Reklama

Zimą wszystko wydaje się prostsze. Świat zwalnia, przykrywa się śniegiem i milknie. Patrzę przez okno, jak białe płatki spadają na mój ogródek, i marzę. O miłości. Prostej, ciepłej, tej zwyczajnej — takiej na co dzień. Uczę w przedszkolu, kocham dzieci, mam serdeczne koleżanki, rodziców w pobliżu. Ale czasem czuję, że czegoś mi brak. Kogoś. Wieczorami, gdy wracam do pustego mieszkania, wyciszam telefon i siadam z kubkiem herbaty. Moje życie nie jest złe, tylko zbyt ciche. Zazdroszczę tym, co mają dla kogo wracać. Tym, co planują wspólne święta, co pakują się razem do auta, co śmieją się z głupich żartów przy kolacji.

Na kulig zgłosiłam się bez przekonania. Basia z koła gospodyń namawiała nas wszystkich: bo ognisko, śmiech, konie… Miała to być tylko zabawna odskocznia. Nie spodziewałam się, że tam go spotkam. Stał przy drzewie, opatulony szalikiem, z kubkiem grzanego wina. Uśmiechnął się do mnie. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że ten uśmiech rozłoży mnie na łopatki.

Michał był inny

Nazywał się Michał. Dowiedziałam się tego dopiero po chwili, gdy Basia, z typową dla siebie bezpośredniością, zawołała do niego:

— Michał, weź kiełbasę, bo się przypali!

Spojrzał wtedy w moją stronę i znów się uśmiechnął. Usiadł obok mnie, na kocu, zupełnie jakbyśmy się znali. Pachniał jakimiś drogimi perfumami i śniegiem. Głupio to brzmi, ale naprawdę tak pachniał.

— Karolina, tak? — zapytał, jakby znał moje imię.

— Skąd wiesz?

— Słyszałem, jak ktoś cię wołał. A poza tym... pasuje do ciebie.

Rozmawialiśmy całą drogę powrotną na saniach. O tym, że wrócił „na chwilę” z Norwegii, że pracuje tam w firmie budowlanej. O tym, że lubi polskie zimy, bigos i ciepłe skarpety. Śmialiśmy się, jakbyśmy znali się od lat. Kiedy zsiadaliśmy z sań, pomógł mi zejść. Zimna dłoń w rękawiczce, a mimo to coś zadrżało.

— Nigdy wcześniej z nikim nie czułem się tak swobodnie — powiedział, gdy odprowadzał mnie do auta.

— Może po prostu trafiliśmy na siebie w dobrym momencie — odpowiedziałam.

Wróciłam do domu z wypiekami na twarzy i uśmiechem, którego nie potrafiłam zgasić. Michał był inny. Dojrzały, uprzejmy, czarujący. Kiedy później napisał: „Miło było cię poznać, Karolino. Może kawa?”. Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Z każdym jego słowem czułam, że chcę więcej. Więcej nas. Więcej tej bajki.

Zatkało mnie

Na początku wszystko było jak w komedii romantycznej. Michał zabierał mnie na długie spacery po lesie, przynosił cynamonowe bułeczki z piekarni obok i potrafił przez godzinę słuchać, jak opowiadam o pracy w przedszkolu. Śmiał się, że nie zna drugiej osoby, która mówi o dzieciach z taką czułością. Byłam zakochana po uszy. W głosie, zapachu, sposobie, w jaki dotykał mojej dłoni, jakby bał się, że się rozpadnę.

A potem coś zaczęło się zmieniać. Najpierw przestał odpisywać od razu. Tłumaczył się pracą, że musi jeździć do Krakowa, załatwiać coś z firmą. Potem zniknął na cały weekend. Napisałam trzy wiadomości, zadzwoniłam. Odpowiedziało mi milczenie. W poniedziałek pojawił się jak gdyby nigdy nic. Uśmiechnięty, z czekoladą w ręku.

— Dlaczego nie odbierasz przez dwa dni? — zapytałam cicho, z trudem kryjąc zdenerwowanie.

— Karolina, nie jestem dzieciakiem. Mam też swoje życie — rzucił, jakby rozmawiał z kimś obcym.

Zatkało mnie. Chciałam wierzyć, że to stres, przemęczenie. Ale to nie był ten Michał, którego znałam z kuligu. „Czy ja naprawdę znam tego człowieka?” — myślałam. I mimo wątpliwości, tłumaczyłam go przed sobą. Nie chciałam być tą, która zadaje za dużo pytań. Ale serce już nie dawało mi spokoju.

Ręce zaczęły mi drżeć

To była zwykła noc. Michał został u mnie, bo spadł śnieg i nie chciał ryzykować drogi powrotnej. Piliśmy herbatę, oglądaliśmy jakiś film, nawet nie pamiętam który. Leżeliśmy wtuleni w siebie, jakby nic złego nie mogło się wydarzyć. A potem zasnął. Spokojnie, z ręką na moim biodrze. Oddychał głęboko jak dziecko. Telefon tymczasem wibrował na szafce nocnej. Zerknęłam — jedna, potem druga wiadomość. Po norwesku. Chciałam go obudzić, ale coś mnie powstrzymało. Wzięłam telefon i bezmyślnie wklepałam tekst w translatorze. Ręce zaczęły mi drżeć.

„Dzieci tęsknią, kochanie. Kiedy wrócisz?”.

Zatkało mnie. Serce waliło mi jak młotem. Kolejna wiadomość: „Mathias miał dziś występ. Płakał, że nie było taty”.

Mathias. Dzieci. Kochanie. Nie pamiętam, jak go obudziłam. Pamiętam tylko swój głos, nienaturalnie spokojny.

— Masz rodzinę? Dzieci?

Otworzył oczy. Milczał.

— Michał, do cholery, odpowiedz!

To nie tak, jak myślisz... — powiedział cicho.

— To dokładnie tak, jak myślę. Zakochałam się w kłamcy! — krzyknęłam, a łzy popłynęły same.

Stałam w piżamie pośrodku mojego pokoju, trzymając jego telefon jak broń. Cały świat mi się zawalił. Przecież to miała być moja historia. Moja miłość. Nie cudzy mąż.

Założyłam kurtkę i wyszłam

Nie spałam tej nocy ani minuty. Michał próbował coś tłumaczyć, ale nie słuchałam. Kazałam mu wyjść. Wyszarpnęłam z szafy jego kurtkę, torbę, wręczyłam mu to wszystko i trzasnęłam drzwiami, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Dopiero potem zsunęłam się po ścianie i zaczęłam płakać. Rano wstałam mechanicznie. Zaparzyłam herbatę, chociaż nie miałam siły jej pić. Chciałam zadzwonić do Julki, mojej przyjaciółki. Już wybierałam numer, ale rozłączyłam po drugim sygnale. Nie chciałam litości. Nie chciałam słyszeć: „A nie mówiłam?” albo gorzej: „Biedna ty…”.

Była sobota. Śnieg padał gęsto, zasłaniał widok za oknem. Patrzyłam, jak dzieci sąsiadów lepią bałwana i śmieją się beztrosko. Miałam ochotę krzyczeć. Założyłam kurtkę i wyszłam. Nie wiedziałam dokąd. Po prostu szłam — przez park, przez osiedle. Miałam zmarznięte dłonie, mokre rzęsy. W końcu usiadłam na ławce przy stawie i zaczęłam się zastanawiać, czy kiedykolwiek jeszcze komuś zaufam.

Jak mogłam być taka głupia? Czemu nie zauważyłam sygnałów? Przecież to wszystko było zbyt idealne. On był zbyt idealny. Zimno wciskało się pod kurtkę, ale to nie ono bolało najbardziej. Najgorszy był ten chłód w sercu, ten pusty oddech między jednym wspomnieniem a drugim.

Nie chciałam więcej słuchać

Zadzwonił kilka dni później. Nie odebrałam. Wysłał wiadomość — jedno zdanie: „Proszę, spotkajmy się”. Przez pół godziny wpatrywałam się w ekran. Serce mówiło: idź. Rozum krzyczał: nie waż się. W końcu napisałam: „Dziś. O 18. Tam, gdzie pierwszy raz mnie pocałowałeś”.

Przyszedł wcześniej. Stał przy tym samym drewnianym pomoście nad zamarzniętym stawem, ręce miał w kieszeniach, wzrok spuszczony. Wyglądał inaczej. Albo to ja patrzyłam już bez różowych okularów.

— Karolina — odezwał się, gdy tylko podeszłam. — Przepraszam.

— To mało.

Przez chwilę tylko śnieg sypał między nami, jakby próbował zasypać to, co wisiało w powietrzu.

— Z tobą czułem się naprawdę żywy. Ale mam rodzinę — powiedział cicho.

— To po co mi to robiłeś? Po co dawałeś mi nadzieję?

— Nie planowałem tego. To się po prostu stało.

— Dla ciebie to przygoda. Dla mnie życie — odpowiedziałam, a głos mi się załamał.

Widziałam, że miał coś jeszcze do powiedzenia, ale nie czekałam. Odwróciłam się i odeszłam, zanim znów bym mu uwierzyła. Nie chciałam więcej słuchać. Musiałam odejść, zanim zrobię coś głupiego. Zanim pozwolę sercu znowu się pomylić.

Karolina, 26 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama