Reklama

Nigdy nie sądziłam, że pogrzeb matki będzie pierwszą okazją od siedmiu lat, żeby spojrzeć siostrze w oczy. Siedzę w pociągu do rodzinnej miejscowości i obserwuję, jak za oknem suną znajome pejzaże – nagie drzewa, szare niebo, puste pola. Wszystko tu wydaje się takie samo jak dawniej. Wszystko, poza mną. Po tamtej Julii została tylko skorupa. Dziś jestem kimś innym. Samotną trzydziestolatką, która woli cyferki w Excelu od ludzi. Tak jest bezpieczniej. Przede mną dwie godziny jazdy. I coraz bardziej duszne wspomnienia.

Siostra zgarnęła więcej

Anna. Starsza o pięć lat. Zawsze wiedziała lepiej. Zawsze musiała mieć ostatnie słowo. A ja? Zbyt cicha, zbyt ostrożna, zbyt… uczciwa. Po śmierci taty to właśnie ona wzięła sprawy w swoje ręce. Zmanipulowała mamę, żeby większa część majątku trafiła do niej jeszcze za życia mamy. „Bo przecież ma dzieci, większe potrzeby”, mówiła. A ja? Nie miałam dzieci, za to miałam kredyt, samotność i żal, że własna siostra potraktowała mnie jak obcą.

Od tamtej rozmowy minęło siedem lat. Ani jednej wiadomości. Ani telefonu. Aż do teraz. Pogrzeb. Śmierć mamy. „Przyjedź, ciało będzie wystawione w kaplicy”. Tyle.

Wzięłam urlop w pracy, powiedziałam, że muszę załatwić sprawy rodzinne. Nikt nie dopytywał. I dobrze. Sama nie wiedziałam, co mam myśleć. Żałoba to jedno. Ale we mnie odzywa się coś jeszcze. Stare rany. I głód – nie, nie bliskości. Głód sprawiedliwości. Nie wiem, co jej powiem. Może nic. Może tylko stanę i będę udawać, że mnie nie boli. Ale boli. Cholernie boli.

Pojechałam na pogrzeb

Kościół był pełen. Ludzie, których nie widziałam od lat, składali mi kondolencje z wymuszoną troską, niektórzy nawet nie pamiętali mojego imienia. Ksiądz mówił o „cichej, dobrej kobiecie”, jakby nie znał jej wcale. Mama nie była cicha. Była silna. Tylko zmęczona. Stałam przy trumnie, trzymając w dłoniach niedopaloną świeczkę. Dym szczypał mnie w oczy, ale może to wcale nie był dym.

Zobaczyłam ją kątem oka. Stała dwa rzędy dalej, obok Pawła. Anna. Wysoka, spięta, jak zawsze ubrana stosownie, z tym swoim lodowatym wyrazem twarzy, który kiedyś udawał dumę, a teraz był tylko tarczą. Nie zamieniłyśmy ani słowa. Tylko spojrzenia. Jak dwa psy, które kiedyś były z jednego stada, ale teraz nie wiedzą, czy warczeć, czy uciekać.

Po mszy podeszłam do trumny ostatni raz. Mama wyglądała spokojnie, jakby wreszcie mogła odpocząć. Chciałam jej coś powiedzieć, ale w gardle zawiązał mi się supeł. Więc tylko skinęłam głową i odwróciłam się. I wtedy – ona. Stanęła naprzeciw mnie. Twarz miała bladą, usta zaciśnięte.

– Nie spodziewałam się, że przyjedziesz – powiedziałam sucho.

– To była nasza matka. Nie mogłam nie przyjechać.

– To szkoda, że wcześniej nie była dla ciebie aż tak ważna – rzuciłam i nie wiedziałam, czy mówię do niej, czy do siebie.

Nie odpowiedziała. Tylko odwróciła się na pięcie i odeszła, a Paweł ruszył za nią bez słowa. A ja zostałam. Z trumną. Z żalem. Z milczeniem, które ważyło więcej niż cała ziemia na cmentarzu.

Było niezręcznie

W domu ciotki Haliny pachniało rosołem i świeżym ciastem drożdżowym. Wszystko było tak, jakby śmierć nie miała tu wstępu. Drewniane meble, koronki na półkach, stare zdjęcia w ramkach. I ten cichy, domowy hałas – rozmowy, sztućce, stukot filiżanek. Usiadłam na końcu stołu. Nikt mi nie mówił, gdzie mam siedzieć, ale zawsze siadałam tam, gdzie było najmniej ludzi.

– Julia, dziecko, nałóż sobie – ciotka podała mi wazę z rosołem, a ja tylko skinęłam głową.

Nie zdążyłam wziąć łyżki, gdy do kuchni weszli oni. Anna i Paweł. On wciąż trzymał ją za dłoń, jakby byli na jakimś cholernym przedstawieniu. Usiadła naprzeciwko mnie, nawet nie zerkając w moją stronę. Przez chwilę było nieznośnie cicho. A potem ciotka zapytała, czy ktoś chce dokładkę. I wtedy się zaczęło.

Naprawdę chcesz teraz wywlekać wszystko? W dzień pogrzebu? – Anna odłożyła łyżkę z hukiem.

– A kiedy? Jak zwykle – nigdy? – syknęłam.

– Julia, błagam cię… – odezwał się Paweł.

– Nie jesteś częścią tej rodziny, więc się nie wtrącaj – przerwałam mu ostro.

I nie dbałam o to, że ciotka się skrzywiła. Anka patrzyła na mnie z tą swoją pustą miną. Jakby nie wiedziała, co powiedzieć. Ale znałam ją. Wiedziała aż za dobrze.

– Dlaczego wszystko musi się psuć, nawet tu, nawet teraz? – pomyślałam. – Czy naprawdę zostałyśmy już tylko dwiema obcymi kobietami?

Nikt więcej się nie odezwał. Nawet ciotka, która zwykle miała ostatnie słowo. A ja po raz pierwszy poczułam, że ta cisza jest bardziej bolesna niż jakakolwiek kłótnia.

Porozmawiałam z ciotką

Zostałyśmy same. Goście już się rozeszli, Anna i Paweł też – jak zawsze pierwsi do wyjścia. Siedziałam przy kuchennym stole, patrząc w plamę herbaty na obrusie, jakby miała mi coś powiedzieć. Ciotka Halina wytarła ręce o fartuch i usiadła naprzeciwko mnie.

– Nie jesz. Jak za dzieciaka – powiedziała.

– Nie jestem głodna.

Milczałyśmy chwilę. A potem powiedziała to, czego się nie spodziewałam.

– Twoja matka mówiła, że to był jej największy ból. Ta darowizna dla Anki.

Zamknęłam oczy. Poczułam, jak zaskoczenie wbija się we mnie jak szpilka.

– Myślałam, że to ona stanęła po stronie Anki – wymamrotałam.

– Ona nie stanęła po niczyjej stronie, Julka. Stała pośrodku – rozrywana. Codziennie mnie pytała, co robić. Czy pisać do ciebie, czy czekać. A potem płakała w poduszkę.

– Czemu mi tego nie powiedziała?

– Bo ty też nie chciałaś słuchać.

Nie zaprzeczyłam. Bo wiedziałam, że to prawda.

– W ostatnich tygodniach… – ciotka ściszyła głos – codziennie zaglądała do okna, jakbyś miała nagle się pojawić. Mówiła: „A jeśli dziś przyjedzie?”. I siadała na krześle, czekając.

Zacisnęłam dłonie na kolanach, żeby się nie rozpłakać.

Przegapiłam moment, kiedy jeszcze mogłam z nią porozmawiać – powiedziałam.

– Wszyscy coś przegapiamy, dziecko. Ale to nie znaczy, że nie możesz jeszcze czegoś naprawić.

Spojrzałam na nią, a ona tylko kiwnęła głową w stronę drzwi.

– Ona żyje, Julka. Twoja siostra. I ty też. Może jeszcze możecie się pogodzić.

Nie odpowiedziałam. Ale coś we mnie pękło.

Wyciągnęłam rękę na zgodę

Zadzwoniłam do niej wieczorem. Sama siebie zaskoczyłam, że to zrobiłam. Głos miała zmęczony, nieufny. Umówiłyśmy się w kawiarni przy rynku – tej, gdzie kiedyś chodziłyśmy z mamą na lody. Przyszła punktualnie. Usiadła naprzeciwko, zamówiła czarną kawę bez cukru. Ja zamówiłam herbatę. Milczałyśmy. W końcu powiedziałam:

Nie chcę się kłócić.

– Dobrze. To nie kłóćmy się.

– Ale też nie chcę udawać, że wszystko było w porządku – dodałam ostrożnie.

Anna westchnęła. Oparła się na łokciach i spojrzała mi prosto w oczy.

– Zabrałaś mi coś więcej niż pieniądze. Odcięłaś mnie od siebie – powiedziałam w końcu, po cichu, ale wyraźnie.

Jej twarz drgnęła.

– A ty myślisz, że byłaś święta? Odsunęłaś się ode mnie, jakbyśmy nigdy nie były rodziną.

– Bo przestałyśmy nią być w chwili, gdy wyciągnęłaś rękę po więcej, niż ci się należało.

– Myślisz, że mama była przeciwko tobie? Ona po prostu bała się, że straci nas obie – powiedziała. – Paweł tylko próbował pomóc. A ja… ja byłam głupia. Naprawdę głupia. Ale nie zła.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam w jej twarz – starszą, mniej pewną siebie niż kiedyś. Jakby coś z niej opadło.

– Wiesz, co mnie najbardziej boli? – zapytała nagle. – Że mama zmarła i nie wiedziała, czy jeszcze kiedyś się pogodzimy.

– A może właśnie wiedziała. Może dlatego nic nie zrobiła – powiedziałam.

Zamilkłyśmy. Między nami coś zadrżało. Nie zgoda. Jeszcze nie. Ale pierwszy krok.

To nie jest zakończenie – powiedziałam, wstając.

– Nie. To dopiero początek – odpowiedziała.

Znalazłam list od mamy

Znalazłam go przypadkiem. Szukałam aktu urodzenia mamy, żeby dopełnić formalności w urzędzie. Teczka z dokumentami, schowana na dnie szafy, pachniała starym papierem i jej perfumami. List był w środku. Zaadresowany do mnie i do Anny. Koperta złożona na pół. Charakter pisma – znajomy, delikatny, lekko pochyły.

Usiadłam na łóżku i otworzyłam. Czytałam powoli, głos drżał mi w głowie.

„Moje kochane córki. Nie wiem, czy kiedyś to przeczytacie razem, czy osobno. Ale piszę ten list, bo nie chcę odejść z tym ciężarem w sercu. Kocham was obie. I obie mnie zraniłyście. Ale bardziej od tego boli mnie, że raniłyście siebie nawzajem.”

Zatrzymałam się, bo łzy zalały mi oczy.

„Kiedy umiera człowiek, wiele rzeczy przestaje mieć znaczenie. Tylko miłość zostaje. I żal za tym, czego się nie powiedziało. Żałuję, że nie umiałam was pogodzić. Ale wiem, że wciąż możecie się znaleźć. Że możecie nauczyć się mówić do siebie nie przez krzyk ani milczenie, ale przez prawdę. Nie bójcie się wrócić do siebie. Nawet jeśli droga jest trudna. Wiem, że dacie radę. Bo jesteście moje. I w was jest dobro. Mama”

Zadrżały mi dłonie. Wysłałam Ancee zdjęcie listu. Bez słowa.

Piętnaście minut później zapukała do drzwi. Weszła bez pytania, jak kiedyś. Wzięła kartkę, przeczytała ją dwa razy. W ciszy.

– Nie bójcie się wrócić do siebie – powtórzyła cicho. – Nawet jeśli droga jest trudna.

– Może nie jesteśmy gotowe – powiedziałam. – Ale to nie znaczy, że nie możemy spróbować.

Spojrzałyśmy na siebie. Po raz pierwszy od lat – bez złości. Tylko ze zmęczeniem. I... czymś jeszcze. Nadzieją?

Julia, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama