Reklama

To miało być nasze miejsce na ziemi. Azyl, ucieczka od korporacyjnego wyścigu szczurów, smogu i wiecznego pośpiechu. Mieliśmy pić kawę na tarasie z widokiem na zamglone szczyty, pisać książki i hodować własne pomidory.

Marzyłam o ucieczce

Był szary, listopadowy wtorek w Warszawie. Zarabialiśmy dobrze, nawet bardzo dobrze. Mieliśmy sześćdziesiąt metrów w nowym budownictwie, leasingowane Volvo i wakacje dwa razy w roku na Zanzibarze albo w Tajlandii, ale byliśmy puści w środku. Wracaliśmy do domu o 19, zamawialiśmy jedzenie, oglądaliśmy film, zbyt zmęczeni, by ze sobą rozmawiać. Czuliśmy, że życie przecieka nam przez palce. I wtedy, podczas scrollowania zdjęc w internecie w przerwie na lunch, zobaczyłam ogłoszenie.

Stara, drewniana chałupa w Beskidzie Niskim. Zarośnięty sad, kamienna podmurówka, omszały dach. Opis brzmiał jak poezja: „Dom szuka nowego właściciela. Dla kogoś, kto kocha ciszę i historię”. Cena śmiesznie niska jak na warszawskie standardy. Równowartość naszej kawalerki. Pokazałam to Radkowi.

– To jest to – szepnął, przesuwając palcem po ekranie telefonu. – Wyobraź sobie: rzucamy to wszystko, pracuję zdalnie, ty zajmujesz się ogrodem. Remontujemy to powoli, własnymi siłami. Życie w rytmie slow.

To było jak sen

Kupiliśmy tę wizję nas samych w wełnianych swetrach, pijących grzane wino przy kominku. Nie widzieliśmy domu. Widzieliśmy scenografię do naszego nowego, lepszego życia.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, słońce akurat zachodziło za wzgórzami, malując niebo na fioletowo. Dom stał na uboczu, z dala od wsi. Wyglądał majestatycznie i nieco strasznie. Pośrednik, starszy facet z cwaniackim uśmieszkiem, otworzył skrzypiące drzwi. W środku pachniało starym drewnem, kurzem i wilgocią, którą zignorowaliśmy, nazywając ją „zapachem historii”. Podłogi były krzywe, okna nieszczelne, a piec kaflowy wyglądał, jakby pamiętał czasy Franciszka Józefa.

– To wymaga trochę serca – powiedział pośrednik, kopiąc w spróchniałą belkę, tak żebyśmy nie zauważyli, jak bardzo jest miękka. – Ale fundamenty? Panie, to skała. To dom na pokolenia.

Radek chodził po izbach jak zaczarowany.

– Tu zrobię gabinet – pokazywał na pomieszczenie, w którym hulał wiatr. – A tu będzie nasza sypialnia z widokiem na wschód słońca.

Nie widzieliśmy tego

Nie zrobiliśmy ekspertyzy budowlanej. Uznaliśmy, że to zbędny wydatek. Mieliśmy gotówkę ze sprzedaży mieszkania i spore oszczędności. Wydawało nam się, że te dwieście tysięcy złotych, które odłożyliśmy na remont, wystarczy na zrobienie z tej rudery pałacu. Podpisaliśmy akt notarialny. W Sylwestra wypiliśmy szampana na gołej podłodze, przy świecach, opatuleni w śpiwory. Było minus dziesięć stopni, w domu może plus pięć. Czułam się jak bohaterka filmu romantycznego.

– To nasz nowy początek – powiedział. – Jesteśmy wolni.

Rzeczywistość uderzyła w nas wraz z pierwszymi roztopami. Nasz romantyczny dom z duszą zaczął płakać. Dosłownie. Pewnego ranka obudził mnie dźwięk kapania. Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam mokrą plamę na suficie, która powiększała się z każdą minutą. Woda kapała prosto na laptopa Radka.

– Cholera! – wrzasnął, zrywając się z materaca. – Dach przecieka!

To był początek lawiny. Okazało się, że gont, który wyglądał tak malowniczo, był przegnity na wylot. Wezwaliśmy lokalnego fachowca, pana Mietka. Przyjechał, splunął na ziemię i popatrzył na nas z politowaniem.

– Panoczku, tu nie ma co łatać. Tu trzeba zrywać wszystko. Więźba też ruszona. Kornik tu baluje od wojny.

– Ile? – zapytał Radek.

– No, z materiałem i robocizną… ze czterdzieści tysięcy lekko. Jak nie więcej, bo drewno podrożało.

To był pierwszy cios

Czterdzieści tysięcy. Jedna piąta naszego budżetu remontowego poszła w błoto w ciągu jednej rozmowy, ale powiedzieliśmy sobie: „Trudno, dach to podstawa. Zrobimy to”. Przez następne dwa miesiące żyliśmy w hałasie, pyle i w towarzystwie ekipy pana Mietka, ale to nie było najgorsze. Najgorsze było to, co odkryli, kiedy zerwali podłogę, żeby położyć nową instalację grzewczą.

– Pani Alicjo – zawołał mnie jeden z robotników. – Niech pani tu spojrzy.

Podeszłam i poczułam grzybowy zapach. Na belkach stropowych rozpościerała się biała, watowata narośl. Wyglądała ohydnie.

– Stroczek domowy – wydał wyrok pan Mietek. – To jest rak budownictwa. To trzeba wycinać do zdrowego, palić, chemia, nowe belki.

Radek wrócił wtedy z zakupów. Kiedy zobaczył to, co ja, upuścił siatki. Słoik z ogórkami roztrzaskał się o beton, ale nikt nawet na to nie zareagował.

– Ile? – zapytał znowu, tym razem szeptem.

– Kolejne trzydzieści koła, jak nic – ocenił pan Mietek.

Pieniądze topniały

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w oczach mojego męża strach. Kasa topniała szybciej niż śnieg w maju, a my braliśmy kolejne pożyczki. Do czerwca nasze oszczędności stopniały o połowę, a dom wyglądał gorzej niż przed zakupem. Nie mieliśmy podłóg, nie mieliśmy sufitów w połowie pomieszczeń, a na podwórku piętrzyły się sterty gruzu i przegnitego drewna.

Mimo to wciąż grałam w grę pozorów. Na konto w mediach społecznościowych wrzucałam zdjęcia polnych kwiatów w wazonie na tle starej ściany. Ludzie pisali: „Zazdroszczę odwagi!”, „Cudownie!”, „Też tak chcę!”. Chciałam im odpisać: „Nie chcecie. Nie macie pojęcia, jak to smakuje”, ale nie mogłam. Wstyd mi nie pozwalał.

W lipcu okazało się, że studnia, która miała być źródłem krystalicznej wody wyschła. Musieliśmy wiercić nową. Kolejne piętnaście tysięcy. Potem szambo, które okazało się nieszczelne. Kolejne dwadzieścia tysięcy na przydomową oczyszczalnię. Radek zaczął się zmieniać. Zawsze był spokojny, zrównoważony, teraz stał się kłębkiem nerwów. Przestał o siebie dbać. Przytył, bo zajadał stres parówkami i chlebem, a zarost, który kiedyś był modną brodą drwala, teraz wyglądał jak u kloszarda.

Byliśmy spłukani

– Musimy wziąć kredyt – powiedział pewnego wieczoru. – Zabrakło nam stu tysięcy, żeby doprowadzić to do stanu, w którym da się mieszkać zimą.

– Nie mamy zdolności kredytowej na taką kwotę przy twojej działalności i moich zleceniach, które ostatnio kuleją – powiedziałam.

– To weźmiemy gotówkowy z wysokim procentem. Nie mamy wyjścia! – krzyknął. – Chcesz zamarznąć tutaj? Chcesz wrócić do Warszawy i przyznać się matce, że miała rację?

To był cios poniżej pasa. Jego matka od początku mówiła, że to idiotyzm, moja zresztą też. Wizja powrotu z podkulonym ogonem była dla nas gorsza niż bankructwo. Wzięliśmy ten kredyt. Osiemdziesiąt tysięcy. Miał wystarczyć na ogrzewanie, okna i łazienkę.

Jesień w górach jest piękna tylko na pocztówkach. W rzeczywistości oznacza błoto, wilgoć, która wchodzi w kości, i ciemność zapadającą o 15:30. Pieniądze z kredytu rozeszły się błyskawicznie. Okna kosztowały fortunę, bo były niestandardowe. Pompa ciepła, którą zamówiliśmy, okazała się wadliwa, a serwisant z firmy przestał odbierać telefony. Zostaliśmy w listopadzie z niedokończoną instalacją grzewczą, bez ocieplenia zewnętrznego i z jednym działającym grzejnikiem olejowym, który pożerał prąd jak smok.

Kłóciliśmy się

W naszym związku działo się jeszcze gorzej. Seks przestał istnieć. Jak można myśleć o bliskości, kiedy śpisz w dresie, trzech parach skarpet i czapce, bo w sypialni jest czternaście stopni? Radek stał się złośliwy.

– To był twój pomysł – syknął pewnego wieczoru, gdy znowu wywaliło korki, bo włączyliśmy czajnik i grzejnik jednocześnie.

– Mój?! – wrzasnęłam. – To ty jarałeś się gabinetem z widokiem! To ty chciałeś być drwalem!

– Ja chciałem mieć dom! A mam ruinę, która wysysa ze mnie życie! Wszystkie pieniądze idą w ten syf! Sprzedałem motocykl, sprzedałem drona, a tu wciąż brakuje nawet na kafelki do kibla!

Tymczasowa toaleta na zewnątrz zamarzła, a hydraulika wewnątrz wciąż nie była podpięta. Korzystaliśmy z toalety turystycznej w „łazience”, która była betonową norą. Byliśmy brudni, zmęczeni i biedni. Kłótnie stały się naszą codziennością. Wyciągaliśmy sobie wszystko: kto ile wydał, kto wymyślił ten dom, kto nie dopilnował ekipy.

Byliśmy wykończeni

Kryzys nadszedł nagle. Radek stracił główny kontrakt w firmie. Zredukowali etaty, a on jako pracownik zdalny z problemami z łączem był pierwszy do odstrzału. Wszedł do kuchni blady jak ściana.

– Wylali mnie – powiedział głucho.

– Co?

– Koniec. Nie ma przelewu w styczniu. Nie ma z czego spłacić raty kredytu.

Sprawdziłam stan konta w telefonie. Zostało nam 430 złotych na jedzenie, prąd, paliwo do starego auta, które kupiliśmy po sprzedaży Volvo, i które też ledwo zipało. A rata kredytu wynosiła 2200 złotych.

– Co my zrobimy? – zapytałam.

– Nie wiem – Radek usiadł przy stole i schował twarz w dłoniach.

Pierwszy raz w życiu widziałam, jak mój mąż płacze.Płakał z bezsilności, z poczucia totalnej klęski. Mężczyzna, który miał być moją opoką, rozsypał się na kawałki na moich oczach. Nie miałam siły go pocieszać. Czułam do niego złość, że nie ma planu B, że nie jest bohaterem, który nas uratuje.

Nie wiemy, co dalej

Dziś mamy odłączony prąd, bo nie zapłaciliśmy trzech ostatnich rachunków. Używamy generatora, na paliwo do niego pożyczam od siostry, kłamiąc, że to tylko chwilowy zator płatniczy. Woda w rurach zamarzła, więc topimy śnieg, żeby spłukać toaletę turystyczną.

Dom jest w stanie surowym zamkniętym, ale wewnątrz to wciąż plac budowy. Pieniądze skończyły się definitywnie. Nie mamy zdolności, żeby dobrać kredyt. Nie możemy sprzedać domu, bo nikt nie kupi rozgrzebanego remontu. Wartość nieruchomości jest niższa niż suma naszych długów. Jesteśmy w pułapce.

Nasze małżeństwo to fikcja. Wiem, że przegraliśmy. Prawdopodobnie stracimy ten dom, bank go zlicytuje za grosze, wrócimy do miasta, wynajmiemy klitkę na peryferiach i będziemy spłacać długi przez kolejnych dziesięć lat. Ale najgorsze jest to, że straciliśmy siebie. Patrzę na Radka i widzę obcego człowieka. Zniszczyła nas nie zdrada, nie alkohol, ale marzenie o „slow life”, które okazało się najdroższą i najbardziej bolesną lekcją życia.

Alicja, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama