Reklama

Kiedy oddawałam synowi klucze do mojego domu, byłam pewna, że to tylko formalność.

– Mamo, przecież i tak tu będziesz mieszkać do końca swoich dni – mówił wtedy z uśmiechem.

Wierzyłam mu bez cienia wątpliwości. W końcu to ja trzymałam go za rękę, gdy bał się pierwszego dnia w szkole. Nie przypuszczałam, że po latach to ja będę musiała prosić go o coś znacznie trudniejszego.

Zawiodłam się na nim

Pamiętam tamten wieczór bardzo wyraźnie. Siedzieliśmy przy kuchennym stole, który kupiliśmy z mężem. Waldek miał wtedy trzydzieści dwa lata, właśnie urodził mu się syn. Był przejęty i zmęczony.

– Mamo, dopiero teraz rozumiem, ile dla mnie zrobiłaś – powiedział, mieszając herbatę. – Jak będziesz starsza, zajmę się tobą. Nie pozwolę, żebyś była sama.

Uśmiechnęłam się wtedy, trochę zawstydzona.

– Daj spokój, jeszcze mam siłę – odparłam. – Sama sobie poradzę.

– Ale ja chcę – nalegał. – To normalne. Ty dbałaś o mnie, ja zadbam o ciebie.

Te słowa ogrzewały mnie przez lata. Nawet kiedy po śmierci męża dom nagle zrobił się za duży i za cichy. Waldek coraz częściej powtarzał, że powinnam przepisać dom na niego. Tłumaczył to rozsądkiem.

– Mamo, to tak to kiedyś będzie moje. Lepiej to uporządkować.

Nie protestowałam długo. W głowie wciąż brzmiało mi jego „zajmę się tobą”. Poszliśmy do notariusza, podpisałam dokumenty. Wróciliśmy do domu i postawiłam na stole sernik, jakby to była rodzinna uroczystość. Przez pierwsze miesiące nic się nie zmieniło. Waldek wpadał z wnukiem, przywoził zakupy, czasem naprawił cieknący kran. Czułam wdzięczność. Myślałam, że wychowałam dobrego człowieka. Zmiana przyszła powoli, prawie niezauważalnie. Najpierw synowa zaczęła wspominać, że w mieście otworzyli nowoczesny dom opieki.

– Tam jest całodobowa opieka, zajęcia, rehabilitacja – mówiła, przeglądając ulotkę przy moim stole. – Seniorzy mają towarzystwo, nie siedzą sami.

– Ja nie siedzę sama – odpowiedziałam spokojnie. – Mam sąsiadkę, mam ogródek.

Waldek milczał wtedy, ale widziałam, że coś mu chodzi po głowie. Coraz częściej pytał, czy na pewno radzę sobie sama.

– Mamo, a jakbyś się przewróciła? – zapytał któregoś dnia. – My nie możemy być tu od razu.

Nie jestem jeszcze niedołężna – odparłam ostrzej, niż zamierzałam.

W jego oczach zobaczyłam coś nowego. Nie troskę, do której byłam przyzwyczajona, ale zniecierpliwienie. Kilka tygodni później przyszedł z gotową propozycją.

– Myślę, że dom opieki to najlepsze rozwiązanie dla wszystkich – powiedział bez wstępu.

Słowo „wszystkich” zabolało mnie najbardziej.

Dla wszystkich? – powtórzyłam cicho. – A dla mnie?

Westchnął.

– Mamo, tam będziesz bezpieczna. My mamy małe mieszkanie, dzieci, pracę. Nie jesteśmy w stanie zapewnić ci stałej opieki.

Patrzyłam na niego i próbowałam odnaleźć tamtego chłopca, który obiecywał mi przy kuchennym stole, że nigdy nie będę sama.

– Obiecałeś – powiedziałam w końcu.

Czasy się zmieniły – odpowiedział, unikając mojego wzroku.

Wtedy po raz pierwszy poczułam, że grunt usuwa mi się spod nóg. Nie chodziło o miejsce zamieszkania. Chodziło o to, że słowa, które traktowałam jak fundament, okazały się nic niewarte. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, a między nami stał ten sam stół, przy którym kiedyś mówił, że się mną zajmie. Teraz wydawał się większy niż kiedykolwiek.

Coś we mnie pękło

Przez kilka dni po tej rozmowie chodziłam po domu jak gość. Dotykałam ścian, mebli, firanek, jakbym sprawdzała, czy wciąż tu należę. Niby nic się nie zmieniło, a jednak czułam, że decyzja zapadła beze mnie. Waldek przyjechał w sobotę. Nie był sam – z nim była jego żona, Marta. Usiadła prosto na brzegu kanapy, jakby przyszła na zebranie.

– Mamo, chcemy to spokojnie omówić – zaczął syn. – Byliśmy w tym ośrodku. Jest naprawdę ładnie.

– Byliście? – zapytałam. – Już oglądaliście?

– Trzeba było sprawdzić – wtrąciła Marta. – Są wolne miejsca, ale nie na długo.

Poczułam, jak serce przyspiesza. Oni już planowali mój wyjazd, jakby chodziło o zmianę abonamentu.

A zapytaliście mnie o zdanie? – powiedziałam, starając się mówić spokojnie.

– Mamo, przecież teraz rozmawiamy – odpowiedział Waldek.

Wstałam i podeszłam do okna. Na podwórku stała stara ławka, którą mąż zrobił własnymi rękami. Tam uczyłam Waldka wiązać buty. Tam jadaliśmy kolacje latem.

Ten dom to całe moje życie – powiedziałam cicho.

– Ale dom jest teraz mój – odparł Waldek szybciej, niż pewnie chciał.

Zapadła cisza. Odwróciłam się powoli.

– Słucham?

– Nie o to mi chodziło – poprawił się nerwowo. – Tylko… formalnie to już ja odpowiadam za nieruchomość. Jeśli coś się stanie, to na mnie spadną konsekwencje.

– Czyli jestem ryzykiem – podsumowałam.

– Mamo, proszę, nie dramatyzuj – wtrąciła Marta. – Chodzi o bezpieczeństwo.

Usiadłam z powrotem przy stole. Byłam zła i rozczarowana. Przez lata ustępowałam, tłumaczyłam, usprawiedliwiałam. Teraz po raz pierwszy pomyślałam, że może to ja powinnam postawić warunek.

– Dobrze – powiedziałam w końcu. – Pojadę zobaczyć to miejsce.

Waldek odetchnął z ulgą.

Wiedziałem, że zrozumiesz.

Nie rozumiałam. Chciałam tylko zobaczyć, gdzie planują mnie odstawić. Ośrodek rzeczywiście był nowoczesny. Pachniało czystością. W korytarzu stały kwiaty w donicach, a na ścianach wisiały kolorowe obrazy. Podeszła do nas młoda kobieta w eleganckim stroju.

– Dzień dobry, pani Zofio. Syn dużo o pani opowiadał – uśmiechnęła się.

Spojrzałam na syna.

– Dużo?

– Oczywiście – potwierdził szybko. – Mówiłem, że mama jest samodzielna, ale potrzebuje towarzystwa.

To zabrzmiało jak wyrok. Pokazano mi pokój. Dwa łóżka, mała szafa, wspólny stolik. W drugim łóżku siedziała starsza kobieta i patrzyła w telewizor.

Tu mogłaby pani zamieszkać – wyjaśniła pracownica. – Mamy zajęcia plastyczne, wspólne spacery, wieczorki muzyczne.

Podeszłam do okna. Widok był na parking.

– A ogród? – zapytałam.

– Jest mały dziedziniec.

Mały dziedziniec. Zamiast mojego ogrodu, jabłoni i ławeczki. Odwróciłam się do syna.

– Waldek, czy ty naprawdę wierzysz, że to dla mnie najlepsze?

Zawahał się.

– Mamo… ja nie daję już rady łączyć wszystkiego. Ciągle się martwię. Marta też. Dzieci pytają, czy babcia jest bezpieczna.

Czyli chodzi o wasz spokój – powiedziałam.

Nie zaprzeczył. Wtedy coś we mnie pękło, ale jednocześnie poczułam dziwną jasność.

– Dobrze – oznajmiłam spokojnie. – Jeśli to ma być dla waszego spokoju, zamieszkam tutaj. Jednak zanim to zrobię, chcę, żebyś przyjechał jutro sam. Bez Marty. Musimy porozmawiać jak kiedyś, przy naszym stole.

Patrzył na mnie niepewnie.

– O czym?

O obietnicach – odpowiedziałam.

W drodze powrotnej siedzieliśmy w ciszy. Czułam, że zbliża się moment, w którym przestanę być tylko czyjąś matką i zacznę walczyć o siebie.

Postawiłam na swoim

Waldek przyszedł następnego dnia sam, tak jak prosiłam. Usiadł przy kuchennym stole i przez chwilę bawił się kluczami, jak chłopiec, który wie, że nabroił. Postawiłam przed nim herbatę. Tę samą, którą pił jako nastolatek, kiedy wracał ze szkoły zły na świat.

Pamiętasz, co mi obiecałeś? – zaczęłam bez wstępów.

Westchnął.

– Mamo, ja wtedy mówiłem to z serca, ale życie…

Życie nie zmienia znaczenia słów – przerwałam mu. – Zmienia tylko ludzi.

Spojrzał na mnie wreszcie prosto.

– Myślisz, że to dla mnie łatwe? – zapytał. – Ja się boję. Boję się, że coś ci się stanie, że nie zdążę. Czuję się rozdarty między tobą a swoją rodziną.

– Ja też byłam rozdarta – odpowiedziałam spokojnie. – Między tobą a pracą. Między tobą a zmęczeniem. Jednak zawsze ty byłeś dla mnie najważniejszy.

Zamilkł. Widziałam, że te słowa go dotknęły.

– Kiedy przepisałam na ciebie dom, nie zrobiłam tego z wyrachowania – mówiłam dalej. – Zrobiłam to, bo wierzyłam, że jesteśmy rodziną. Nie inwestycją.

Waldek przetarł twarz dłońmi.

Marta uważa, że to rozsądne rozwiązanie. Mówi, że będziesz miała opiekę, towarzystwo…

– A ty? – zapytałam cicho. – Co ty uważasz?

Długo milczał. W końcu powiedział:

– Uważam, że się pogubiłem. Chciałem mieć wszystko pod kontrolą. Dom, dzieci, ciebie. A kiedy poczułem, że to mnie przerasta, wybrałem najprostsze rozwiązanie.

Podeszłam do kredensu i wyjęłam teczkę z dokumentami.

Byłam wczoraj u notariusza – oznajmiłam spokojnie.

Zamarł.

– Jak to? Chcesz iść ze mną na wojnę? – zapytał cicho.

– Nie. Chcę, żebyś zrozumiał, że jeszcze żyję. I że mam prawo decydować o sobie.

Usiadłam naprzeciwko niego.

– Nie pójdę do domu opieki tylko dlatego, że to wygodne. Jeśli kiedyś naprawdę nie będę dawała rady, sama to powiem. Jednak teraz chcę zostać tutaj. W swoim domu.

W jego oczach pojawiły się łzy, których nie widziałam od lat.

– Przepraszam – powiedział. – Chyba bardziej bałem się odpowiedzialności niż o ciebie.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy zobaczyłam w nim nie zmęczonego mężczyznę, ale mojego syna.

– Nie chcę być twoim ciężarem – dodałam łagodniej. – Możemy ustalić zasady. Przyjedziesz dwa razy w tygodniu. Zamontujemy dodatkowe poręcze. Mogę też zapisać się na zajęcia w domu seniora, ale decyzja musi być wspólna.

Kiwnął głową.

– Dobrze. Spróbujmy inaczej.

Kilka dni później przyjechał z narzędziami. Wnuk pomagał mu wieszać uchwyty w łazience. Marta była chłodna, ale czasem i ona zaczęła wpadać na kawę, jakby napięcie powoli się rozpuszczało. Nie odzyskałam już tamtej bezwarunkowej wiary w obietnice. Odzyskałam coś ważniejszego – poczucie, że mój głos ma znaczenie. Dom znów przestał być tylko budynkiem. Stał się miejscem, w którym nauczyłam się mówić „nie” własnemu dziecku, żeby ocalić siebie. A Waldek? Myślę, że dorósł po raz drugi. Tym razem naprawdę.

Zofia, 74 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama