„Studniówka była moim najskrytszym marzeniem. Sukienka z lumpeksu w momencie zamieniła tę noc w koszmar”
„Sukienka była ciężka, jakby przesiąknięta czyjąś historią. Przeróbki niewiele zmieniły: krzywo przyszyty cekin i skrócony dół sprawiały, że wyglądała jeszcze bardziej nie na miejscu. Materiał błyszczał w sztucznym świetle mojej lampki jak folia aluminiowa”.

Czasami mam wrażenie, że jestem tylko cieniem. Że przechodzę przez szkołę, dom, życie, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Mam na imię Paulina i jestem właśnie w klasie maturalnej. W moim świecie nic nie dzieje się przypadkiem, a już na pewno nie dobre rzeczy. Mieszkam z mamą w dwupokojowym mieszkaniu na przedmieściach. Ojca nie ma. Odszedł, kiedy byłam mała do innej kobiety i innego życia. Mama nigdy o nim nie mówi, ale czasem, gdy sączy wieczorem herbatę i gapi się w telewizor bez dźwięku, wiem, że też o nim myśli.
Mama pracuje w przychodni, w rejestracji. Liczy każdą złotówkę, każdy paragon, każdy wydatek. Często mówi: „Paulina, życie to nie bajka. Trzeba zacisnąć zęby”. I zaciskam je od dziecka. Ale ostatnio, pierwszy raz od dawna, marzyłam. Marzyłam o studniówce. Tym jednym wieczorze, który miał być dla mnie jak z innego świata. Chciałam założyć sukienkę, w której poczuję się kimś. Nie „biedną dziewczyną z klasy”, nie „tą, co ciągle siedzi sama na ławce”, tylko kimś naprawdę wyjątkowym.
Wyobrażałam sobie tę sukienkę od miesięcy. Miała być lekka, zwiewna, może w kolorze pudrowego różu albo szampańska. Miała błyszczeć, ale nie tandetnie. Miała układać się idealnie na moich biodrach, dawać mi ten błysk w oku, którego zazwyczaj nie mam. Chciałam, żeby ktoś spojrzał na mnie i pomyślał: „Wow, to Paulina?!”. Ale rzeczywistość jest jak kubeł lodowatej wody.
Pewnego dnia wróciłam ze szkoły, a mama już na mnie czekała z reklamówką z lumpeksu.
— Paulina, nie wydam trzech stów na kawałek materiału. Zobaczysz, będzie pięknie. Tylko trochę skrócę, przyszyję tu cekin i gotowe.
Zamarłam. Wyjęła z torby sukienkę. Była bordowa, z rękawkiem, ciężka od jakiegoś starego brokatu. Pomyślałam wtedy: „Pewnie była bardzo modna... w latach dziewięćdziesiątych”, ale się uśmiechnęłam. Powiedziałam tylko „dzięki”. I poszłam do swojego pokoju, zamykając za sobą drzwi tak cicho, jakby chciałam zniknąć.
Uśmiechnęłam się tylko lekko
Mierzyłam sukienkę po raz trzeci. Stałam przed lustrem, poprawiając ramiączko i naciągając materiał na biodrach. Mama mówiła, że „pięknie się układa”, że „bordowy to kolor królowych”, a ja widziałam coś, czego nie chciałam widzieć. Sukienka była ciężka, jakby przesiąknięta czyjąś historią. Przeróbki niewiele zmieniły: krzywo przyszyty cekin i skrócony dół sprawiały, że wyglądała jeszcze bardziej nie na miejscu. Materiał błyszczał w sztucznym świetle mojej lampki jak folia aluminiowa. Próbowałam sobie wmówić, że to „oryginalne”, że może to nawet dobrze, że nie będę wyglądać jak reszta dziewczyn.
Ale kiedy nazajutrz w szkole zobaczyłam koleżanki przeglądające się w ekranach telefonów, przymierzające buty, pokazujące sobie nawzajem zdjęcia sukienek z metkami i nazwami sklepów, poczułam, że nie mam nic do pokazania. Zawahałam się, czy powiedzieć prawdę mojej przyjaciółce, kiedy zapytała:
— To twoja? Ładnie. Oryginalnie… Chyba vintage, co?
Nie odpowiedziałam. Uśmiechnęłam się tylko lekko. A ona już po chwili piszczała z zachwytu nad jakąś nową sukienką Martyny, wyciągniętą prosto z torby. Biała, lejąca, z koronką na plecach. Ktoś powiedział, że wygląda jak z filmu. „Ładnie” to nie „pięknie”. „Oryginalnie” często oznacza „dziwnie”. Wiedziałam to od dawna, ale tym razem bolało bardziej. Nie chodziło o materiał, o cekiny, nawet nie o fason. Chodziło o to, że nikt nie patrzył na mnie tak, jak ja chciałam być zobaczona. Nawet przez chwilę. Stałam obok, słuchałam ich rozmów, śmiałam się wtedy, kiedy wypadało. Nikt nie zapytał, skąd mam sukienkę. Może i lepiej. Milczenie też potrafi być druzgocące.
Nie wróciłam na salę
Wyszłam z domu przed czasem. Mama robiła mi zdjęcie w korytarzu, a ja udawałam uśmiech. Powiedziała, że wyglądam jak milion dolarów, tylko że ja nie chciałam wyglądać drogo. Chciałam wyglądać na kogoś, kto ma w sobie coś. Chciałam być zapamiętana. W autokarze było duszno. Dziewczyny poprawiały makijaże w lusterkach, chłopcy wygłupiali się głośno, pachniało tanimi perfumami i lakierem do włosów. Siedziałam z tyłu, oparta o szybę, i patrzyłam w ciemność. Nikt nie zauważył, że milczę. Nikogo nie obchodziło, czy jestem podekscytowana. Może myśleli, że to mój sposób na przeżywanie emocji. A może po prostu byłam tłem.
Sala była ogromna. Światła migotały, muzyka dudniła aż podłodze. Wszyscy się obejmowali i śmiali, ktoś robił zdjęcia, ktoś inny krzyczał przez muzykę, że „to będzie noc życia”. Ja stałam z boku. Tańczyłam dwa razy — raz z kolegą, który nawet nie spojrzał mi w oczy, tylko cały czas wypatrywał kogoś za moimi plecami, i raz z nauczycielem, który chyba poczuł się zobowiązany. Kiedy próbowałam odnaleźć się wśród tłumu, zrozumiałam, że nie pasuję. Sukienka nie ta, buty za sztywne, włosy zbyt prosto, makijaż zbyt delikatny... albo za mocny. Sama już nie wiedziałam. Chciałam choć przez chwilę być częścią tego wieczoru, a czułam się jak statystka w filmie o cudzych emocjach.
Poszłam do łazienki. Chciałam poprawić makijaż, może zobaczyć, czy jeszcze da się coś uratować. Gdy weszłam, zatrzymałam się przy drzwiach. Nie zauważyły mnie. Trzy dziewczyny z równymi lokami i błyszczącymi sukienkami, śmiały się do lustra.
— Ej, ta sukienka tej Pauliny... Wydaje mi się, że moja ciotka miała identyczną. Serio. Z lat 90.
— O matko, serio?!
Potem wszystkie wybuchły śmiechem.
— Mówię ci, z tym rękawkiem i brokatem... Jakby wyciągnięta z pudła po komunii.
Zamarłam. Nie weszłam do środka. Stałam za drzwiami i czekałam, aż wyjdą. Dopiero potem podeszłam do lustra. Spojrzałam sobie w oczy. Były suche. Tylko czułam, jak coś mnie ściska w gardle. Poprawiłam pasek od sukienki i westchnęłam. Nie wróciłam na salę. Usiadłam na kanapie w holu i czekałam, aż DJ przestanie grać. Potem zamówiłam taksówkę i wróciłam do domu. Bez zdjęcia. Bez wspomnień.
Nawet nie czułam zawodu
Było po pierwszej, kiedy wróciłam. Na klatce schodowej paliło się jedno światło, brzęczące jak stara lodówka. Wkładałam klucz do zamka powoli, by nie obudzić mamy. Nie chciałam rozmów. Nie tego wieczoru. W mieszkaniu pachniało herbatą i kremem do rąk. Mama spała już w swoim pokoju, przez uchylone drzwi dostrzegłam migające światło telewizora. Zdjęłam buty i przeszłam do siebie na palcach. Nie zapaliłam światła. Stałam przez chwilę przy łóżku, w tej samej sukience, w której jeszcze dwie godziny wcześniej miałam się czuć wyjątkowo.
Zsunęłam ją z ramion i złożyłam na pół. Potem jeszcze raz. I jeszcze. Wcisnęłam ją do worka z ubraniami, które miały iść do oddania. Bez wahania. Bez sentymentu. Może ktoś inny zrobi z niej coś sensownego. Usiadłam na łóżku i patrzyłam w sufit. W głowie nie było żalu ani gniewu. Nawet nie czułam zawodu — tylko pustkę, która robiła się coraz cięższa. Jakby wszystko, co próbowałam zbudować przez miesiące: marzenia, nadzieje, scenariusze, rozpadło się bez dźwięku. Tak po prostu.
Chciałam wierzyć, że to nie ma znaczenia. Ale miało. Rano mama wstała pierwsza. Krzątała się po kuchni, potem zajrzała do mojego pokoju. Siedziałam już ubrana, ze związanymi włosami, gotowa do szkoły, choć nie miałam po co tam iść.
— Coś się stało? Nie bawiłaś się dobrze?
Spojrzałam na nią, a potem na okno. Płatki śniegu powoli osiadały na parapecie.
— Było okej — powiedziałam i wyszłam z pokoju. Nie zapytała drugi raz.
Może jeszcze nie czas
Oddałam sukienkę dwa dni później. Bez słowa. Położyłam ją na stercie innych ubrań w punkcie przyjęć i nie oglądałam się za siebie. Kiedy ekspedientka zapytała, czy wszystko w porządku, skinęłam głową. Po co tłumaczyć, że to tylko kawałek materiału, który miał znaczyć o wiele więcej niż znaczył? Wracając, przeszłam obok galerii handlowej. Zatrzymałam się na chwilę przed jedną z witryn. Manekin miał na sobie sukienkę dokładnie taką, o jakiej kiedyś marzyłam — zwiewną, lekką, z cienkimi ramiączkami i delikatnym połyskiem. Przez moment wyobraziłam sobie, że ją noszę. Że idę w niej po czerwonym dywanie. Że ktoś mnie widzi.
Potem odeszłam. W domu wyjęłam z szuflady album rodzinny. Mama rzadko go otwierała, ale ja znałam każde z tych zdjęć na pamięć. Wśród czarno-białych kadrów znalazłam jedno, które szczególnie mnie poruszyło: mama miała może dwadzieścia lat, włosy upięte w niedbały kok, sukienkę, która wyraźnie była pożyczona — za duża w ramionach, ale zapięta porządnie w talii. Patrzyła prosto w obiektyw, z dziwną pewnością siebie. Może udawaną.
Pomyślałam wtedy, że bieda nie zawsze wygląda tak samo. Czasem widać ją od razu, a czasem kryje się w gestach, w spojrzeniach, w zbyt cichym „dziękuję” w sklepie. Ale wtedy, na tym zdjęciu, moja mama była piękna. I może ja też taka mogłam być. Gdyby ktoś dał mi szansę. Albo gdybym ja dała ją sobie. Usiadłam przy biurku i włączyłam komputer. Kursor migał na pustej stronie. Chciałam coś napisać, cokolwiek — jakieś zdanie, jego fragment. Ale słowa nie przychodziły. Może jeszcze nie czas. Może jeszcze boli zbyt mocno.
Nie chcę już czekać
Napisałam to wieczorem zwykłym długopisem, na ostatniej stronie starego zeszytu z biologii. Od miesięcy go nie otwierałam. Kartki były miękkie, lekko przyżółkłe na brzegach. Pomyślałam, że jeśli gdzieś ma się to zmieścić, to właśnie tam — między notatkami o fotosyntezie a schematem serca. „Nie chcę być tłem” – tak zaczęłam. Potem pisałam dalej. O tym, że jeśli kiedyś będę miała córkę, zrobię wszystko, żeby przez choć jeden wieczór poczuła się wyjątkowa. Nie idealna, nie bezbłędna, a po prostu dostrzeżona.
Nie wiem, czy mi się to uda. Nie wiem, czy w ogóle będę potrafiła być kimś innym niż jestem. Na pewno nie pójdę już tam, gdzie nikt na mnie nie czeka. Nie ubiorę się w coś, co mnie zawstydza. Nie uśmiechnę się na siłę. Nie pójdę na kolejną studniówkę, jeśli znowu mam się czuć niewidzialna.
To nie była kwestia sukienki. To było coś więcej. Coś, co zaczyna się dużo wcześniej — kiedy dziewczyna uczy się, że nie warto prosić, bo „nie stać nas na fanaberie”. Że nie trzeba mieć pięknych rzeczy, wystarczy być „grzeczną i skromną”. Że marzenia można zawsze odłożyć na później. Ale ja nie chcę już czekać. Studniówka minęła, a jednak uczucie, że coś mi zabrano, jeszcze nie.
Paulina, 18 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Sąsiad pożyczył mi płyn do odmrażania szyb, a potem rozkochał w sobie. Zapomniałam, że mam męża”
- „Teść myśli, że jestem potulną synową i będę żyć pod jego dyktando. Grubo się myli, bo ja nie dam sobie w kaszę dmuchać”
- „Brat zgarnął cały majątek po rodzicach. Dziś wynajmuje mi piwnicę za 2000 zł i mówi, że mam szczęście”

