„Syn powiedział, że chce wynająć limuzynę na studniówkę. Panicz myśli, że pieniądze rosną na drzewach”
„Dziś mój syn chce jechać na studniówkę… limuzyną. Limuzyną. Bo przecież autobus to obciach, a rodziców pod szkołę przywozić nie wypada. Usiadłam, gdy mi to powiedział. Nie z emocji, tylko dlatego, że nagle zrozumiałam, że to jeszcze nie koniec”.

- Redakcja
Mówią, że dzieci rosną szybko. Mnie się wydaje, że mój syn urósł w jedną noc. Jeszcze wczoraj krzyczał na całe mieszkanie, że nie będzie jadł kanapki z ogórkiem, a dziś przegląda się w lustrze, poprawia fryzurę i pyta, czy może pożyczyć zegarek od ojca, bo „doda mu prestiżu”. I chodzi po mieszkaniu jak jakiś celebryta i planuje bal studniówkowy, jakby był co najmniej panem młodym. Nie, żebym nie rozumiała jego potrzeb. Sama mam jeszcze w szafie sukienkę z mojej studniówki. Tylko że czasy były inne. Myśmy wtedy się cieszyli, że w ogóle było co włożyć. A dziś? Dziś mój syn chce jechać na studniówkę… limuzyną. Limuzyną. Bo przecież autobus to obciach, a rodziców pod szkołę przywozić nie wypada. Usiadłam, gdy mi to powiedział. Nie z emocji, tylko dlatego, że nagle zrozumiałam, że to jeszcze nie koniec — to dopiero początek.
Zamarłam
– Mamo, mam tylko jedno pytanie – zaczął, stając w progu kuchni z miną człowieka, który właśnie rozważa, czy warto zaciągać kredyt na wesele.
– Tylko jedno? Cud. – Sięgnęłam po kubek z herbatą i spojrzałam na niego podejrzliwie. – Mów.
– Czy mogę wynająć limuzynę na studniówkę?
Przez sekundę pomyślałam, że źle go zrozumiałam. Jednak jego twarz była zbyt poważna.
– Limuzynę? – powtórzyłam.
– No tak. Białą. Na osiem osób. Z neonkami i szampanem. Bezalkoholowym, wiadomo – uśmiechnął się, jakby to było całkowicie rozsądne.
– Aha. I kto za to płaci?
– No... Ty?
Roześmiałam się głośno.
– Synku, ty chyba myślisz, że pieniądze rosną na drzewach. Może poszukajmy w ogródku jakiejś gałęzi z banknotami?
– Mamo, proszę cię. Przecież to jedyna taka noc w życiu! Wszyscy wynajmują. To nie może być obciach…
– Obciach to jest, jak się ma długi na karcie, a jeździ się limuzyną jak jakiś nowobogacki.
– No błagam cię. Ty nic nie rozumiesz! Wszyscy się zrzucają, to nie tak, że cały koszt spada na ciebie…
– Czyli ile?
– No… kilka tysięcy.
Zamarłam.
Uniosłam brwi ze zdziwienia
– Dobrze, a teraz powiedz mi jedno – zaczęłam, opierając się o blat kuchenny. – Gdzie widziałeś, żeby ktoś z naszej rodziny jeździł limuzyną?
– Mamo, to chodzi o… klimat. – Wzruszył ramionami. – To musi być z rozmachem. Podjeżdżasz pod hotel, drzwi się otwierają, leci dym, muzyka, wiesz, efekt wow.
– Efekt wow? – Uniosłam brwi. – A później co? Wchodzisz na salę i lądujesz na plastikowym krześle przy stole z kompotem i sałatką jarzynową?
– No, może nie aż tak, ale chodzi o wejście.
– Czyli płacimy tysiące za to, żeby przez dziesięć sekund wyglądać jak bohater teledysku, a potem wracamy do życia z zeszytem w kratkę i kanapką z serem.
– Mamo… Wszyscy tak robią. Nawet ten… Igor. On już zamówił. I to będzie limuzyna z podświetlanym podwoziem!
– No to Igor może sobie jeszcze zamówić helikopter albo niech leci na Księżyc.
– Czemu ty zawsze musisz wszystko obracać w żart?
– Bo tego nie można traktować poważnie.
Westchnął ciężko, teatralnie, jakby całe jego życie było jednym wielkim zawodem.
– Ty naprawdę chcesz, żebym wyglądał jak biedak?
– Ja chcę, żebyś wyglądał jak ktoś, kto ma odrobinę rozsądku, ale to chyba za wysoka poprzeczka.
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem
– Mamo, przesadzasz. Wszyscy wiedzą, że to jest normalne. Nawet pani od angielskiego mówiła, że jej córka też jechała limuzyną.
– Cudownie. Może jeszcze ci zrzutkę zrobi? – przewróciłam oczami. – Synku, rozumiesz, że „wszyscy” to nie jest argument?
– Ty tego nie rozumiesz, bo w twoich czasach były inne realia.
– W moich czasach nie było internetu, a jakoś żyjemy. Więc nie mów mi, że to, co „wszyscy” pokazują w internecie, to jest standard.
– To nie wymysły! To moje życie. I moja studniówka. Limuzyna to tylko część. Będzie fotograf, catering…
– Catering?! A ja przez trzy tygodnie próbowałam cię przekonać, żebyś zabrał termos z herbatą na wycieczkę, bo „w sklepiku drogo”.
– No, bo to wyjątkowa okazja! Studniówka jest raz w życiu!
– I długi z nią związane też. Raz w życiu wystarczy.
– To ile możesz dać?
– A ile ty możesz dołożyć?
Zamilkł.
– No właśnie – ciągnęłam. – Bo rozumiem, że planowałeś, że ja zapłacę za limuzynę, garnitur, fryzjera, kwiaty dla partnerki i jeszcze, nie daj Boże, skarpetki?
– Oj mamo, serio… Nie psuj wszystkiego. Można się jakoś dogadać.
– Dogadamy się. Jak tylko znajdziesz pracę.
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
Byłam nieugięta
– Pracę? Mamo, przecież mam szkołę. I korepetycje z matmy. I siłkę trzy razy w tygodniu.
– No rzeczywiście, grafik jak u prezesa banku. – Pokręciłam głową. – Może jeszcze dorzucić ci sekretarkę, co ci będzie rozpisywać plan dnia?
– Daj spokój. Nie będę teraz biegał z ulotkami za pięć złotych na godzinę. Przecież to wstyd.
– Wstyd to jest myśleć, że luksus się należy, jak ketchup do frytek. Chcesz limuzynę, to sobie na nią zapracuj. Ja na studniówkę pożyczałam sukienkę od sąsiadki i malowałam się testerem w drogerii. I żyję.
– No właśnie. I do dziś to wspominasz z traumą!
– Nie z traumą, tylko z rozbawieniem. To się nazywa wspomnienie, nie porażka.
– Mamo… – jęknął. – No, pomyśl. Jesteś matką. Powinnaś chcieć, żebym się dobrze bawił.
– I chcę. Tylko nie kosztem zdrowego rozsądku. A wiesz, co by mi dało największą frajdę?
– Ciekawe co…
– Jakbyś wziął sprawy w swoje ręce. Poszedł do jakiegoś sklepu, poprosił o sobotnią zmianę. Albo pakował ludziom zakupy. Coś. Cokolwiek.
– Czy ty siebie słyszysz?
– Tak. I mam nadzieję, że ty też mnie słyszysz. Bo jeśli myślisz, że rzucę ci na tacy kilka tysięcy tylko po to, żebyś miał „wejście z efektem wow”, to chyba nie wiem, gdzie się wychowałeś.
– Przecież to tylko raz… – mruknął.
– No to raz sobie zapracuj.
Nie wiedziałam, co powiedzieć
Minęło kilka dni. Cisza. Żadnych aluzji, próśb, ani dramatycznych westchnień w stylu „wszyscy będą, tylko ja nie”. Zaczęłam się niepokoić. Albo szykuje bunt, albo… wpadł na jakiś plan. W piątek zjawił się w kuchni. Z dumą trzymał w dłoniach jakiś papierek.
– I co to mamy? – zapytałam, zerkając spod oka.
– Umowa z pizzerią. Na weekendy. Będę rozwodził zamówienia. Trzydzieści złotych za wieczór plus napiwki. No i mogę korzystać z ich skutera.
Zamrugałam. Raz. Drugi. On mówił to serio?
– A czapkę z daszkiem ci dadzą? – rzuciłam, żeby ukryć, jak bardzo mnie to zaskoczyło.
– Tak. I polar firmowy. Wiem, że to nie jest szczyt marzeń, ale… policzyłem. Jak przejadę cztery weekendy i dołożysz mi kilka stówek, to mam na swoją część limuzyny.
– I co, żaden wstyd?
– Mniejszy niż żebranie o pieniądze. Poza tym… chcę pokazać, że potrafię. Może i studniówka to tylko impreza, ale jak już mam tam wejść, to chcę czuć, że sam sobie na to zapracowałem.
Zamilkłam. Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Potem tylko skinęłam głową.
– Dobrze. Dołożę się. I jeszcze dorzucę ci porządne rękawiczki. Będą ci potrzebne, jak będziesz mknął przez miasto z pizzą.
– Dzięki, mamo.
– Nie ma za co. Doroślejesz. A ja to nawet lubię patrzeć.
Byłam z niego dumna
Nadeszła studniówka. Patrzyłam, jak mój syn prasuje koszulę z taką uwagą, jakby przygotowywał się do spotkania z prezydentem. Garnitur pożyczył od kuzyna, buty wypastował na błysk. Jedynie fryzura była „autorska”. O siedemnastej podjechała ta cała limuzyna. Biała jak z wesela w Miami, z przyciemnianymi szybami. Syn tylko poprawił mankiet i rzucił:
– Mamo, nie rób mi wstydu przed kolegami.
– A buziak?
Westchnął, ale podszedł i mnie uściskał.
– Dzięki za wszystko. Naprawdę.
– To jeszcze powiedz, jak się czujesz.
– Dorośle. I trochę jak w filmie.
Stałam w oknie i patrzyłam, jak ten wielki biały potwór toczy się powoli ulicą. I choć przez chwilę pomyślałam, że to szczyt próżności – zaraz potem przypomniałam sobie, jak sam zdobył na to pieniądze, jak wieczorami wracał cały przemarznięty, ale zadowolony. Nie kupił tego wejścia. Zapracował na nie. I może właśnie dlatego to „efekt wow” miało sens.
Iwona, 46 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Od świtu do nocy biegam z mopem w rękach, a mąż tylko siedzi na kanapie. Nie widzi, że cały dom jest na mojej głowie”
- „Pojechałam do teściowej na Dzień Babci i straciłam głowę dla jej gościa. Teraz nie wiem, jak spojrzeć mężowi w oczy”
- „W mroźny dzień zacięłam się w windzie z sąsiadem. Weszliśmy jako obcy, a godzinę później znaliśmy się aż za dobrze”

