Reklama

Od miesięcy żyliśmy w zawieszeniu, jakby ktoś nacisnął pauzę na naszym życiu. Chata po ciotce miała być naszym nowym początkiem, ucieczką od ciasnego mieszkania i ciągłych napięć. Problem w tym, że zanim mogliśmy się tam wprowadzić, ktoś musiał zrozumieć, że dorosłość nie przychodzi sama. A mój syn najwyraźniej nie chciał tego przyjąć.

Dom przestał być wspólny

Pamiętam dokładnie ten poranek, kiedy zrozumiałam, że coś zmieniło się na dobre. Stałam w kuchni, patrzyłam na niedopitą herbatę syna i czułam, jak narasta we mnie zmęczenie, którego nie dało się już zagłuszyć rozsądkiem. On miał ponad dwadzieścia lat, własny pokój, ciepły obiad i spokój, a mimo to każdy temat o przyszłości kończył się ucieczką albo zbywaniem.

– Mamo, przecież mówiłem, że się rozglądam – rzucił, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

– Rozglądasz się od roku – odpowiedziałam ciszej, niż czułam w środku. – Ta chata nie będzie czekać wiecznie.

Wzruszył ramionami, jakby chodziło o pogodę. A mnie zabolało to bardziej niż jakakolwiek kłótnia. Wieczorem wrócił mąż. Zobaczył mnie siedzącą w ciszy, z rękami splecionymi tak mocno, że aż zbielały palce.

– Znowu? – zapytał tylko.

– On nie chce nawet rozmawiać – odpowiedziałam. – Udaje, że nic się nie dzieje.

Mąż wszedł do pokoju syna bez podnoszenia głosu, bez trzaskania drzwiami. Stałam w korytarzu i słyszałam każde słowo, każde westchnienie.

– Musimy ustalić konkrety – powiedział spokojnie. – Termin. Plan. To nie jest kara, tylko życie.

– Przesadzacie – odburknął syn. – Wszyscy tak mieszkają.

Zapadła cisza. Taka, która boli bardziej niż krzyk.

– My już nie możemy – odparł mąż po chwili. – Czekamy na swoją przestrzeń. Ty też musisz znaleźć swoją.

Przecież jest dorosły

Kiedy syn wyszedł z pokoju, spojrzał na mnie inaczej niż zwykle. Było w tym spojrzeniu coś pomiędzy żalem a pretensją. I wtedy dotarło do mnie, że nieważne, co zrobimy, ktoś i tak poczuje się skrzywdzony. Tylko że ja już nie miałam siły być tą, która zawsze ustępuje.

Następne dni były ciężkie jak powietrze przed burzą. Wszyscy poruszaliśmy się po mieszkaniu ostrożnie, jakby każdy krok mógł wywołać wybuch. Syn zamykał się w pokoju, wychodził późno, wracał jeszcze później. Unikał rozmów, a ja łapałam się na tym, że nasłuchuję dźwięku klucza w drzwiach, jak kiedyś, gdy był nastolatkiem. Tylko że teraz to nie była troska, lecz napięcie.

– Nie możemy tego ciągnąć bez końca – powiedział mąż jednego wieczoru. Siedzieliśmy w salonie, światło było zgaszone, tylko lampka rzucała cień na ścianę. – Albo ustalamy datę, albo nic się nie zmieni.

Pokiwałam głową, choć serce ścisnęło mi się z lęku. Bałam się, że stracimy z synem coś, czego nie da się już odbudować. Następnego dnia usiedliśmy przy stole. Syn przyszedł niechętnie, z wyraźnym dystansem.

Chcemy wiedzieć, jaki masz plan – zaczęłam. – Konkret, nie obietnice.

– A jeśli nie mam jeszcze? – zapytał ostro. – To co, wyrzucicie mnie?

Zapadła cisza. Mąż spojrzał na niego uważnie, bez złości.

– Nie o to chodzi – odpowiedział. – Ale nie możesz udawać, że czas się zatrzymał. My też mamy prawo do decyzji.

Syn wstał gwałtownie, krzesło zaskrzypiało.

– Zawsze wam coś nie pasuje – rzucił. – Najpierw mówicie, że pomożecie, a potem stawiacie warunki.

W końcu musi to zrobić

Drzwi do jego pokoju zamknęły się z suchym trzaskiem. Usiadłam ciężko, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

– Może przesadziliśmy… – wyszeptałam.

– Nie – odpowiedział mąż stanowczo. – Właśnie zaczęliśmy mówić prawdę.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Wiedziałam, że zbliżamy się do momentu, z którego nie będzie już odwrotu. I że cokolwiek się stanie, zmieni nas wszystkich.

Trzeciego dnia po tamtej rozmowie syn wrócił wcześniej niż zwykle. Siedziałam w kuchni, kroiłam warzywa, kiedy usiadł naprzeciwko mnie bez słowa. Przez chwilę słyszeliśmy tylko rytmiczne stukanie noża o deskę. Czułam na sobie jego wzrok, ale bałam się podnieść oczy.

– Tata jest w domu? – zapytał w końcu.

– Jeszcze nie – odpowiedziałam.

Skinął głową, jakby to było dla niego ważne. Przez moment miałam nadzieję, że powie coś, co wszystko odwróci. Że padną jakieś konkretne słowa, plan, cokolwiek. Zamiast tego wstał i zamknął się w swoim pokoju. Wieczorem mąż wrócił zmęczony, ale zdecydowany. Usiadł przy stole, spojrzał na mnie i już wiedziałam, że długo to w nim dojrzewało.

– Porozmawiam z nim dziś – powiedział spokojnie.

Pomożemy mu we wszystkim

Nie protestowałam. Nie miałam już siły. Znowu stanęłam w korytarzu, jak świadek czegoś, na co nie mam wpływu.

– Ustalmy termin – zaczął mąż. – Dwa miesiące. Pomożemy ci znaleźć coś swojego.

– A jeśli nie znajdę? – głos syna był cichy, inny niż wcześniej.

– To i tak będziesz musiał się wyprowadzić – padła odpowiedź. – Nie dlatego, że cię nie chcemy. Dlatego, że musisz stanąć na nogi.

Zapadła długa cisza. Potem syn wyszedł z pokoju, minął mnie bez spojrzenia i wyszedł z mieszkania. Drzwi zamknęły się wolno, bez trzasku. To było gorsze niż gniew. Usiadłam na łóżku i dopiero wtedy pozwoliłam sobie na łzy.

Może go stracimy – powiedziałam drżącym głosem.

– A może dopiero teraz damy mu szansę – odpowiedział mąż.

Nie byłam tego taka pewna. Wiedziałam tylko, że nic już nie będzie takie samo, a my właśnie przekroczyliśmy granicę, której tak długo się baliśmy.

Dwa miesiące minęły szybciej, niż się spodziewałam. Syn znalazł niewielki pokój na obrzeżach miasta. Nie był zachwycony, ale też nie protestował. Pakował swoje rzeczy w milczeniu, a ja krzątałam się po mieszkaniu, udając, że zajmuje mnie cokolwiek innego niż widok pustoszejącego pokoju.

– Przyjedziesz czasem? – zapytałam, kiedy stał już w kurtce, z torbą przerzuconą przez ramię.

– Pewnie – odpowiedział, choć nie spojrzał mi w oczy.

Nadszedł ten dzień

Mąż pomógł mu znieść rzeczy do samochodu. Pożegnanie było krótkie, pozbawione wielkich słów. Kiedy drzwi się zamknęły, w mieszkaniu zapadła cisza, która tym razem nie była ciężka. Raczej niepewna.

Tydzień później wprowadziliśmy się do chaty. Była chłodna, pachniała drewnem i pustką. Pierwszego wieczoru usiedliśmy na schodach z kubkami herbaty, słuchając odgłosów nocy.

– Myślisz, że dobrze zrobiliśmy? – zapytałam.

– Myślę, że zrobiliśmy jedyne, co mogliśmy – odpowiedział mąż.

Minęło kilka kolejnych tygodni, zanim syn zadzwonił pierwszy raz sam z siebie. Rozmawialiśmy krótko, zwyczajnie. O pracy dorywczej, o sąsiadach, o tym, że uczy się gotować. Po rozmowie długo trzymałam telefon w dłoni.

Nie wiem, jaka będzie nasza relacja za rok czy dwa. Wiem tylko, że czasem miłość nie polega na chronieniu przed wszystkim, ale na pozwoleniu, by ktoś zmierzył się z życiem sam. Nawet jeśli bardzo boli, gdy patrzy się na to z boku.

Ewa, 46 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama