„Strzała amora trafiła mnie w autobusie. Nie wiedziałam tylko, że mój wybranek skrywa wielką tajemnicę”
„Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że Waldek potrafi słuchać jak nikt inny. Opowiadałam mu o mojej pracy, o trudnych czytelnikach, o strachu przed zwolnieniami. On mówił niewiele o sobie. Powiedział, że zajmuje się „papierkową robotą” w dużej firmie logistycznej, że to nudne, stresujące i że często marzy, by rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady”.

Nigdy nie sądziłam, że zapach mokrej wełny, parujących płaszczy i miejskiego smogu może stać się tłem dla najważniejszego wydarzenia w moim życiu. Zawsze wierzyłam, że wielkie historie miłosne zdarzają się w scenerii rodem z XIX-wiecznych powieści, które układałam na półkach w miejskiej bibliotece. A jednak los postanowił zakpić z moich literackich wyobrażeń. To nie był bal, to nie była romantyczna kawiarnia w Paryżu. To była linia 142, stojąca w korku w deszczowe, listopadowe popołudnie. I ja, zmęczona, z torbą pełną zakupów, nieświadoma, że człowiek stojący obok i walczący z biletomatem, wkrótce wywróci mój poukładany, cichy świat do góry nogami.
Wtedy go zobaczyłam
Moje życie od zawsze przypominało jedną z tych książek, które stoją na górnej półce: solidne, wartościowe, ale rzadko wypożyczane. Miałam trzydzieści cztery lata, pracę, którą kochałam nad życie, i mieszkanie w bloku, które dzieliłam z dwoma kotami i stosem niedokończonych lektur. Nie narzekałam. Lubiłam ciszę biblioteki, szelest przewracanych kartek i ten specyficzny zapach kurzu, który dla laika jest duszny, a dla mnie był zapachem spokoju.
W tamten poniedziałek wszystko szło nie tak. Nasza kierowniczka, pani Grażyna, od rana biegała po placówce z wizją nadciągającej katastrofy. Miasto planowało cięcia budżetowe. Biblioteka, moja bezpieczna przystań, była na liście miejsc zagrożonych redukcją etatów, a w najgorszym wypadku — zamknięciem filii. Wychodząc z pracy, czułam ciężar na ramionach, jakbym dźwigała wszystkie tomy encyklopedii naraz.
Kiedy wsiadłam do autobusu, lunęło tak mocno, że świat za szybą zamienił się w szarą plamę. Autobus był przepełniony. Ludzie tłoczyli się, popychali, każdy chciał jak najszybciej znaleźć się w domu. Wcisnęłam się w kąt przy automacie biletowym, próbując utrzymać równowagę. Wtedy go zobaczyłam. Nie wyglądał na kogoś, kto często podróżuje komunikacją miejską. Miał na sobie płaszcz, który nawet w tym ścisku wyglądał na drogi, choć był kompletnie przemoczony. Jego włosy ociekały wodą, a na twarzy malowała się mieszanina irytacji i bezradności. Stał przed automatem biletowym i nerwowo naciskał ekran, który, jak to w naszym mieście bywa, postanowił zastrajkować.
— Cholerny złom — mruknął pod nosem, ale na tyle głośno, że usłyszałam.
Autobus szarpnął, a on o mało nie wpadł na starszą panią z wózkiem na zakupy. Wyglądał jak ryba wyrzucona na brzeg. Kontrolerzy biletów w tym mieście pojawiali się znikąd, a on wyraźnie nie miał pojęcia, co robić.
— Musi pan nacisnąć mocniej w lewym rogu — powiedziałam cicho, wskazując palcem na ekran. — Dotyk tam nie łapie.
Spojrzał na mnie. Miał niesamowite oczy, koloru ciemnej czekolady, ale w tamtej chwili pełne były paniki.
— Słucham?
— Ekran. Jest zepsuty. Trzeba uderzyć tutaj. — Stuknęłam kostką palca w obudowę. System ożył.
— Dziękuję — westchnął z ulgą, która wydawała się nieproporcjonalna do sytuacji. — Naprawdę, dziękuję. Mój samochód odmówił posłuszeństwa trzy ulice stąd. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jechałem autobusem. Nie mam nawet drobnych, tylko kartę, a telefon mi padł.
— Zdarza się. — Uśmiechnęłam się lekko. — Ważne, że jedzie pan w suchym.
Kupił bilet. Przez następne piętnaście minut staliśmy obok siebie, ściśnięci przez tłum pasażerów. Zapytał, co czytam, wskazując na wystający z mojej torby grzbiet książki. To był „Cień wiatru”. Rozmawialiśmy o Zafonie, o deszczu i o tym, jak bardzo miasto korkuje się o szesnastej. Był uprzejmy, ale w dziwny sposób wycofany, jakby ważył każde słowo.
— Jestem Waldek — powiedział, gdy zbliżaliśmy się do mojego przystanku.
— Milena.
— Milena, czy... — Zawahał się. — Czy mogłabyś polecić mi jakąś dobrą kawę w tej okolicy? Nie mam jak wezwać lawety bez telefonu, muszę gdzieś poczekać, aż trochę podładuję baterię.
Wskazałam mu małą kawiarnię „Pod Zakładką”, tuż obok mojego bloku. Poszedł tam, a ja, wchodząc do swojego mieszkania, czułam dziwne mrowienie w żołądku. Nie wiedziałam jeszcze, że to dopiero początek.
Chodziliśmy na spacery do parku
Spotkaliśmy się znowu dwa dni później. I znowu przypadkiem — a przynajmniej tak wtedy myślałam. Wpadłam do „Pod Zakładką” po pracy, żeby poczytać w spokoju, bo w domu sąsiad urządzał remont. Waldek siedział przy stoliku w rogu. Tym razem nie miał na sobie tego eleganckiego płaszcza. Miał zwykłą, szarą bluzę i dżinsy. Wyglądał... normalnie. Pomachał mi. Dosiadłam się.
— Samochód naprawiony? — zapytałam.
— W warsztacie. To chyba coś poważniejszego — odpowiedział szybko, uciekając wzrokiem. — A ty? Jak tam w królestwie książek?
Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że Waldek potrafi słuchać jak nikt inny. Opowiadałam mu o mojej pracy, o trudnych czytelnikach, o strachu przed zwolnieniami. On mówił niewiele o sobie. Powiedział, że zajmuje się „papierkową robotą” w dużej firmie logistycznej, że to nudne, stresujące i że często marzy, by rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady.
— Czasami mam wrażenie, że ludzie widzą we mnie tylko funkcję, którą pełnię — powiedział pewnego razu, mieszając łyżeczką w taniej herbacie owocowej. — Że nikt nie zastanawia się, czy Waldek lubi w ogóle tę herbatę, czy woli kawę. Liczy się tylko to, co Waldek może załatwić.
— Ja widzę, że wolisz herbatę — zaśmiałam się. — I że masz dziurę w rękawie bluzy.
Spojrzał na swój łokieć i roześmiał się szczerze, głośno. To był piękny dźwięk.
— Masz rację. Dzięki, Milena. Dzięki, że to widzisz.
Przez kolejne tygodnie spotykaliśmy się regularnie. Nie były to randki w drogich restauracjach. Chodziliśmy na spacery do parku, jedliśmy zapiekanki z budki przy dworcu, przesiadywaliśmy na ławce i karmiliśmy gołębie. Byłam przekonana, że Waldek klepie biedę. Jego ubrania były zawsze skromne, często te same. Nigdy nie proponował drogich rozrywek. Czasami nawet ja płaciłam za kawę, mówiąc: „Dzisiaj moja kolej, panie logistyku”. Nie protestował, tylko uśmiechał się w ten swój ciepły, nieco smutny sposób.
Zakochałam się w jego prostocie. W tym, że cieszył go widok zachodzącego słońca, że potrafił godzinę dyskutować o losach bohaterów książek, które mu pożyczałam. Czułam, że przy nim mogę być sobą. Nie musiałam udawać przebojowej kobiety sukcesu. Byłam Mileną-bibliotekarką, i dla niego to wystarczało.
Opowiedziałam mu wszystko
Tymczasem w bibliotece sytuacja stawała się dramatyczna. Pani Grażyna zwołała zebranie.
— Jest źle — powiedziała drżącym głosem. — Miasto obcięło dotacje. Jeśli nie znajdziemy zewnętrznego sponsora do końca miesiąca, filia zostanie zamknięta. Mamy dwa tygodnie.
Świat mi się zawalił. Ta praca była dla mnie wszystkim. Kiedy spotkałam się z Waldkiem tego wieczoru, od razu zauważył, że coś jest nie tak.
— Co się stało? Wyglądasz, jakbyś płakała.
Opowiedziałam mu wszystko. O braku funduszy, o groźbie bezrobocia, o tym, jak bardzo boję się przyszłości.
— Może da się coś zrobić? – zapytał, marszcząc brwi. – Może są jakieś firmy, fundacje?
– Grażyna wysłała już setki pism. — Machnęłam ręką z rezygnacją. — Nikt nie chce inwestować w kulturę. Wszyscy wolą wielkie eventy sportowe albo koncerty. Kogo obchodzi mała biblioteka na osiedlu?
Waldek milczał przez dłuższą chwilę. Patrzył na mnie z intensywnością, która sprawiła, że poczułam dreszcz.
— Nie trać nadziei — powiedział w końcu, chwytając mnie za rękę. Jego dłoń była ciepła i pewna. — Czasami pomoc przychodzi z najmniej oczekiwanej strony.
Dwa dni później pani Grażyna wpadła do pokoju socjalnego z wypiekami na twarzy.
— Milena! Nie uwierzysz! Dostaliśmy zaproszenie na rozmowę. To ten gigantyczny holding, który ma siedzibę w szklanym wieżowcu w centrum. Podobno ich prezes szuka celów charytatywnych w ramach społecznej odpowiedzialności biznesu. Chcą rozmawiać o naszej bibliotece!
— Naprawdę? — ożywiłam się. — To wspaniale! Kto idzie?
— Ty i ja — zadecydowała szefowa. — Ty potrafisz opowiadać o książkach z taką pasją, że nawet kamień by się wzruszył. Musimy ich przekonać.
Byłam przerażona, ale i pełna nadziei. To była nasza jedyna szansa. Ubrałam swoją najlepszą garsonkę, która pamiętała jeszcze czasy mojej obrony magisterskiej, i ruszyłyśmy do centrum.
To były te oczy
Budynek onieśmielał. Szkło, stal, marmurowe podłogi. Wszyscy wyglądali tu jak modele z żurnala. Czułam się mała i niepasująca do tego świata, ściskając kurczowo teczkę z naszym projektem. Recepcjonistka skierowała nas na ostatnie piętro. Winda jechała tak szybko, że zatykało mi uszy. Kiedy drzwi się rozsunęły, weszłyśmy do przestronnego sekretariatu.
— Pan prezes już na panie czeka — powiedziała asystentka, wskazując potężne, mahoniowe drzwi.
Pani Grażyna weszła pierwsza, ja tuż za nią, z głową spuszczoną, próbując opanować drżenie rąk.
— Dzień dobry, panie prezesie — zaczęła moja szefowa. — Jesteśmy zaszczycone, że znalazł pan dla nas czas...
Podniosłam wzrok. I zamarłam.
Za ogromnym biurkiem, na tle panoramy całego miasta, siedział mężczyzna w idealnie skrojonym garniturze. Miał na nadgarstku zegarek, który prawdopodobnie kosztował więcej niż moje mieszkanie. Ale to nie garnitur ani zegarek sprawiły, że nogi się pode mną ugięły. To były te oczy. Ciemne, czekoladowe oczy. To był Waldek. Mój Waldek. Ten od taniej herbaty, dziurawej bluzy i zapiekanek na dworcu.
Patrzył prosto na mnie. W jego wzroku nie było triumfu — raczej obawa i smutek. Pani Grażyna trajkotała coś o misji biblioteki, ale ja słyszałam tylko szum krwi w uszach. Czułam się, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch.
— Milena? — odezwał się. Jego głos brzmiał inaczej w tym gabinecie. Bardziej władczo, głębiej.
Moja szefowa zamilkła i spojrzała na mnie zdziwiona.
— Znacie się państwo?
— Ty... — wydusiłam tylko, cofając się o krok. — Ty kłamałeś. Cały ten czas kłamałeś.
— Milena, proszę, pozwól mi wytłumaczyć. — Wstał zza biurka i ruszył w moją stronę.
— Nie! — krzyknęłam, nie panując nad emocjami. — Pan logistyk od papierkowej roboty, tak? Bieszczady? Dziura w rękawie? To wszystko to była jakaś chora gra? Śmiałeś się ze mnie? Z mojej biedy? Z tego, że stawiałam ci kawę, bo myślałam, że nie masz pieniędzy?!
— Nigdy się z ciebie nie śmiałem! — Jego głos był stanowczy, ale pełen bólu.
— Wychodzę! — Odwróciłam się na pięcie.
— Milena, stój! Proszę! — Pani Grażyna była w szoku, ale ja nie mogłam tam zostać ani sekundy dłużej. Wybiegłam z gabinetu, minęłam zdumioną sekretarkę i wpadłam do windy.
Łzy płynęły mi po policzkach. Czułam się upokorzona. Oszukana. Mężczyzna, któremu zaufałam, przed którym otworzyłam serce, okazał się milionerem udającym zwykłego człowieka. Czy ja byłam dla niego jakimś eksperymentem socjologicznym? Rozrywką znudzonego bogacza?
Bogactwo było dla niego klatką
Przez kolejne trzy dni nie wychodziłam z domu. Wzięłam urlop na żądanie. Telefon dzwonił bez przerwy — to był on, ale nie odbierałam. Zablokowałam jego numer. Czułam się pusta w środku. Wszystkie te chwile: spacery, rozmowy, nagle wydały mi się fałszywe. Czwartego dnia wieczorem usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie chciałam otwierać, ale dzwonienie nie ustawało. W końcu podeszłam do wizjera. To była pani Grażyna.
— Dziecko, musimy porozmawiać. — Kiedy otworzyłam, weszła do środka, niosąc jakąś kopertę. — Wiem, że jesteś wściekła. Ale musisz to wiedzieć. Biblioteka jest uratowana.
Spojrzałam na nią tępo.
— Co?
— Firma przelała środki. Pokryli koszty remontu i działalności na dwa lata z góry. Bez żadnych warunków. Prezes tylko prosił, żebym ci to przekazała.
Podała mi kopertę. W środku był list i... bilet autobusowy. Ten sam, który kupił wtedy, gdy się poznaliśmy. Był wygnieciony.
Otworzyłam list. Pismo było odręczne, trochę nierówne.
„Mileno,
Wiem, że masz prawo mnie nienawidzić. Przepraszam, że nie byłem z Tobą szczery od początku. Ale musisz zrozumieć jedno — ten dzień w autobusie był pierwszym od lat, kiedy ktoś potraktował mnie jak człowieka, a nie jak bankomat. Kobiety, które spotykałem do tej pory, widziały mój garnitur, mój samochód, moje udziały w firmie. Kiedy mówiłem o Bieszczadach, śmiały się, myśląc o luksusowym hotelu spa. Ty pokazałaś mi, jak uderzyć w biletomat. Kupiłaś mi kawę, martwiąc się, czy wystarczy mi do pierwszego. Słuchałaś moich narzekań, nie oceniając mojego statusu.
Bałem się, że gdy powiem Ci prawdę, magia zniknie. Że zaczniesz widzieć we mnie Prezesa, a nie Waldka. To było tchórzostwo, wiem. Ale te tygodnie z Tobą, na ławce w parku, z tą cholerną, zimną zapiekanką, to były najszczęśliwsze chwile w moim życiu. Bo były prawdziwe. Dziura w bluzie też jest prawdziwa — to moja ulubiona bluza z czasów studiów. Moje zmęczenie korporacją jest prawdziwe. I moje uczucie do Ciebie jest prawdziwe. Nie kupiłem Twojej biblioteki, żeby Cię przekupić. Zrobiłem to, bo to Twoje miejsce na ziemi, a Ty zasługujesz na to, by Twój świat był bezpieczny.
Jeśli będziesz w stanie mi wybaczyć, będę czekał. Tam, gdzie wszystko się zaczęło. Jutro o 16:00.
Twój (i tylko Twój) Waldek”.
Czytałam ten list trzy razy. Łzy kapały na papier, rozmazując atrament. Zrozumiałam wtedy coś ważnego. On nie kłamał o tym, kim jest w środku. Ukrył tylko to, co na zewnątrz, żebyśmy mogli poznać się naprawdę. Bogactwo było dla niego klatką, z której uciekał w moją stronę.
Nie potrzebowałam jego pieniędzy
Następnego dnia o 15:50 stałam na przystanku. Padało, tak jak wtedy. Linia 142 nadjechała z opóźnieniem. Wsiadłam. Serce waliło mi jak młotem. Przeciskałam się przez tłum ludzi, szukając go wzrokiem. Stał tam. Przy biletomacie. Miał na sobie tę samą szarą bluzę z dziurą na łokciu. Wyglądał na zdenerwowanego, wpatrywał się w szybę. Podeszłam do niego cicho.
— Znowu biletomat nie działa? — zapytałam drżącym głosem.
Odwrócił się gwałtownie. Kiedy mnie zobaczył, na jego twarzy pojawiła się ulga tak wielka, że niemal fizycznie odczuwalna. Nie powiedział ani słowa. Po prostu wyciągnął rękę. Podeszłam i chwyciłam jego dłoń. Była tak samo ciepła i szorstka jak zawsze. Nie potrzebowałam jego pieniędzy, jego firmy ani jego pozycji. Potrzebowałam tego spojrzenia i poczucia, że przy nim jestem ważna.
— Przepraszam — szepnął.
— Nie rób tego więcej — odpowiedziałam, wtulając się w jego mokrą bluzę. — Następnym razem za kawę płacisz ty. I to za tę droższą.
Zaśmiał się, a ja poczułam, że wszystko będzie dobrze.
Dziś, dwa lata później, nadal pracuję w bibliotece. Waldek nadal jest prezesem, choć teraz znacznie częściej deleguje obowiązki, żebyśmy mogli wyskoczyć w Bieszczady (tym razem naprawdę, pod namiot, a nie do hotelu). Czasami ludzie pytają mnie, jak to jest być z „tym” Waldemarem z list najbogatszych Polaków. Uśmiecham się wtedy i mówię, że nie znam żadnego prezesa. Znam faceta, który nie potrafi obsłużyć biletomatu i który kocha tanie zapiekanki. Za pieniądze można kupić wiele rzeczy, ale nie kupi się za nie tego momentu, w którym dwoje ludzi spotyka się w tłumie i po prostu do siebie pasuje. Niezależnie od tego, co mają na koncie.
Milena, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rzuciłam narzeczonego, gdy w walentynki wręczył mi prezent z bazaru. Nie spędzę życia z facetem bez klasy”
- „W walentynki ja walczyłam z awarią ogrzewania, a narzeczony grzał się u innej. Zamiast odejść, postanowiłam mu pomóc”
- „W walentynki mąż miał gest i zabrał mnie do lumpeksu. W przyszłym roku będzie świętował Dzień Singla”

