„Sprzątam cudze łazienki, ale nie narzekam. Pieniędzy, jakie na tym zarabiam, może mi pozazdrościć menadżerka z korpo”
„Z czasem zaczęłam odmawiać zleceń. To było coś nowego – wybierać sobie klientów, zamiast łapać wszystko, co się trafi. Miałam swoją ulubioną środę u pani Doroty, która zawsze zostawiała świeżo zaparzoną kawę i kopertę na lodówce. W piątki odwiedzałam starsze małżeństwo”.

Nie planowałam tego. Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mi, że będę sprzątać łazienki obcych ludzi, roześmiałabym się w głos. Zawsze myślałam, że jestem stworzona do „czystszej” pracy – do biura, może do sklepu, byle nie do szorowania cudzych toalet. A jednak tak potoczyło się życie. I nie żałuję. Dziś zarabiam lepiej niż koleżanki w korporacjach, mam elastyczny grafik, swoje stałe klientki i wolność, jakiej wcześniej nie znałam. Czasem wstyd mi przyznać, co robię. Ale potem patrzę na swoje konto i myślę: „co z tego?”.
Zaczęło się od paniki
Pamiętam ten dzień jak dziś. Siedziałam przy stole w kuchni z kartką w ręku. To była umowa rozwiązana za porozumieniem stron. W praktyce – wypad. Sklep, w którym pracowałam od sześciu lat, zwijał się po cichu. Kierowniczka obiecała, że jak coś się ruszy, to zadzwoni. Nie zadzwoniła nigdy. Siedziałam, patrzyłam na tę kartkę i czułam w środku pustkę. Miałam czterdzieści trzy lata, mieszkanie na kredyt i zero planu B.
– No i co teraz? – zapytałam sama siebie na głos, jakby ktoś miał mi odpowiedzieć.
Tydzień później nie miałam już nawet na opłaty. Wtedy odezwała się Ilona – dawna znajoma ze szkoły. Pogadałyśmy na Messengerze, zapytała, co u mnie. Opowiedziałam. Ona tylko napisała:
– Jak nie brzydzisz się ręcznej roboty, mogę ci coś załatwić.
Dwa dni później sprzątałam pierwszy dom. Luksusowa willa na obrzeżach miasta, trzy łazienki, marmur, armatura jak z katalogu. Gdy wróciłam do domu, czułam się obolała i upokorzona. A potem Ilona przelała mi pieniądze. I wtedy zrozumiałam, że to nie koniec świata. To był początek. Choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałam.
Toaleta miała lśnić
Zdziwiło mnie, jak bardzo ludzie potrafią przywiązywać wagę do łazienek. Myślałam, że największy nacisk będą kłaść na kuchnię, salon, może sypialnię. Tymczasem nie. To łazienki były świątyniami. Wszystko musiało błyszczeć. Szyba kabiny bez ani jednej smugi, korek w wannie czysty jak nowy, płytki pachnące świeżością. Jak raz zostawiłam zacieki na lustrze, klientka pokazała mi palcem i powiedziała tonem przedszkolanki:
– Tu jeszcze trzeba poprawić. Proszę, to ważne. Codziennie wieczorem patrzę w to lustro.
Wtedy pomyślałam: „ty nie patrzysz w lustro, ty się w nim przeglądasz, żeby sprawdzić, czy świat nadal kręci się wokół ciebie”. Ale się uśmiechnęłam. I przetarłam.
Z czasem nabrałam wprawy. Znalazłam swoje triki, swoje ulubione środki. Wiedziałam, czym schodzi osad z wody, co nie zostawia smug, a co najlepiej pachnie. Kiedyś nie odróżniałam chromu od stali szczotkowanej, teraz potrafię rozpoznać powierzchnię w sekundę. Stałam się specjalistką od łazienek. Tyle że nikt tak tego nie nazywa. Dla wszystkich byłam po prostu „panią od sprzątania”. I może by mnie to bolało, gdyby nie to, ile zaczęłam na tym zarabiać.
Zazdrość to cichy wróg
Zaczęło się od tej jednej rozmowy przy stole. Była niedziela, przyjechała do mnie kuzynka. Przyniosła ciasto, jak zawsze. Usiadłyśmy, rozlałam herbatę. Rozmowa toczyła się zwyczajnie, aż zapytała:
– A co ty teraz właściwie robisz?
Powiedziałam prawdę. Że sprzątam. Że mam stałe klientki, głównie domy w okolicy podmiejskich osiedli. Że łazienki to mój konik, że potrafię wyczyścić fugę tak, że wygląda jak nowa.
– Aha – rzuciła z lekkim skrzywieniem. – No... ważne, że robota jest, nie?
Zamieszałam łyżeczką w herbacie. Wiedziałam, co naprawdę chciała powiedzieć. Że sprzątać to obciach. Że to praca dla tych, co nie mają innego wyjścia. Że wykształcona kobieta, taka jak ja, powinna aspirować wyżej. Ale potem zapytała, ile mniej więcej zarabiam miesięcznie. Powiedziałam uczciwie. Zapadła cisza. Taka, co ścina powietrze w kuchni.
– Tyle to ja mam w korpo z nadgodzinami – przyznała w końcu.
Wzruszyłam ramionami. Nie musiałam się tłumaczyć. Nie było męczących spotkań, deadline’ów, bezsensownych zebrań. Miałam swoją firmę, swoje tempo, swój spokój. I klientów, którzy naprawdę mnie szanowali. A to wcale nie było takie oczywiste.
Czuję się wolna
Z czasem zaczęłam odmawiać zleceń. To było coś nowego – wybierać sobie klientów, zamiast łapać wszystko, co się trafi. Miałam swoją ulubioną środę u pani Doroty, która zawsze zostawiała świeżo zaparzoną kawę i kopertę na lodówce. W piątki odwiedzałam starsze małżeństwo – nie mieli dzieci, więc po prostu chcieli mieć czysto. W ciszy, bez gadania.
Nagle życie stało się przewidywalne, ale nie nudne. Wiedziałam, że do 14:00 skończę pracę i pójdę na spacer z psem. Mogłam pojechać do mamy, odebrać siostrzeńca z przedszkola, iść na jogę. Nie wisiał nade mną szef, nie miałam grafiku, który ktoś układał za mnie. Sama ustalałam warunki.
Pamiętam dzień, w którym klientka próbowała negocjować cenę. Nowa, polecona przez znajomą. Wyszczebiotała coś o „łatwej robocie” i „godzince z mopem”. Uśmiechnęłam się i grzecznie jej podziękowałam.
– To nie dla mnie – powiedziałam i wyszłam.
Po raz pierwszy nie poczułam lęku, że coś stracę. Miałam pełen kalendarz. Miałam poczucie, że to ja wybieram, z kim chcę pracować. A to, jak się okazało, było bezcenne. O wiele bardziej niż sama stawka za godzinę.
Miałam dobre klientki
Najlepsze klientki to te, które z czasem stają się czymś więcej niż tylko nazwiskiem w kalendarzu. Z jedną z nich, Anką, co tydzień sprzątałam łazienkę, a potem siadałyśmy przy stole i gadałyśmy jak stare znajome. O życiu, dzieciach, facetach, podatkach, kremach pod oczy. Miała dwójkę dzieci, wiecznie zabiegana, wiecznie coś między jednym spotkaniem a drugim.
– Ty to masz dobrze – rzuciła raz. – Przychodzisz, robisz swoje, wychodzisz. Ja czasem siedzę po nocach nad jakimś raportem, którego nikt nie przeczyta.
– Ty za to masz umowę, etat, świadczenia – odpowiedziałam.
– No i co z tego? – spojrzała na mnie zmęczonymi oczami. – Jakbym mogła, to bym się z tobą zamieniła.
To było pierwszy raz, kiedy ktoś powiedział mi coś takiego bez cienia pogardy. Wręcz z zazdrością. Anka, menadżerka z dużej firmy, ubrana jak z katalogu, z torebką droższą niż moja miesięczna rata za mieszkanie. I ona mi zazdrościła? Wracałam wtedy do domu z dziwnym uczuciem. Jakby świat się trochę obrócił. Nagle moja praca przestała być czymś „gorszym”. Stała się wyborem. I to całkiem dobrym.
Nie wstydzę się już ani trochę
Na początku się wstydziłam. Ukrywałam przed znajomymi, co robię. W CV wpisywałam, że „pomagam w utrzymaniu porządku w domach prywatnych”, jakby to miało zabrzmieć lepiej. A prawda była prosta: myłam łazienki. Szorowałam brodziki, pucowałam krany, wybielałam silikon przy wannie. I to mnie utrzymało. Dało mi więcej, niż którakolwiek z moich wcześniejszych prac.
Teraz już nie kłamię. Jak ktoś pyta, co robię, odpowiadam wprost: sprzątam łazienki. I wie pan co? Najczęściej widzę albo zdziwienie, albo… podziw. Bo okazuje się, że wielu ludzi chciałoby zarabiać tyle, co ja, i mieć taką wolność, jaką ja mam, tylko nie mają odwagi się zniżyć. Dla mnie to nie jest zniżenie. To była droga do życia, w którym sama decyduję. Sama rozkładam czas, wybieram ludzi, z którymi chcę pracować. Nie udaję już nikogo. Nie muszę.
I choć czasem słyszę kąśliwe komentarze, to wiem jedno – mam w kieszeni więcej niż ci, którzy te komentarze rzucają. I mam spokój. A ten jest bezcenny. Nie każda droga musi wyglądać tak, jak to pokazują w serialach. Moja zaczęła się od mopów i szczotek, a skończyła się na czymś, czego się nie spodziewałam – szacunku do siebie.
Renata, 46 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na Dzień Babci i Dziadka zabrałam ich w sentymentalną podróż. Patrząc na nich, wiedziałam, że to najlepszy prezent”
- „Po Dniu Dziadka mój teść przestał odbierać telefon. Bolesna prawda wyszła na jaw dopiero w czasie ferii”
- „Mąż wymyślił, że mam zrobić obiad dla księdza, jak przyjdzie po kolędzie. Miałam się postarać i nie wygłupiać z rosołem”

