„Sprzedałam dom pod Warszawą, bo dzieci zostawiły mnie na pastwę losu. Mam 70 lat i jestem za słaba, by zająć się nim sama”
„Przeprowadzka była ciężka. Nie tylko fizycznie. Płakałam przez cały czas, czułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi połowę serca. Tak strasznie było mi przykro, jakby ktoś odebrał mi 3 dziecko”.

- Listy do redakcji
Nasz dom w Warszawie był dla nas wszystkim, nie chcieliśmy go sprzedawać. Jednak czas pokazał, że jest to jedyne mądre rozwiązanie. Moje serce krwawiło, ale wiedziałam, że muszę to zrobić. Nie byliśmy już najmłodsi, a opieka nad domem i ogrodem sprawiała mi wiele problemów. Na szczęście agent nieruchomości po zobaczeniu naszego dobytku stwierdził, że uda nam się na nim całkiem dużo zarobić.
Spora suma, której zażądaliśmy nie była podyktowana skąpstwem. Oboje nie chcieliśmy sprzedawać mieszkania i może choć trochę łudziliśmy się, że wystawiając nasze życie za tyle pieniędzy, nikt się na nie nie skusi.
Mąż około 3 lat temu zaczął poważnie chorować, nie miał już siły opiekować się domem, wszystko spadło na moje barki. Początkowo starałam się to udźwignąć, ale w końcu i mnie zdrowie odmówiło posłuszeństwa.
Sprzedaż to była ostateczność
Najpierw chcieliśmy, żeby któreś z naszych dzieci z nami zamieszkało. Odstąpilibyśmy im większość domu w zamian za niewielką pomoc. Jednak żadne z nich nie zgodziło się na przeprowadzkę na obrzeża Warszawy.
– Mamo.. jak ty sobie to wyobrażasz... – powiedziała córka. – Nie ma szans, zginę w tych korkach.
– Nie mam, mam rodzinę, nie chcę żebyśmy się tu wszyscy cisnęli. Sprzedajcie ten dom i przeprowadźcie się do mieszkania w centrum. Będzie was stać. Wtedy bez mrugnięcia okiem wam pomogę.
Wtedy stało się oczywiste, że nasz dorobek życia, nasze gniazdko, musi znaleźć nowego właściciela.
Przez 3 miesiące agent milczał. Powoli zaczynaliśmy wątpić w to, że znajdziemy kupca. Nie było mi wtedy przykro. Po cichu na to liczyłam, ale cóż. W kwietniu zadzwonił telefon.
– Pani Bogusiu, znaleźliśmy kupców. To młoda rodzina, chcą się targować – powiedział agent.
– Nie ma opcji. Nie zejdziemy z ceny! – zaprzeczyłam.
Młoda rodzinka obejrzała dom i odeszła od prób targowania się. Zakochali się w nim tak, jak i my 30 lat temu. W maju nasze graty leżały już w pudełkach, a kilka dni po majówce targaliśmy je w stronę nowego mieszkania.
Płakałam przez cały czas
– Wiesz, strasznie mi smutno. Jak ja sobie poradzę bez mojego ogrodu? – mówiłam smutno do męża.
– Kochanie, niczym się nie przejmuj. Mam plan.
– Plan?
– Tak, przecież nie wyzbyliśmy się wszystkich pieniędzy. Będziemy podróżować. Nie osiądziemy w blokowisku tylko po to, żeby dokonać tam żywota. Zawsze mówiłam o Wiedniu, że chciałabyś zwiedzać pałace i posmakować torcika wiedeńskiego.
Puszczałam słowa męża koło ucha, w końcu on lubił czasem prawić bajki. Przeprowadzka była ciężka. Nie tylko fizycznie. Płakałam przez cały czas, czułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi połowę serca. Tak strasznie było mi przykro, jakby ktoś odebrał mi 3 dziecko.
Dni mijały, a ja z każdym z nich czułam się lepiej. Tęskniłam, ale godziłam się z nową rzeczywistością.
– Wiesz Bogusiu, sprawdzałem oferty. Znalazłem przepiękną wycieczkę po Wiedniu z przewodnikiem. Co ty na to? Na początek to chyba dobra opcja.
– Misiu, no nie wiem. Tak naprawdę Wiedeń był dla mnie taka bezpieczną przystania, ja marzę o czymś trochę bardziej odległym – powiedziałam.
– Odległym? Nie ma sprawy. Mów!
– Zawsze marzyłam, żeby zobaczyć Nową Zelandię.
Mąż otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co. W końcu przerwałam milczenie.
– Wiem, że to daleko, to tylko takie moje marzenie. Wiedeń też będzie przepiękny.
– Daj spokój, jedziemy do Nowej Zelandii!
– Co? – zamarłam.
– Jak to, co. Musimy zaplanować wycieczkę i jedziemy. Kiedy będzie lepszy moment. Trochę mnie zaskoczyłaś, ale w sumie, czemu nie, nic nas nie trzyma!
Podskoczyłam z radości. Czy to tylko sen?
Niech ktoś mnie uszczypnie. Świat zawirował. Natychmiast poleciałam po telefon i zadzwoniłam do córki.
– Gdzie lecicie? Oszaleliście?
– Nie, dlaczego? To takie piękne miejsce!
– A skąd niby macie na to kasę? Z działki? Nie szkoda wam? Przecież takie pieniądze trzeba inwestować. Wasze wnuki niedługo dorosną i co wtedy?
– Kochana, ale my się nie wybieramy jeszcze na tamten świat. Damy sobie radę. Twoje dzieci też mają świetnych i zaradnych rodziców, dacie radę.
– Mamo, nie wygłupiaj się!
– Muszę już kończyć, lecimy szukać biletów. Papa!
– Ale.. – nie dokończyła, po rozłączyłam połączenie.
Nie chciałam więcej słuchać na temat tego, co powinnam zrobić z moimi pieniędzmi. Gdyby pomogli nam wtedy, gdy tego potrzebowaliśmy, każdy byłby zadowolony, a tak? Chcę coś jeszcze od życia, a okazja na taka wyprawę może się nigdy nie powtórzyć.
Na szczęście nasz syn zareagował znacznie lepiej niz córka, nawet pomógł nam znaleźć bilety i zarezerwować noclegi. Pokazał nam przydatne aplikacje w telefonie, nauczył jak je obsługiwać. Do wyprawy jeszcze parę miesięcy. Jestem gotowa, chcę wyruszyć w nieznane u boku mojego ukochanego męża!
Bogusława, 69 lat
Czytaj także:
„Ledwo płaciłam rachunki, ale przed teściową wypadało się pokazać. Nakupiłam francuskich serów, a ona wolała parówki”
„Byłam przykładną żoną, aż zadzwonił mój kochanek z młodości. Z gorących wspominek dostanę pamiątkę za 9 miesięcy”
„Miałam dom i mieszkanie w Warszawie oraz wysoką emeryturę. Do szczęścia brakowało mi jeszcze tylko tej jednej rzeczy”