„Stawałem na głowie, by walentynki były niezapomniane, a wyszła wielka klapa. Teraz żona ma mnie za życiowego niedorajdę”
„Parzyłem kawę z przesadną dokładnością, jakby od tego zależało, czy ten dzień się uda. W głowie odhaczałem kolejne punkty planu: rezerwacja, prezent, kolacja. Wszystko zaplanowane. Wszystko dopięte na ostatni guzik. A mimo to czułem napięcie, jakbym zdawał egzamin z czegoś, czego do końca nie rozumiałem”.

- Redakcja
Obudziłem się tamtego poranka z dziwnym ciężarem w klatce piersiowej, jakbym od razu wiedział, że ten dzień nie będzie zwyczajny. Walentynki miały być czymś więcej niż datą w kalendarzu — obietnicą, że jeszcze potrafię o nas zawalczyć. Leżąc obok Beaty, czułem jednak dystans, którego nie dało się przykryć żadnym planem ani najlepszymi chęciami.
Wszystko dopięte na ostatni guzik
W walentynki wstałem wcześniej niż zwykle. Przez chwilę leżałem nieruchomo, wpatrując się w sufit i słuchając spokojnego oddechu Beaty. Kiedyś w takie poranki przyciągałem ją do siebie, żartowałem, mówiłem coś głupiego tylko po to, żeby się uśmiechnęła. Poszedłem do kuchni. Parzyłem kawę z przesadną dokładnością, jakby od tego zależało, czy ten dzień się uda. W głowie odhaczałem kolejne punkty planu: rezerwacja, prezent, kolacja. Wszystko zaplanowane. Wszystko dopięte na ostatni guzik. A mimo to czułem napięcie, jakbym zdawał egzamin z czegoś, czego do końca nie rozumiałem. Beata pojawiła się w drzwiach chwilę później. Miała na sobie sweter, który lubiłem, ale nie pamiętałem, kiedy ostatnio jej to powiedziałem.
– Dzień dobry – rzuciła cicho.
– Dzień dobry – odpowiedziałem zbyt oficjalnie.
Postawiłem przed nią kubek.
– Zrobiłem kawę.
– Widzę – skinęła głową i usiadła przy stole.
Zapadła cisza. Nie ta wygodna, dawniej znana, tylko ciężka, pełna niewypowiedzianych myśli. Chciałem coś powiedzieć, jakoś zacząć, ale w głowie miałem pustkę. Wiedziałem tylko, że ten dzień ma być ważny. Patrzyłem na Beatę ukradkiem. Jej twarz była spokojna, ale znałem ją wystarczająco dobrze, by dostrzec to napięcie w ramionach, ten lekki dystans w spojrzeniu. Przypomniały mi się poprzednie walentynki. Te sprzed lat, kiedy potrafiłem zaskoczyć ją czymś drobnym, a ona reagowała śmiechem, wzruszeniem, czułością. Teraz miałem wrażenie, że każde moje działanie spotyka się z jej obojętnością.
– Zaplanowałem coś dla nas na wieczór – oznajmiłem.
– Co masz na myśli?
Spojrzała na mnie uważnie.
– Chcę, żeby to była niespodzianka. Po prostu bądź gotowa o 19:00.
– W porządku – odpowiedziała.
Tylko tyle. Bez uśmiechu, bez komentarza. Poczułem ukłucie niepokoju. Chciałem, żeby była ciekawa, żeby dopytała, żeby okazała choć cień radości. Zamiast tego wróciła do picia kawy. Zrozumiałem wtedy, że to nie jest zwykły dzień. To próba. A ja nawet nie byłem pewien, czego dokładnie się ode mnie oczekuje. Wiedziałem tylko, że bardzo nie chcę znów zawieść.
Przecież się starałem
Przez cały dzień odczuwałem napięcie. W pracy łapałem się na tym, że co chwilę sprawdzam telefon, chociaż nie miałem na co czekać. Gdy po południu wróciliśmy do domu, Beata była jeszcze bardziej milcząca niż rano. Szykowała się do wyjścia w ciszy, a ja obserwowałem ją z fotela, nie wiedząc, czy powinienem powiedzieć, że ładnie wygląda. W końcu rzuciłem tylko:
– Fajnie się ubrałaś.
Spojrzała na mnie w lustrze.
– Dziękuję – odpowiedziała, jakby mówiła do kogoś obcego.
W restauracji było jasno i głośno. Ciepłe światło, stoliki ustawione blisko siebie, gwar rozmów. Podeszła do nas obsługa.
– Dzień dobry, czy macie Państwo rezerwację? – zapytała kelnerka
– Oczywiście – oznajmiłem i podałem nazwisko.
Dziewczyna spojrzała w ekran, zmarszczyła brwi i zaczęła coś wpisywać.
– Przepraszam… nie widzę takiej rezerwacji.
Spojrzałem na nią zaskoczony.
– To niemożliwe – odpowiedziałem. – Zrobiłem ją kilka dni temu.
Sprawdziła jeszcze raz. Potem jeszcze raz.
– Niestety, nie ma Pana na liście. To musiał być jakiś błąd systemu.
Beata stała obok mnie, milcząca. Nie patrzyła na dziewczynę, tylko gdzieś obok, jakby już wiedziała, jak to się skończy. Zrobiło mi się gorąco. Tłumaczyłem, próbowałem negocjować, ale każde kolejne zdanie brzmiało coraz bardziej desperacko.
– Może jakiś stolik… na chwilę… – zacząłem.
– Przykro mi – przerwała. – Dziś mamy komplet, nie uda mi się znaleźć dla Państwa wolnego stolika.
Wyszliśmy na zewnątrz. Drzwi zamknęły się za nami z cichym stuknięciem, które zabrzmiało jak ostateczny werdykt.
– Możemy pójść gdzie indziej – powiedziałem szybko. – Coś znajdziemy.
Beata westchnęła.
– Zawsze coś „znajdziemy” – odpowiedziała cicho. – Jurek, dziś są walentynki.
Zabolało mnie to bardziej, niż chciałem przyznać. Przecież się starałem. Przecież zrobiłem wszystko jak trzeba. Stałem na chodniku, czując narastającą frustrację i niezrozumienie. Dla mnie liczyło się to, że chciałem. Dla niej liczyło się to, że znowu wyszło inaczej.
Naprawdę chciałem, żeby było inaczej
Szliśmy bez konkretnego celu, obok siebie, ale jakby osobno. Miasto było pełne ludzi, par trzymających się za ręce, śmiechu, pośpiechu. Każdy taki obraz działał mi na nerwy, jakby ktoś bez słów wytykał mi porażkę. W końcu weszliśmy do małej knajpy, pierwszej, w której znaleźliśmy wolny stolik. Usiadłem ciężko, a Beata zdjęła płaszcz powoli, z wyraźnym znużeniem. Nagle dostałem wiadomość z kwiaciarni. Wtedy przypomniałem sobie o bukiecie. "Dzień dobry, niestety nie możemy zrealizować zamówienia. Przepraszamy za niedogodności" - brzmiał sms. Poczułem wstyd. Beata spojrzała na mnie pytająco.
– Wszystko w porządku? – zapytała.
– Kwiaty… miały być – zacząłem, ale zabrakło mi słów. – Nie będzie ich.
Przez moment nic nie powiedziała. Kiwnęła tylko głową, jakby to była informacja, której się spodziewała.
– Rozumiem – odparła po chwili.
To „rozumiem” zabolało najbardziej. Nie było w nim złości ani pretensji. Była rezygnacja. Jakby coś w niej po prostu zgasło. Patrzyłem na jej dłonie splecione na stole i poczułem narastający gniew. Nie na nią. Na siebie, na cały ten dzień, na to, że wszystko, co planowałem, rozsypywało się w rękach.
– Naprawdę chciałem, żeby było inaczej – powiedziałem zbyt ostro.
Spojrzała na mnie uważnie.
– Wiem – odpowiedziała. – Tylko że od chcenia niewiele się zmienia.
Zrozumiałem wtedy, że od dawna nie potrafię trafić w to, czego potrzebuje. I że każdy kolejny brak, nawet najmniejszy, jest dla niej jedynie dowodem na to, że jest gdzieś na końcu mojej listy.
Obiecywałem, że będzie lepiej
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, a między nami leżało coś ciężkiego, czego nie potrafiłem nazwać. Kelner przyniósł menu, zapytał o zamówienie, ale Beata tylko pokręciła głową.
– Może później – powiedziała.
Zamówiłem coś za nas oboje. Kiedy kelner odszedł, znów zapadła cisza. Tym razem była jeszcze gęstsza. Beata patrzyła w bok, na ludzi przy sąsiednich stolikach. Siedziała wyraźnie zrezygnowana. Przypomniałem sobie inne wieczory, inne rozmowy, w których mówiła, że brakuje jej rozmów, wspólnego czasu, zwykłego zainteresowania. Wtedy kiwałem głową, obiecywałem, że będzie lepiej. I wracałem do swoich spraw.
– Jurek – odezwała się nagle. – Pamiętasz, jak rok temu mówiłam, że nie chodzi o prezenty?
Poczułem ukłucie.
– Pamiętam – odpowiedziałem.
– I że chciałabym po prostu czuć, że jestem ważna. Nie od święta.
Nie spojrzała na mnie, kiedy to mówiła. Chciałem się bronić, powiedzieć, że pracuję, że się staram, że nie wszystko wychodzi. Te słowa cisnęły mi się na usta, ale coś mnie powstrzymało.
– Myślałem, że w walentynki będzie inaczej – powiedziałem w końcu.
Uśmiechnęła się smutno.
– Właśnie o to chodzi – odparła. – Myślisz, że jedne walentynki wszystko naprawią. A ja czuję się niewidzialna przez resztę czasu.
Zabolało. Bo była w tym prawda, której nie chciałem widzieć. Ja też czułem się niedoceniony. Miałem wrażenie, że cokolwiek zrobię, i tak będzie za mało. Ale nigdy nie potrafiłem tego powiedzieć na głos. Zamiast tego milczałem, odkładałem rozmowy, udawałem, że jakoś to będzie. Kiedy przyszło jedzenie, prawie go nie tknęliśmy. Wiedziałem już, że ten wieczór zmierza w stronę, której się obawiałem najbardziej. I że przed nami jest rozmowa, od której nie da się uciec.
Ja już nie wiem, czy chcę czekać
Wyszliśmy z lokalu w ciszy. Na zewnątrz było chłodno. Szliśmy wolno, bez planu, między nami czuć było napięcie. Beata zatrzymała się nagle.
– Jurek, mogę cię o coś zapytać? – powiedziała spokojnie.
– Jasne.
Odwróciła się do mnie.
– Czy ty naprawdę uważasz, że się starasz?
Zatkało mnie. To pytanie było proste, a jednocześnie uderzyło we mnie z całą siłą. Otworzyłem usta, ale nie odpowiedziałem od razu.
– Przecież widzisz… – zacząłem. – Zaplanowałem ten wieczór. Chciałem, żeby było dobrze.
– Chciałeś – powtórzyła. – Ale same chęci czasem nie wystarczą.
Poczułem, jak coś we mnie pęka. Przez lata byłem przekonany, że intencje mają znaczenie. A ona patrzyła na mnie tak, jakby mówiła o czymś zupełnie innym.
– Ja jestem zmęczona, Jurek – powiedziała ciszej. – Zmęczona czekaniem, aż mnie zauważysz. Zmęczona tłumaczeniem, czego potrzebuję. Te walentynki nie są porażką same w sobie. One tylko pokazują, jak to wygląda na co dzień.
Chciałem zaprzeczyć. Powiedzieć, że przesadza, że nie jest tak źle. Ale w głowie pojawiły się obrazy: jej próby rozmów, moje „później”, „teraz nie”, „jutro”. Ta wygoda, w której utknąłem, myląc ją z bezpieczeństwem.
– Może… może masz rację – powiedziałem w końcu, ledwo słyszalnie.
Spojrzała na mnie z zaskoczeniem, ale bez ulgi.
– Tylko że ja już nie wiem, czy chcę czekać, aż ty się tego nauczysz.
Te słowa zawisły między nami. Zrozumiałem, że to nie był wyrzut. To było ostrzeżenie. A może pożegnanie.
Zrozumiałem to zbyt późno
Wróciliśmy do domu osobno. Beata zdjęła płaszcz, odłożyła torebkę i przez chwilę stała przy oknie, plecami do mnie.
– Idę spać – powiedziała po chwili. – Jestem zmęczona.
Kiwnąłem głową. Ona nawet na mnie nie spojrzała. Zniknęła w sypialni, a ja zostałem w salonie, z zapalonym światłem i myślami, których nie potrafiłem już odsunąć. Usiadłem na kanapie i po raz pierwszy tego dnia przestałem udawać przed sobą, że to był tylko nieudany wieczór. Zrozumiałem, że walentynki nie mogły uratować czegoś, co psuło się latami. Że jeden gest, nawet najszczerszy, nie przykryje miesięcy obojętności, rozmów odkładanych na później, obecności tylko ciałem.
Beata nie potrzebowała dowodów raz w roku. Potrzebowała mnie na co dzień. A ja nauczyłem się żyć tak, jakby to było oczywiste, że będzie czekać. Siedziałem w ciszy i pierwszy raz naprawdę dopuściłem do siebie myśl, że mogę ją stracić. Nie przez złość ani dramat, ale przez powolne odsuwanie się, którego długo nie chciałem widzieć. Nie wiedziałem, czy potrafię się zmienić. Nie wiedziałem też, czy ona jeszcze chce sprawdzać, czy dam radę. Wiedziałem jedno: tego wieczoru przestałem mylić wygodę z miłością. I bałem się, że zrozumiałem to zbyt późno.
Jurek, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż zaskoczył mnie w walentynki. Liczyłam na bukiet róż, a znalazłam dowód zdrady w jego telefonie”
- „W tym roku walentynki spędzę sama. Mam bukiet czerwonych róż i pudełko czekoladek, więc mogę świętować”
- „W walentynki kochanek zabrał mnie na kolację. Jego wyznanie miłości było zimne poranek w lutym”

