł
Zniszczony dywan – 150 zł
Nadwyrężone nerwy – bezcenne
RAZEM: 1400 zł”

Zaczęłam się śmiać. Tak histerycznie, z goryczą. Kartkę wrzuciłam do szuflady. Przecież i tak bym jej nie dała. Za to w głowie pojawił się inny plan. Może przy kolejnym zapytaniu powiem, że mam wizytę u lekarza albo wyjazd do koleżanki. Albo po prostu powiem: „Nie mogę”. Bez tłumaczenia się.

Zasługuję na szacunek. A oni muszą się wreszcie nauczyć, że nie mają we mnie darmowej instytucji. Przez cały wieczór czułam się dziwnie lekka. Po raz pierwszy od dawna miałam wrażenie, że coś się zmienia. Może na lepsze.

Nie wysłałam rachunku

Usiadłam wieczorem przy stole. Dzień był spokojny – jak kiedyś, zanim wszystko się zaczęło. Ptaszki za oknem, herbata z cytryną, książka niedokończona. Na stole – telefon. Napisałam wiadomość do Artura. Prosto, bez emocji: „Musimy porozmawiać. Serio. Ostatni weekend wiele mi uświadomił”. Patrzyłam na ekran, kciuk zawisł nad przyciskiem „wyślij”. I nagle... zgasłam. Wyłączyłam telefon. Schowałam go do szuflady razem z tą żartobliwą „fakturą”. Nie wysłałam. Przecież nie chodzi o rozmowę. Nie tym razem.

To ja muszę coś zrozumieć – nie oni. Nie będę walczyć o uwagę. Nie będę prosić o szacunek. Oni są dorośli. Skoro nie widzą, jak bardzo mnie wykorzystali, to znaczy, że coś w tej relacji od dawna nie działa. Zamiast tego wyjęłam z szafy starą walizkę. Zapisałam się tydzień temu na wyjazd do sanatorium. Sama, na dwa tygodnie. Na razie nikomu nie powiedziałam. To będzie pierwszy raz od lat, kiedy pomyślę tylko o sobie. Czy czuję się winna? Trochę, ale mniej niż kiedyś. Dziś czuję głównie ulgę.

Zamierzam odpocząć. Poczytać. Posiedzieć w ciszy. Może nawiążę nowe znajomości. Może po prostu odetchnę. Kiedy następnym razem zadzwoni telefon z pytaniem: „Mamo, możesz zająć się dziećmi?” – odpowiem zgodnie z prawdą:

– Nie mogę. Mam swoje plany.

Przecież mam prawo do własnego życia. Do zmęczenia. Do odmowy. Miłość do wnuków nie oznacza bycia służącą. Czasem trzeba powiedzieć „dość”, by ocalić godność.

Renata, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama