Reklama

Sylwester zawsze mnie męczył. Nie sam jego termin, nie zmiana cyfry w kalendarzu, tylko to wszystko dookoła: oczekiwanie, że muszę się dobrze bawić, że powinienem gdzieś iść, że jeśli nie będę w tłumie, to coś mnie ominie. Jakby istniała jedna, właściwa wersja tej nocy, a każda inna była błędem. Siedziałem więc na łóżku w koszuli, z telefonem w ręku, i patrzyłem na migające powiadomienia.

„No to co, Tomek, gdzie się zbieramy?” — napisał ktoś na grupie.

„Metro o dwudziestej, potem klub”.

„ Nie znikaj, stary. Zawsze uciekasz”.

Westchnąłem. W głowie miałem już obraz: kolejki, pot, muzyka tak głośna, że rozmowa staje się pantomimą, sztuczne uśmiechy i alkohol, który ma udawać radość. Przez chwilę jeszcze próbowałem się przekonać, że dam radę. Że to tylko kilka godzin. Że inni jakoś żyją.

„No weź, nie bądź dziadem”. — Przyszła kolejna wiadomość. —„Raz w roku można zaszaleć”.

Zamknąłem czat. Cisza w pokoju była niemal fizyczna, bo przynosiła ulgę. Mimo to zrobiło mi się jakoś smutno. Wtedy akurat zadzwonił Michał.

— Słuchaj — powiedział bez wstępów. — My robimy mały Sylwester u mnie. Kilka osób, planszówki, zero krzyków. Jak nie chcesz hałasu, to wpadnij. Bez spiny.

— A jak wyjdę przed północą? — zapytałem tylko po części w żartach.

— To wyjdziesz. Nikt cię nie zatrzyma.

Rozłączyłem się i długo siedziałem bez ruchu. Coś we mnie się uspokoiło. Nie wiedziałem jeszcze, że ta decyzja, podjęta bardziej ze zmęczenia niż odwagi, sprawi, że ten wieczór będzie inny niż wszystkie wcześniejsze. Wiedziałem tylko, że nie chcę fajerwerków. I że po raz pierwszy od dawna byłem ciekawy, co wydarzy się dalej.

Wtedy ją zobaczyłem

Do Michała dotarłem chwilę po dziewiętnastej. Schodząc po schodach, słyszałem stłumione głosy i spokojną muzykę, nic nachalnego — raczej tło niż zapowiedź imprezy. Drzwi otworzył mi sam gospodarz, w swetrze, z tym swoim lekkim uśmiechem, który zawsze sugerował, że wszystko jest pod kontrolą.

— Wchodź, dobrze, że jesteś — powiedział, jakbyśmy byli umówieni od tygodni.

W środku było kilka osób. Nikt nie krzyczał, nikt nie próbował dominować rozmowy. Ktoś tłumaczył zasady gry, ktoś inny żartował półgłosem. Zdjąłem kurtkę i przez moment stałem trochę z boku, próbując się wpasować w rytm miejsca. Wtedy ją zobaczyłem.

Siedziała na kanapie, oparta bokiem, słuchała kogoś uważnie, nie przerywając. Kiedy się uśmiechnęła, nie było w tym nic demonstracyjnego. Naturalny gest, jakby nie próbowała niczego udowodnić. Michał zauważył moje zawahanie.

— To Tomek — rzucił w jej stronę. — A to Zosia.

— Cześć — powiedziała, patrząc na mnie uważnie, ale bez oceniania.

— Cześć — odpowiedziałem, czując się dziwnie spokojny.

Usiadłem niedaleko. Rozmowy płynęły zwyczajnie: o pracy, o głupotach, o tym, że ktoś zawsze myli zasady. Przy planszówce śmialiśmy się z drobnych pomyłek, a kilka razy nasze spojrzenia spotkały się przypadkiem. Nic znaczącego, a jednak coś mnie zatrzymywało przy tym stole. Złapałem się na myśli, że przestałem sprawdzać telefon. To miała być tylko alternatywa, nic więcej, a jednak, kiedy Zosia odwróciła się do mnie i zapytała o coś zupełnie błahego, poczułem lekkie poruszenie, jakby ten wieczór zaczął skręcać w nieznanym kierunku.

Pojawił się we mnie lekki niepokój

Czas zaczął płynąć szybciej, choć nikt go nie poganiał. Gra toczyła się swoim tempem, rozmowy krążyły między żartem a drobnymi wyznaniami, które padają tylko wtedy, gdy nikt nie czuje potrzeby robienia wrażenia. Usiadłem obok Zosi niemal nieświadomie. Po prostu tam było miejsce.

— Źle liczysz punkty — powiedziała cicho, nachylając się w moją stronę.

— Wcale nie — odpowiedziałem. — Po prostu liczę je po swojemu.

— Czyli źle.

Uśmiechnęła się, a ja parsknąłem śmiechem, zaskoczony tym, jak łatwo przyszła mi ta reakcja. Kilka minut później znów spieraliśmy się o drobiazg, tym razem już bardziej dla samej przyjemności rozmowy niż dla zasady. Michał przewracał oczami, ktoś inny komentował z boku, ale ja coraz częściej słyszałem tylko jej głos. W pewnym momencie rozmowa zeszła na muzykę. Ktoś zapytał o ulubione utwory, ktoś inny narzekał na to, co puszczają co roku. Zosia powiedziała tytuł piosenki, którą znałem dobrze, choć rzadko przyznawałem się do takich wyborów.

— Też ją lubię — rzuciłem odruchowo.

Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem.

— Serio? Mało kto się do tego przyznaje.

— Mało kto pyta — odpowiedziałem.

Zapadła krótka cisza, zupełnie niekrępująca. Zauważyłem, że siedzimy coraz bliżej, że reagujemy podobnie na żarty, że nasze komentarze często się zazębiają. Zamiast skupiać się na grze, zacząłem zwracać uwagę na drobne rzeczy. Na to, jak mówiła spokojnie, bez pośpiechu. Na to, że nie zagłuszała innych, tylko słuchała. Pojawił się we mnie lekki niepokój. Nie taki, który każe uciekać, a raczej ten cichy, który pyta, dlaczego rozmowa z kimś obcym przychodzi tak naturalnie. Przecież to miał być zwykły wieczór. Tymczasem coraz mniej interesowało mnie, która jest godzina, a coraz bardziej to, czy za chwilę znów coś do mnie powie.

Śmialiśmy się cicho

Im bliżej było północy, tym więcej ruchu pojawiało się w mieszkaniu. Ktoś sprawdzał godzinę, ktoś inny mówił, że zaraz trzeba będzie wyjść, bo sąsiedzi już zbierają się na zewnątrz. Rozmowy nabrały energii, jakby wszyscy nagle przypomnieli sobie, po co tu są. Michał podniósł się z miejsca.

— Dobra, zaraz wychodzimy, kto chce zobaczyć fajerwerki, niech się szykuje.

Kilka osób zaczęło zakładać kurtki, ktoś szukał butów, ktoś śmiał się, że i tak nic nie zobaczy. Siedziałem dalej na kanapie i dopiero po chwili dotarło do mnie, że Zosia też się nie rusza.

— Idziesz? — zapytałem, bardziej z obowiązku niż z ciekawości.

Spojrzała na mnie i lekko wzruszyła ramionami.

— Chyba zostanę. Nie przepadam za tłumami.

— Ja też nie — odpowiedziałem szybciej, niż zdążyłem się zastanowić.

Zostaliśmy w środku, kiedy drzwi się zamknęły i mieszkanie nagle ucichło. Została tylko muzyka puszczona w tle, ten sam utwór, który ktoś wcześniej zapętlił i zapomniał zmienić. Przez chwilę oboje milczeliśmy, jakbyśmy sprawdzali, czy ta cisza jest w porządku.

— Zawsze masz problem z tą nocą? — zapytała w końcu.

— Raczej z oczekiwaniami — odpowiedziałem. — Z tym, że wszystko powinno wyglądać w określony sposób.

Pokiwała głową, jakby dokładnie wiedziała, o czym mówię. Rozmowa potoczyła się dalej, spokojnie, bez pośpiechu. Mówiliśmy o drobiazgach, o tym, co nas męczy, a co daje chwilę wytchnienia. Śmialiśmy się cicho, żeby nie zakłócać tej bańki, w której nagle się znaleźliśmy. Kiedy zza okna dobiegł pierwszy huk, nawet nie drgnęliśmy. Spojrzałem na nią i pomyślałem, że to jest właśnie ten moment, którego zazwyczaj się nie zauważa. Bez odliczania, bez toastów, bez wielkich słów. Czas na chwilę przestał mieć znaczenie, a ja wiedziałem, że nie chcę być nigdzie indziej.

Wystarczyło, że była blisko

Kiedy inni wrócili do mieszkania, przynieśli ze sobą chłód z klatki schodowej i zapach nocy. Śmiali się głośniej, mówili jeden przez drugiego, porównywali to, co widzieli na zewnątrz. Ktoś złożył życzenia wszystkim naraz, trochę mechanicznie, trochę z rozpędu. Odpowiedzieliśmy, ale miałem wrażenie, że jesteśmy już gdzie indziej. Zosia usiadła obok mnie tak, jakby to było oczywiste. Rozmowy wokół toczyły się dalej, jednak coraz mniej do mnie docierały. Pochyliła się w moją stronę.

— I jak, żałujesz, że nie wyszedłeś? — zapytała półgłosem.

— Nie — odpowiedziałem bez wahania. — Pierwszy raz od dawna nie mam takiego odruchu.

Uśmiechnęła się lekko, jakby to było dla niej ważniejsze, niż chciała okazać. Przez chwilę rozmawialiśmy o tym, jak oboje przeżywamy takie noce: o zmęczeniu hałasem, o potrzebie spokoju, która przychodzi zbyt wcześnie jak na oczekiwania innych. Nie było w tym narzekania, a raczej próba nazwania czegoś, co oboje dobrze znaliśmy. Potem zapadła cisza. Nie ta niezręczna, którą trzeba szybko wypełnić, tylko taka, która pozwala po prostu siedzieć obok. Słuchałem odgłosów mieszkania i czułem, że nie muszę niczego przyspieszać. To nie był moment na gesty ani deklaracje. Wystarczało, że była blisko, a ja nie czułem potrzeby ucieczki.

Pomyślałem wtedy, że nowy rok zaczął się dla mnie inaczej niż zwykle. Bez huku, bez napięcia, bez wrażenia, że znów nie spełniłem czyichś oczekiwań. Za drzwiami wciąż istniał ten sam świat, głośny i pośpieszny, ale tutaj było ciepło i spokojnie. I to miało sens.

Wymieniliśmy się kontaktami

Goście zaczęli się powoli rozchodzić. Jedni zbierali się do wyjścia, inni przeciągali rozmowy, jakby nie chcieli wracać do zwykłej ciszy nocy. Pomogłem Michałowi ogarnąć kilka drobiazgów, pożegnałem się z ludźmi, z którymi jeszcze kilka godzin wcześniej byłem tylko w jednym pomieszczeniu, a nie w jednym rytmie. Zosia stała przy drzwiach, zakładając kurtkę. Przez moment oboje udawaliśmy, że sprawdzamy coś w telefonach, jakby to miało ułatwić pożegnanie.

— Dobrze, że jednak przyszedłeś — powiedziała w końcu.

— Też tak myślę — odpowiedziałem. — W przeciwnym razie ten wieczór wyglądałby zupełnie inaczej.

Zapadła krótka cisza. Wyciągnęła telefon i spojrzała na mnie pytająco.

— Może… zapiszemy numery do siebie nawzajem?

— Jasne — stwierdziłem trochę ciszej, niż planowałem.

Wymieniliśmy się kontaktami bez obietnic planów. Uśmiechnęła się na pożegnanie i wyszła pierwsza. Zostałem jeszcze chwilę na klatce schodowej, słuchając, jak jej kroki się oddalają.
Wracałem do domu spokojnym krokiem. Miasto było cichsze niż zwykle, jakby na moment odpuściło. Myślałem o tym, że nowy rok nie zaczął się od wielkiego wydarzenia, tylko od rozmowy, która nie domagała się niczego więcej. Nie wiedziałem, co z tego wyniknie ani czy w ogóle coś się wydarzy. I po raz pierwszy od dawna ta niepewność była w porządku.

Tomasz, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama