Reklama

Zawsze myślałam, że na starość największym lękiem będzie samotność albo choroba. Myliłam się. Najbardziej zabolało mnie coś innego — chłód w oczach własnego dziecka. Chłód, który pojawił się nagle, bez ostrzeżenia, jakby ktoś zgasił światło w dobrze znanym pokoju. Od tamtej chwili każdy dzień stał się próbą zrozumienia, kiedy i dlaczego przestałam być matką, a stałam się przeszkodą.

Obcy przy stole

Siedzieliśmy przy kuchennym stole, tym samym, przy którym przez lata jadł kanapki przed szkołą i odrabiał lekcje. Postawiłam przed nim herbatę, tak jak zawsze. Nawet nie podniósł wzroku.

Nie musiałaś robić – rzucił chłodno, przesuwając kubek na bok.

Zawahałam się.

– Zmarzłeś, pomyślałam, że…

– Mamo, nie o to chodzi – przerwał mi z westchnieniem, jakby rozmawiał z kimś zupełnie obcym.

Usiadłam naprzeciwko. Zauważyłam, że rozgląda się po mieszkaniu inaczej niż zwykle. Nie tak, jak syn odwiedzający matkę, tylko jak ktoś, kto sprawdza, co do czego należy. Zatrzymał wzrok na kredensie.

– Ten mebel… jeszcze jest w dobrym stanie – powiedział niby od niechcenia.

– Dostałam go od babci – odpowiedziałam. – Pamiętasz?

Wzruszył ramionami.

– Tak tylko mówię.

Zapadła cisza, ciężka i lepka. W końcu wyciągnął teczkę z dokumentami i położył ją na stole. Serce zaczęło mi bić szybciej.

Musimy porozmawiać o przyszłości – oznajmił rzeczowo.

– O jakiej przyszłości? – zapytałam, czując, że grunt usuwa mi się spod nóg.

– No… o twojej sytuacji. Nie jesteś już młoda. Dobrze byłoby wszystko uporządkować.

„Wszystko” zabrzmiało jak wyrok.

– Radę sobie daję – powiedziałam cicho. – Jeszcze.

Spojrzał na mnie z irytacją.

– Nie o to chodzi. Trzeba myśleć realistycznie.

Wtedy pierwszy raz poczułam się jak przedmiot, nie jak matka. Jakby liczył czas, a nie słuchał słów. Wstałam od stołu, bo nogi zaczęły mi drżeć.

– Jeśli to rozmowa o pieniądzach, to nie teraz – rzuciłam.

– Zawsze uciekasz – odpowiedział ostro. – A potem będzie za późno.

Zamknęłam się w łazience i oparłam o drzwi. Łzy same popłynęły. Nie rozumiałam, kiedy straciłam syna, a zyskałam kogoś, kto patrzy na mnie jak na problem do rozwiązania.

Chodzi mu o rozliczenie

Przyszedł tydzień później. Tym razem nie przyniósł nawet kurtki, tylko wszedł pewnym krokiem, jak do biura. Zdjęłam garnek z palnika, bo akurat gotowałam zupę, tę samą, którą zawsze lubił.

– Nie zgłodniałeś? – zapytałam odruchowo.

– Nie mam czasu – odpowiedział, siadając w fotelu. – Załatwmy to szybko.

Słowo „to” zabrzmiało ostrzej niż poprzednio. Usiadłam naprzeciwko, ścierając dłonie w fartuch.

– Rozmawiałem z notariuszem – oznajmił bez wstępów. – Trzeba pomyśleć o testamencie.

Poczułam, jakby ktoś mnie spoliczkował, choć nie podniósł ręki.

– Tak po prostu? – wyszeptałam. – Nawet nie zapytasz, jak się czuję?

– Mamo, nie dramatyzuj – machnął ręką. – To formalności.

– Dla ciebie – odpowiedziałam ciszej. – Dla mnie to moje życie.

Popatrzył na mnie zniecierpliwieniem.

– Masz mieszkanie, trochę oszczędności. Lepiej, żeby było jasne, co komu przypada. Wiesz, ja też mam swoje zobowiązania.

– Czyli liczysz już… – nie dokończyłam, bo głos mi się załamał.

Wstał.

– Zawsze byłaś przewrażliwiona. Nikt nie mówi, że jutro coś się stanie, ale rozsądek…

– Rozsądek? – przerwałam mu. – Czy rozsądkiem jest traktować matkę jak ciężar?

Zapadła cisza. Spojrzał na mnie chłodno.

– Nie przesadzaj. Robię to też dla ciebie.

Zaśmiałam się krótko, gorzko.

– Dla mnie? Nawet nie zapytałeś, czy czegoś potrzebuję. Czy sobie radzę. Interesuje cię tylko papier.

Odwrócił wzrok.

Nie mamy już o czym rozmawiać.

Kiedy wyszedł, usiadłam na łóżku i długo patrzyłam na zdjęcie, na którym trzymałam go jako małego chłopca. Próbowałam znaleźć w nim tego człowieka, który właśnie zamknął za sobą drzwi. Nie znalazłam. Po raz pierwszy pomyślałam, że jeśli nie zawalczę o siebie, zostanę z niczym — nawet z godnością.

Traktuje mnie jak rzecz

Nie spałam tej nocy. Przewracałam się z boku na bok, a w głowie wciąż słyszałam jego głos, suchy i obojętny. Nad ranem wstałam i zaparzyłam herbatę. Ręce mi drżały, kiedy patrzyłam przez okno na podwórko, gdzie kiedyś uczył się jeździć na rowerze. Wtedy byłam mu potrzebna. Teraz byłam tylko punktem w planie.

Kilka dni później zadzwonił telefon.

– Musimy się spotkać – oznajmił bez przywitania. – Notariusz czeka.

– Nie – odpowiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam.

Zamilkł.

– Słucham?

– Nie przyjdę – powtórzyłam. – I nie będę rozmawiać o testamencie.

Mamo, przestań robić sceny – warknął. – To normalne sprawy.

– Normalne byłoby zapytać, czy jestem szczęśliwa – odparłam. – Czy czegoś się boję. A ty boisz się tylko tego, że czegoś nie dostaniesz.

Przyszedł mimo wszystko. Stał w przedpokoju, z twarzą napiętą, jakby to on był ofiarą.

– Zaczynasz coś wariować – powiedział.

– A ty zaczynasz być okrutny – odpowiedziałam, patrząc mu w oczy. – I pierwszy raz w życiu nie zamierzam udawać, że tego nie widzę.

Parsknął śmiechem.

– Przesadzasz. Zawsze wszystko brałaś do siebie.

– Bo zawsze brałam ciebie pod uwagę – powiedziałam cicho. – Kosztem siebie.

Zobaczyłam w jego spojrzeniu coś nowego. Złość pomieszaną z zaskoczeniem.

Myślisz, że możesz mnie szantażować? – zapytał.

– Nie – pokręciłam głową. – Myślę, że mogę postawić granicę.

Odwrócił się do drzwi.

– Pożałujesz – rzucił.

Kiedy wyszedł, nie płakałam. Było mi pusto, ale w tej pustce pojawiło się coś jeszcze — cicha decyzja, że nie oddam reszty życia komuś, kto już mnie skreślił.

Nie widział we mnie matki

Minęły tygodnie. Telefon milczał. Najpierw łudziłam się, że to chwilowe, że musi ochłonąć. Potem zaczęłam liczyć dni bez kontaktu, aż w końcu przestałam. Cisza stała się nową codziennością, głośniejszą niż jakiekolwiek kłótnie. Spotkałam sąsiadkę na klatce schodowej.

Dawno nie widziałam twojego syna – zagadnęła życzliwie.

Uśmiechnęłam się krzywo.

– Widocznie ma ważniejsze sprawy.

Nie dopytywała, ale w jej spojrzeniu zobaczyłam współczucie. To bolało bardziej niż obojętność. Wróciłam do mieszkania i usiadłam w fotelu. Przeglądałam stare listy, kartki z życzeniami, rysunki z dzieciństwa. Na jednej kartce krzywymi literami było napisane: „Kocham cię, mamo”.

– Kiedy to się skończyło? – wyszeptałam do pustego pokoju.

Zadzwonił w końcu.

– Musimy to dokończyć – powiedział oschle. – Nie możesz udawać, że problemu nie ma.

– Problemem nie są dokumenty – odpowiedziałam. – Tylko to, że dla ciebie przestałam być kimś bliskim.

– Znowu dramat – westchnął. – Każdy myśli o swoim zabezpieczeniu.

– Nawet kosztem matki? – zapytałam.

Zamilkł na chwilę.

– Nie rozumiesz, jak działa świat.

– Rozumiem aż za dobrze – odparłam. – Świat, w którym liczy się tylko to, co można dostać.

Rozłączył się bez słowa. Trzymałam telefon w dłoni jeszcze długo po tym, jak ekran zgasł. Poczułam coś na kształt żałoby. Nie po nim dzisiejszym, ale po tym chłopcu, którego już nigdy nie odzyskam. Tego dnia zrozumiałam, że cisza potrafi ranić bardziej niż słowa. I że czasem największą stratą nie jest majątek, tylko relacja, której nie da się już naprawić.

Taki jest mój wybór

Nie zobaczyłam go już więcej. Przestał dzwonić, a ja przestałam czekać. To przyszło powoli, bez fajerwerków — decyzja, że nie będę już stała przy drzwiach własnego życia, licząc na to, że ktoś raczy wejść.

Poszłam sama do notariusza. Drżałam, kiedy podpisywałam dokumenty, ale nie z lęku przed przyszłością. Raczej z poczucia, że po raz pierwszy od dawna robię coś wyłącznie dla siebie. Część zapisałam na cele charytatywne, które miały sens tylko dla mnie. Resztę zostawiłam nieokreśloną. Nie z zemsty. Z potrzeby godności.

Kilka dni później spotkaliśmy się przypadkiem na ulicy. Skinął głową, jak znajomy z dawnych lat.

– Dobrze wyglądasz – rzucił zdawkowo.

– Ty też – odpowiedziałam, choć wiedziałam, że to już nic nie znaczy.

Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zabrakło mu słów. Albo odwagi. Przeszłam obok, czując ukłucie żalu, ale też spokój. Zrozumiałam, że miłość nie zawsze wystarcza, by kogoś uratować. Czasem trzeba uratować samą siebie. Nie wiem, czy kiedyś zrozumie, co stracił. Ja wiem jedno — nie jestem śmieciem ani przeszkodą. Jestem kobietą, która przeżyła swoje życie uczciwie i ma prawo do szacunku, nawet jeśli nie potrafi go dostać od własnego dziecka. Z tą myślą uczę się zasypiać bez strachu.

Anna, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama