Reklama

Niektórzy mówią, że matki powinny znać granice. Że nie można przeżywać życia za własne dzieci, że trzeba pozwolić im ponosić konsekwencje własnych decyzji. Cóż, ja uważam, że to wygodna wymówka dla leniwych rodziców. Gdybyśmy wszyscy tak sobie siedzieli z założonymi rękami, nasze dzieci już dawno poplątałyby się w życiowych porażkach, a świat stanąłby w miejscu. Mam syna. Jedynaka. I nie zamierzam patrzeć, jak przez swoją nieśmiałość i brak przebojowości staje się pośmiewiskiem całej szkoły. A studniówka to nie byle co. To symboliczny krok w dorosłość. Każda dziewczyna chce wyglądać jak księżniczka, każdy chłopak marzy, żeby mieć u boku piękną partnerkę. I chociaż mój syn nigdy tego głośno nie powiedział, widziałam, jak bardzo cierpiał, bo nie miał z kim iść.

Syn siedział na kanapie z nosem w telefonie, udając, że go to nie rusza. Ale matka wie. Matka widzi. A ja nie zamierzałam stać z boku, gdy moje dziecko przeżywało osobisty dramat. Może nie jestem idealna, może czasem wtrącam się za bardzo, ale jedno wiem na pewno: nikt nie będzie się śmiał z mojego syna. Nawet jeśli będę musiała sama wziąć sprawy w swoje ręce.

Musiałam działać

– A może byś zaprosił tę Martę? – zagadnęłam niby od niechcenia, nalewając mu zupy.

– Mamo… – jęknął, nie podnosząc wzroku znad ekranu.

– Co "mamo"? Dziewczyna ładna, zgrabna, mądra. Czego chcieć więcej?

– Ona ma chłopaka – burknął. – Zresztą i tak bym jej nie zaprosił.

– Aha… – przytaknęłam, ale w środku aż mnie skręcało. – No dobrze. A ta, która rysowała ci po zeszycie?

– Mamo! – wreszcie spojrzał na mnie. – Nie potrzebuję partnerki na siłę, okej? Można iść samemu. Nikt nie mówi, że trzeba być w parze.

– Można, owszem. Tak samo można sobie założyć worek na głowę i udawać, że się świetnie bawi. – Spojrzałam mu prosto w oczy. – Synku, nie udawaj, że ci wszystko jedno.

Zacisnął usta, odłożył łyżkę i wstał od stołu.

– Nie wszystko jedno – powiedział cicho, odchodząc do pokoju.

A ja zostałam przy stole z półmiskiem zupy i sercem w gardle. W tym domu nie było mężczyzny, który nauczyłby go, jak się zagaduje do dziewczyn, jak się pewnie zachowuje, jak nie traci twarzy. I choć robiłam, co mogłam, nie da się być matką i ojcem naraz. Jedno było pewne – jeśli on sam nie zrobi nic, to ja muszę. I zrobię. Żeby nie wiem co.

Miałam plan

– Dzień dobry! – zawołałam, wychylając się zza furtki. – Masz chwilkę?

– Jasne, chodź, tylko herbatę zaparzę – odpowiedziała sąsiadka, wycierając ręce w fartuch.

Nie było czasu na herbatki. Weszłam do kuchni i od razu przeszłam do rzeczy.

– Słuchaj, Aniu, ty znasz się na tej młodzieży. Twoja Basia, jak dobrze pamiętam, kończy technikum gastronomiczne, tak?

– No tak, a co się stało?

– Czy ona ma już partnera na studniówkę?

– Nie wiem, chyba nie. A dlaczego pytasz?

Westchnęłam i usiadłam przy stole.

Bo mój Michał nie ma z kim iść. I co najgorsze – nie chce nikogo zaprosić. Udaje, że go to nie rusza, a ja widzę, jak mu przykro.

Pani Ania uśmiechnęła się pod nosem.

– I co, chcesz im zaaranżować randkę? Jak w tych amerykańskich filmach?

– Nazwij to, jak chcesz. Byleby chłopak miał z kim pójść. Basia to porządna dziewczyna, ładna, z klasą. Może by się zgodziła? Ot, koleżeńsko.

– A on wie, że ty tak chodzisz po ludziach?

– Oczywiście, że nie! – prychnęłam. – Jeszcze by się obraził. No ale co mam zrobić? Patrzeć, jak siedzi sam na sali, podczas gdy inni tańczą z dziewczynami?

Pani Ania wzruszyła ramionami.

– Pogadam z Basią. Może się zgodzi. Tylko jak Michał się dowie, że to wszystko twoja inicjatywa, może się nieźle wkurzyć.

– To już moja sprawa – ucięłam. – Najważniejsze, żeby stanął z kimś do poloneza.

Byłam zadowolona

Zadzwonił dzwonek do drzwi. Michał nawet nie drgnął, siedział w swoim pokoju ze słuchawkami na uszach. Otworzyłam i zobaczyłam Basię.

– Dzień dobry, pani Ewo – uśmiechnęła się nieśmiało. – Mama mówiła, że chciała się pani ze mną zobaczyć?

– Tak, tak, chodź, wejdź. Michał jest swoim pokoju. Usiądź, napijesz się czegoś?

– Może wodę, dziękuję.

Podałam jej szklankę i usiadłam naprzeciwko. Przez chwilę milczałyśmy.

– Wiem, że to trochę dziwne – zaczęłam ostrożnie. – Ale pomyślałam, że może... zgodziłabyś się pójść z Michałem na studniówkę. Jako znajoma, nic zobowiązującego.

Basia uniosła brwi z zaskoczenia.

A on o tym wie?

– Nie. I tak właśnie chciałam to rozegrać – uśmiechnęłam się lekko. – Najpierw się zgodzisz, potem przypadkiem wpadniecie na siebie w sklepie, może na spacerze. Coś zagadam, może was zostawię samych. Reszta potoczy się sama.

– Pani Ewo, nie wiem, czy to dobry pomysł...

– On jest dobrym chłopakiem. Tylko zamkniętym w sobie. A ta studniówka to naprawdę coś dla niego znaczy, choć udaje, że nie.

Dziewczyna spojrzała na mnie, wzięła łyk wody i powiedziała:

– No dobrze. Spróbuję. I pójdę, jeśli on sam mnie zaprosi.

– Umowa stoi – uśmiechnęłam się szeroko. – Reszta należy do mnie.

Popłakałam się ze szczęścia

Plan był prosty. A przynajmniej tak mi się wydawało. W sobotę wysłałam Michała do sklepu po chleb i mleko. W tym samym czasie zadzwoniłam do Basi.

– Już poszedł. Masz dwadzieścia minut, żeby przejść się w tamtą stronę i „przypadkiem” na niego wpaść. Dasz radę?

– Trochę się stresuję, ale spróbuję.

– I uśmiechaj się ładnie. Chłopak musi poczuć, że ma do czynienia z fajną dziewczyną, a nie komisją egzaminacyjną.

Sama nie wierzyłam, że jestem zdolna do takich zagrywek. Chyba każda matka, gdy przychodzi co do czego, potrafi być trochę nieprzewidywalna. Stałam przy płocie jak jakaś agentka. Michał wracał z siatką, Basia zbliżała się z przeciwka. Zatrzymali się. Michał był zaskoczony, to było widać z daleka.

– Basia? Ty tu? – jego głos dotarł do mnie przez uchylone okno.

– Hej. No wiesz, spaceruję. Mama mnie wygoniła z domu. Powiedziała, że śmierdzę chipsami.

– No to... dobrze cię widzieć.

– Ciebie też. Wiesz, słyszałam, że twoja studniówka niedługo. Masz już partnerkę?

Chwila ciszy. Trzymałam się parapetu, jakby od tego zależało moje życie.

– Nie... Jeszcze nie.

– Hmm. Jakbyś nie miał z kim iść, to ja jestem wolna. Tak tylko mówię – zaśmiała się.

Michał się zaczerwienił, ale odpowiedział:

– To... może poszlibyśmy razem?

Z przyjemnością.

Prawie się popłakałam ze szczęścia.

Byłam szczęśliwa

Nie mogłam się powstrzymać. Gdy Michał wrócił do domu, rzuciłam tylko mimochodem:

– Długo ci zeszło jak na chleb i mleko. Z kim rozmawiałeś?

– Z Basią – odparł, udając obojętność, choć oczy miał rozświetlone jak nigdy.

– No proszę... – westchnęłam teatralnie. – Ładna dziewczyna, co?

– Mamo, nie zaczynaj.

– Dobrze, dobrze, już nic nie mówię. Tylko się cieszę, że ktoś wreszcie cię zmusił, żebyś się uśmiechnął.

Sama się napatoczyła. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby ją zaprosić.

– Może instynkt? – rzuciłam z ukrytą satysfakcją.

Wieczorem zadzwoniła do mnie Ania.

– No i co? Udało się?

– Nawet nie wiesz, jak pięknie to wyszło. Michał ją zaprosił. Sam!

– To teraz trzymamy kciuki, żeby się nie domyślił.

– Nawet jeśli się domyśli, to co z tego? Uratowałam mu honor. A może i coś więcej.

Usiadłam na kanapie z herbatą, patrząc, jak Michał szuka czegoś w szafie. Wiedziałam, że myśli o garniturze. Że nagle mu zależy. A to znaczyło tylko jedno: Basia zrobiła na nim wrażenie.

– Mamo, masz może gdzieś zdjęcia taty z jego studniówki?

– A po co ci?

– Tak pytam. Ciekawe, jak wyglądał.

Nie odpowiedziałam. Przyniosłam album i podałam mu bez słowa. A potem wyszłam z pokoju i dopiero wtedy pozwoliłam sobie na łzy. Michał dorastał. I nie był już samotny.

Oniemiałam z wrażenia

Studniówka odbyła się tydzień później. Oboje wyglądali zjawiskowo. Michał w granatowym garniturze, a Basia w czerwonej sukience, z włosami upiętymi w delikatny kok. Gdy ich zobaczyłam przy drzwiach, przez chwilę nie mogłam wykrztusić słowa.

– Wyglądasz... dorosły – powiedziałam w końcu, poprawiając mu mankiet. – I bardzo przystojny.

– Dzięki, mamo – odparł z lekkim uśmiechem. – I... dzięki za wszystko.

Zamarłam. Spojrzałam na niego uważnie.

– Za co konkretnie?

– No wiesz. Ty zawsze coś kombinujesz. Pewnie to nie był przypadek, że spotkałem Basię pod sklepem, co?

Zaczęłam się śmiać.

– A co, jeśli powiem, że to przeznaczenie?

– uśmiechnęłam się, lekko klepiąc go po ramieniu. – Idź, baw się dobrze. I tańcz! Nie po to masz takie buty, żeby siedzieć przy stole.

Basia skinęła mi głową z wdzięcznością. Patrzyłam za nimi, dopóki nie zniknęli za zakrętem.

– No i co – powiedziałam do siebie półgłosem. – Powiedzieliby, że się wtrącasz. A ja mówię: ratujesz sytuację. Czasem matka musi.

Nie każda matka byłaby gotowa na takie podchody, ale ja nigdy tego nie żałowałam. Czasem trzeba pomóc dziecku wykonać pierwszy krok. Nawet jeśli potem będzie ci wypominać przez pół życia.

Ewa, 49 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama