„Syn i córka kpią, że na emeryturze marzy nam się szynka parmeńska. Niech sobie gadają, a my i tak polecimy do Włoch”
„– Nie mrzonki, a marzenia, a teraz nadszedł czas na ich realizację. Chcemy zjeść prawdziwą szynkę parmeńską – stwierdził stanowczo mój małżonek. – Poza tym myślę, że i na twój kręgosłup i na moje nogi taka ucieczka w ciepłe kraje na jesień to dobry pomysł”.

Mamy troje dzieci. Najstarszy syn jest za granicą, dwoje mieszka w tym samym mieście co my. Staraliśmy się zapewnić im dobry start w życie. A łatwo nie było! Ja pracowałam jako sekretarka w państwowej firmie, więc nie zarabiałam wiele. Mąż był technikiem RTG. Harował jak wół, byle dzieciakom niczego nie zabrakło, przez co dom był tylko na mojej głowie.
Ale nie narzekaliśmy. Ciężką pracą dorobiliśmy się dużego mieszkania, dzieci miały swoje pokoje, były porządnie ubrane i nawet w czasie największego kryzysu w lodówce nie brakowało jedzenia. Przede wszystkim zaś mieliśmy siebie. Dobraliśmy się z mężem jak w korcu maku. Pewnie, że zdarzały się nam kłótnie czy nieporozumienia, jak w każdym małżeństwie. Zwłaszcza, kiedy oboje byliśmy zmęczeni, pieniądze się kończyły i nasza cierpliwość też. Ale to były drobiazgi, wiedzieliśmy, że możemy na siebie liczyć. I tak staraliśmy się wychować dzieci – że liczą się przede wszystkim ludzie i ich uczucia, a nie pieniądze.
Najstarszy syn, ten, który wyjechał za granicę, powiedział ostatnio, że dzięki nam wie, co jest ważne w życiu. Te słowa to najpiękniejszy prezent, jaki mogą usłyszeć rodzice. Niestety, jeśli chodzi o młodsze dzieci, chyba nie odnieśliśmy sukcesu wychowawczego…
Sprzedaliśmy mieszkanie
Córka dość wcześnie wyszła za mąż. Nie ma co ukrywać – była w ciąży. Pomagaliśmy jej, jak tylko się dało. Urodziła dziecko na drugim roku studiów i bardzo nam zależało, żeby je ukończyła, żeby miała wykształcenie. Dlatego po pracy biegłam do niej, zajmowałam się wnukiem, starałam się ją odciążyć.
Mąż, chociaż już przecież nie był najmłodszy, wziął dodatkową fuchę, żeby wspomóc młodych finansowo. Teraz już oboje mają pracę, kupili mieszkanie, a na świat przyszło ich drugie dziecko, córeczka. Młodszy syn też się już ożenił i też ma córkę.
Ja pierwsza przeszłam na emeryturę, a właściwie najpierw na rentę, bo zdrowie nie pozwalało mi pracować. Dzieci natychmiast wykorzystały fakt, że siedzę w domu i zaczęły częściej podrzucać mi wnuki. Kocham je oczywiście i chętnie się nimi zajmuję, ale naprawdę mam kłopoty zdrowotne. Po latach siedzenia za biurkiem wysiadł mi kręgosłup, muszę chodzić na rehabilitację. Dlatego coraz częściej odmawiałam dzieciom, a one, niestety, miały o to do mnie pretensje.
Kiedy Andrzej, mój mąż, też przeszedł na emeryturę, doszliśmy do wniosku, że sprzedamy mieszkanie. Dla nas było za duże, poza tym mieszkaliśmy na trzecim piętrze w bloku, bez windy. Andrzej narzekał na nogi, ja na kręgosłup. Postanowiliśmy znaleźć małe mieszkanko, na parterze, najlepiej z ogródkiem. Powiedzieliśmy o tym dzieciom i wtedy się zaczęło.
– Takie mieszkanie jak wasze tylko zyskuje na wartości, zostawcie je, bo jak teraz sprzedacie, to tylko stracicie… – przekonywał nas młodszy syn.
– Tu są pokoje dla naszych dzieci, jak będą starsze, to gdzie będą zostawały na noc? – martwiła się córka.
Tylko Robert, najstarszy syn, nas popierał, a nawet zaczął wyszukiwać w internecie oferty. Właściwie to on znalazł nam nasze nowe lokum. Dwa pokoiki z kuchnią z dużym ogródkiem w starej kamienicy. Okolica była cicha, spokojna, idealna dla nas. I co ważne – cena bardzo atrakcyjna!
Marzyła nam się podróż do Włoch
Po sprzedaży naszego starego mieszkania wystarczyło nie tylko na kupno i porządny remont nowego, ale jeszcze sporo zostało! Od razu wszystkie oszczędności włożyliśmy na lokatę, żeby nie leżały na zwykłym koncie i nie traciły na wartości.
– Jak się trochę uzbiera, to część wyjmiemy i pojedziemy do Włoch! – oznajmił zadowolony Andrzej.
– Jak to do Włoch? – zdziwiłam się, bo nigdy nie wyjeżdżaliśmy za granicę.
No, jak dzieci były małe, to raz pojechaliśmy wszyscy razem do Bułgarii. Ale tak, to nie stać nas było na takie wojaże. A jeszcze do Włoch?!
– Pamiętasz, jak kiedyś oglądaliśmy folder ze zdjęciami i stwierdziliśmy, że na stare lata tam pojedziemy? – zapytał, a ja uśmiechnęłam się do swoich wspomnień.
– Ale to były tylko takie mrzonki…
– Nie mrzonki, a marzenia, a teraz nadszedł czas na ich realizację. Chcemy zjeść prawdziwą szynkę parmeńską – stwierdził stanowczo mój małżonek. – Poza tym myślę, że i na twój kręgosłup i na moje nogi taka ucieczka w ciepłe kraje na jesień to dobry pomysł. A jak kupimy bilety wcześniej, to będzie tanio. Robert tak mówił!
Dzieci miały pretensje
W naszym nowym mieszkaniu wiele czasu spędzaliśmy nad zastanawianiem się, co zrobimy za miesiąc, a co za rok, gdzie pojedziemy, które miejsca koniecznie musimy odwiedzić. Prawdę mówiąc, cieszyliśmy się jak dzieci, że wreszcie możemy zrobić coś dla siebie. Zresztą, od razu widać było rezultaty. Ja miałam czas na rehabilitację, Andrzej nie musiał wdrapywać się na trzecie piętro – oboje odżyliśmy. Niestety, młodszy syn i córka inaczej patrzyli na zmiany w naszym życiu.
– Mamo, skoro już postawiliście na swoim i zamieniliście mieszkanie, to może pożyczycie nam na samochód? – zapytała Hanka. – Po co mamy brać kredyt i spłać kolosalne odsetki? Będziemy wam oddawać w ratach.
– Ale my wszystko mamy na lokacie, nie możemy wyjąć pieniędzy przed czasem – tłumaczył Andrzej.
– Jak to? Myślałam… No nic, jak sobie chcecie – stwierdziła obrażona i ostentacyjnie wyszła z pokoju.
A kiedy wreszcie wyjechaliśmy do tych Włoch, w dodatku na prawie miesiąc, obraził się dla odmiany Bartek.
– Jak to wyjeżdżacie? – zdziwił się. – A kto zajmie się Małgosią, jak się rozchoruje? Przecież wiecie, że pierwszy raz posyłamy ją do przedszkola, zaraz na pewno złapie jakieś choróbsko!
– To poprosisz o pomoc teściową – podsunęłam mu pomysł.
– Chyba żartujesz! Ona jeszcze pracuje, a poza tym wiesz, że niechętnie zajmuje się wnuczką…
– Ale my już wykupiliśmy miejsce i mamy bilety na samolot – tłumaczył spokojnie mój mąż. – I mamie, i mnie dobrze zrobi pobyt w cieplejszym klimacie.
Oczywiście nie ugięliśmy się. Pojechaliśmy. Ale dzieci wytykały nam to jeszcze długo. Gdy wróciliśmy, usłyszeliśmy, że bardzo się zawiedli, bo mieli nadzieję na pomoc z naszej strony. Oni są zapracowani, nie mają czasu na nic, trudno jest znaleźć dobrą opiekunkę, a przecież nikt nie będzie tak kochał wnuków i się nimi zajmował, jak babcia i dziadek.
Na początku mieliśmy wyrzuty sumienia. Bo rzeczywiście, zostali przez miesiąc bez żadnej pomocy, ale mieliśmy prawo w końcu odpocząć.
Lucyna, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Sąsiadka uprzykrzała mi życie w bloku. Jedna szczera rozmowa sprawiła, że zakochałem się w niej po same uszy”
- „Pół wypłaty wydaję na żłobek, bo babcie nie chcą zająć się wnukiem. Wolą korzystać z życia na emeryturze”
- „Nie mogłam patrzeć, jak synowa robi karierę, a syn gotuje jej obiadki. Zrobiłam to, co każda matka na moim miejscu”

