Reklama

Nigdy nie sądziłam, że życie potoczy się w ten sposób. Kiedy trzymałam mojego nowo narodzonego synka w ramionach, byłam pewna, że zrobię wszystko, żeby miał dobrze. I zrobiłam. Przez lata rezygnowałam z własnych potrzeb, by niczego mu nie brakowało. Zawsze powtarzałam sobie, że robię to z miłości. I naprawdę tak było. Kiedy dorastał, wydawało mi się, że wyrośnie na odpowiedzialnego mężczyznę. Tymczasem dziś, kiedy ma trzydzieści lat, nadal mieszka z nami i nie pracuje.

Całymi dniami siedzi przed komputerem albo przewraca się z boku na bok. I chociaż serce matki boli, wiem, że on dawno powinien się usamodzielnić. Mąż mówi, że pora postawić granice, ale ja wciąż mam opory. Przecież to moje dziecko. Nie potrafię być dla niego twarda. Nawet jeśli wiem, że wykorzystuje nas bez skrupułów.

Zrobiłam mu te kanapki

— Mamo, zrobisz mi kanapki? — zapytał, nie podnosząc nawet wzroku znad telefonu.

Stałam przy zlewie i zmywałam naczynia po kolacji. Spojrzałam na niego kątem oka. Siedział na kanapie w dresie, tym samym od tygodnia.

— Sam sobie zrób — odpowiedziałam cicho, wiedząc, że i tak za chwilę mu je zrobię.

Westchnął ciężko, jakby prosił mnie o coś niewyobrażalnie trudnego.

— Przecież wiesz, że mam teraz ciężki okres. Egzaminy, stres. Muszę się skupić.

Egzaminy? On miał trzydzieści lat. Już dawno powinien skończyć studia. Zresztą, przez te wszystkie lata zmieniał kierunki tyle razy, że nawet nie nadążałam. Raz filozofia, potem psychologia, chwilę później informatyka. Niczego nie kończył. Zawsze coś było nie tak — wykładowcy niesprawiedliwi, system chory, znajomi nie tacy. Mąż już od dawna nie traktował go poważnie. Gdy tylko wracał z pracy i widział naszego syna rozwalonego na kanapie, gotował się ze złości.

— Ile jeszcze będziemy cię utrzymywać? — warknął ostatnio. — Ja haruję po dziesięć godzin dziennie, a ty nawet śmieci nie wyrzucisz.

Syn wtedy trzasnął drzwiami od swojego pokoju, jakby to on był najbardziej pokrzywdzony. A ja... znów poszłam do kuchni i zrobiłam mu te kanapki.

Zerknął na mnie

— Obiad gotowy! — zawołałam, zdejmując garnek z kuchenki.

Syn nie odpowiedział. Usłyszałam tylko przeciągłe stęknięcie zza zamkniętych drzwi jego pokoju. Po chwili wyszedł, przeciągając się teatralnie, jakby właśnie wrócił z jakiegoś maratonu.

— Co dzisiaj? — zapytał, siadając do stołu bez choćby spojrzenia w moją stronę.

— Zupa pomidorowa i mielone — powiedziałam, stawiając przed nim talerz.

— O, to dobrze. Wczoraj w nocy zamówiłem jakieś wegańskie coś i myślałem, że umrę. Fuj. — Skrzywił się, mieszając zupę łyżką.

Spojrzałam na niego. Dorosły mężczyzna, z zarostem i siwizną na skroniach, jadł zupę mamusi jak chłopiec. Przypomniałam sobie, jak jeszcze kilka lat temu mówił, że niedługo się wyprowadzi. Że jak tylko „skończy ten etap”. Żadnego etapu nie skończył.

— A może byś coś ugotował kiedyś? — zapytałam ostrożnie.

Zerknął na mnie, unosząc brew.

— Po co? Gotujesz świetnie. Poza tym, jak będę mieszkał sam, to się nauczę.

— A kiedy zamierzasz się wyprowadzić?

— No mamo… Jeszcze nie teraz. Mówiłem ci, że szukam pracy. Ale z moim wykształceniem to nie takie proste.

Przecież on nawet tego wykształcenia nie miał. Znów czułam, jak ściska mnie w żołądku.

Wiedziałam, że ma rację

— Wiesz, że znowu przyszedł rachunek za prąd na ponad tysiąc? — powiedział mąż, wchodząc do kuchni z kopertą w dłoni.

Zamknęłam zmywarkę, nie patrząc mu w oczy.

— Wiem — mruknęłam. — Mówiłam mu, żeby nie siedział całymi nocami przy komputerze.

— On nie tylko siedzi. On urządził sobie tam centrum dowodzenia. Trzy monitory, laptop, głośniki, klimatyzator. A to wszystko na nasz koszt.

Podeszłam do stołu i usiadłam ciężko.

— Myślisz, że ja tego nie widzę? Że mi z tym lekko?

Mąż usiadł naprzeciwko.

— Zamiast stawiać mu granice, podajesz mu wszystko pod nos. Kanapki, pranie, obiadki. To nie jest już chłopiec.

Milczałam. Wiedziałam, że ma rację. Nasze konto oszczędnościowe, które budowaliśmy przez lata, topniało. Co miesiąc dopłacaliśmy do jego wygód. Komórka, internet, jedzenie, czasem nawet nowe ubrania, bo „nie ma co na siebie włożyć”. A on spał do południa, zamawiał jedzenie, kiedy nie miał ochoty na domowe, a czasem pożyczał nasz samochód, nie pytając.

— Może pora postawić ultimatum — powiedział mąż cicho. — Albo pracuje i dokłada się do domu, albo musi sobie radzić sam.

Spojrzałam na niego przerażona.

— I co? Wyrzucić go na ulicę?

– A może tylko pozwolić mu odejść?

Nie odpowiedziałam. Bałam się, co się stanie, jeśli przestanę go chronić.

Wzruszył ramionami

Wzięłam głęboki oddech, zanim zapukałam do jego pokoju. Usłyszałam jakieś przekleństwo pod nosem i szuranie krzesła. Otworzył drzwi w samych bokserkach, z kubkiem kawy w ręku.

— Co? — mruknął.

Możemy porozmawiać?

Westchnął i odsunął się, wpuszczając mnie do środka. Pokój tonął w bałaganie. Wszędzie walały się puste opakowania po chipsach, kubki, brudne skarpetki. Usiadłam na rogu łóżka.

— Synku, musimy coś ustalić. Z tatą nie wyrabiamy finansowo. Ty też jesteś dorosły. Nie możesz tak dalej żyć.

Zerknął na mnie z wyraźnym znudzeniem.

— No i?

— Albo zaczniesz pracować i dokładać się do rachunków, albo… musisz pomyśleć o wyprowadzce.

Milczał. Przez chwilę nawet myślałam, że coś do niego dotarło.

— Serio? Wyrzucacie mnie?

— Nie wyrzucamy. Dajemy ci wybór.

Wzruszył ramionami i odwrócił się do monitora.

— Niech tata nie panikuje. Ogarnę coś. Przecież nie jestem pasożytem.

Chciałam zapytać, jak długo jeszcze będzie „ogarniał”, ale czułam, że nic tu nie zdziałam. Wyszłam z pokoju, zamykając za sobą drzwi. W środku, gdzieś we mnie, aż huczało mi z bezsilności.

Łzy cisną mi się do oczu

Minął miesiąc od naszej rozmowy. Nic się nie zmieniło. Syn nadal spał do południa, zamawiał jedzenie przez aplikacje, korzystał z naszego internetu, prądu, samochodu. Nie wspomniał ani słowem o pracy. Ani razu nie zapytał, jak radzimy sobie z opłatami. Po prostu żył sobie dalej, jakby to wszystko mu się należało. Pewnego popołudnia, kiedy wróciłam z pracy, zastałam w kuchni otwartą lodówkę, puste opakowania po jogurtach i niedojedzoną pizzę na blacie. Zmywarka była pełna brudnych naczyń, a śmieci sięgały niemal sufitu. Syn zniknął.

Usiadłam na stołku i oparłam głowę na dłoniach. Poczułam, jak łzy cisną mi się do oczu. Mąż wszedł chwilę później, spojrzał na mnie i już nic nie mówił. Wiedział. W tym milczeniu było wszystko. Wieczorem, kiedy syn wrócił, pachnący kebabem, z uśmiechem na twarzy, mąż wszedł do jego pokoju. Ja nie dałam rady.

Masz dwa tygodnie. Albo się ogarniasz, albo szukasz sobie mieszkania — powiedział mu cicho, ale stanowczo.

— Serio? Wy to mówicie? Własnemu dziecku?

— Tak. Bo nasze życie też ma granice.

Tym razem syn nie trzasnął drzwiami. Po prostu zamknął je cicho.

Kocham za mocno

Dwa tygodnie minęły. Syn nigdzie się nie wyprowadził. Nie znalazł pracy. Właściwie nie zrobił nic. Kiedy mąż przypomniał mu o ultimatum, wzruszył ramionami.

— Przecież nie dacie rady mnie wyrzucić. To mój dom. Tu jestem zameldowany.

I w teorii miał rację. W praktyce serce matki nie pozwoliło. Nie potrafiłam. Chociaż wiedziałam, że to nieodpowiedzialne. Choć widziałam, jak mój mąż zaciska zęby, płacąc kolejne rachunki. Choć czułam, jak wstydzę się przy znajomych, że mój dorosły syn żyje jak nastolatek, nie wyrzuciłam go. Powiedziałam tylko, że jeśli naprawdę nie chce się usamodzielnić, to musi przynajmniej pomagać w domu. Zacząć od czegoś prostego: gotowanie, zakupy, rachunki. Skinął głową, ale po tygodniu znowu wróciliśmy do punktu wyjścia. Tyle że teraz był bardziej uważny. Opróżniał zmywarkę, wyrzucał śmieci. Czasem zrobił herbatę.

Czy to wystarczy? Nie wiem. Może to tylko cisza przed kolejną burzą. Może jestem naiwna. Może zwyczajnie kocham za mocno. Mam 58 lat i nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Ale wiem jedno — bycie rodzicem to najtrudniejsza rola, jaką dostałam w życiu.

Barbara, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama