Reklama

Góry zawsze wydawały mi się obce. Zimne, niedostępne, pełne ostrych skał i nieprzewidywalnych załamań pogody. Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy z własnej woli wspinali się na szczyty, tracąc przy tym oddech i czucie w palcach. Wszystko się zmieniło, kiedy poznałam jego. Pokazał mi, że góry to coś więcej niż kamienie i śnieg, że to ucieczka od codzienności, azyl, miejsce, gdzie świat zwalnia. Dzięki niemu nauczyłam się oddychać na nowo. Nauczyłam się ufać, trzymając go za rękę na wąskich grzbietach. A potem mnie zostawił — tak po prostu. Sprawił, że nie tylko góry stały się znów obce, ale i cały świat. I ja sama dla siebie.

Zgodziłam się

Poznałam Rafała na imprezie u wspólnych znajomych. Stał z boku, trzymając w dłoni kubek z herbatą, jakby przypadkiem zgubił się wśród głośnych rozmów i migających świateł. Zaczęliśmy rozmawiać o byle czym: o książkach, których nigdy nie skończyliśmy, planach na wakacje, które zawsze odkładamy na później. A potem powiedział, że wrócił właśnie z Tatr i zapytał, czy lubię góry. Odpowiedziałam, że nie mam zdania, bo nigdy nie byłam wyżej niż na Gubałówce. Uśmiechnął się wtedy, jakby właśnie usłyszał coś bardzo ważnego.

— Musimy to zmienić — powiedział. — Góry trzeba poczuć na własnej skórze.

Nie potraktowałam tego serio, dopóki kilka dni później nie wysłał mi zdjęcia schroniska i nie napisał: „Weekend. Ty i ja. Jedziemy?”. Byłam zaskoczona, ale jakaś część mnie już wtedy mu ufała. Zgodziłam się. W aucie opowiadał mi, jak w górach odnajduje spokój. Patrzyłam na niego z niedowierzaniem: miał w sobie coś, co koiło. Myślałam, że może właśnie znalazłam kogoś, kto poprowadzi mnie przez mgłę, której sama nie umiałam się pozbyć.

Zaczynałam ufać

Pierwszy wyjazd był dla mnie jak wyprawa na inną planetę. Zamiast eleganckich ubrań — kurtka przeciwdeszczowa i buty trekkingowe. Zamiast kawiarni — termos z herbatą i czekolada z plecaka. On prowadził mnie wąskimi ścieżkami, znał każdy zakręt, każde miejsce, gdzie warto przystanąć i popatrzeć w dal. Czułam się bezpieczna, nawet gdy wiatr porywał kaptur z głowy, a szlak nagle stawał się zbyt stromy.

— Dasz radę — mówił spokojnie Rafał, gdy łapałam oddech. — Zobaczysz, jak pięknie jest na górze.

I rzeczywiście. Kiedy dotarliśmy na szczyt, wiatr prawie mnie przewrócił, ale Rafał stanął za mną, osłonił mnie ramieniem. Widziałam doliny, które jeszcze godzinę wcześniej były gdzieś daleko pod nami. I nagle to wszystko — jego obecność, zapach lasu, cisza, miało sens. Wieczorem w schronisku grzaliśmy się przy kominku. Rozmawialiśmy o życiu, o tym, co chcielibyśmy zmienić. Patrzył na mnie tak uważnie, jakby naprawdę słuchał. Pomyślałam wtedy, że dawno nikt nie patrzył na mnie w ten sposób.

Masz w sobie coś cichego i prawdziwego — powiedział, a ja poczułam, że mięknę.

Zaczynałam ufać. Może za szybko.

Była w nim zakochana

Z każdym kolejnym wyjazdem czułam, że coraz bardziej do niego lgnę. Nie tylko dlatego, że trzymał mnie za rękę, gdy było ślisko albo że nosił mój plecak, gdy byłam zmęczona. On po prostu był — obecny, skupiony, czuły, ale nienachalny. Dostrzegał moje spojrzenia, zanim zdążyłam coś powiedzieć. W górach wszystko wydawało się prostsze. Nie musiałam niczego udawać.

Kiedyś, siedząc na skałach przy Morskim Oku, pocałował mnie. Nie było jak w filmie: żadne dramatyczne gesty, tylko ciche, spokojne muśnięcie ust, jakby sprawdzał, czy może już. I mógł.

— Nie wiem, co się ze mną dzieje — szepnął, opierając czoło o moje. — Nie planowałem tego.

Byłam w nim zakochana. Choć nigdy nie padły wielkie deklaracje, wszystko w jego zachowaniu mówiło: „jesteś ważna”. Zaczęłam fantazjować o wspólnym mieszkaniu, planować kolejny urlop, myśleć, że może to właśnie to. Zawsze wracaliśmy z gór odmienieni, zresetowani, bliżsi. Znajomi pytali, czy to tak na poważnie. Odpowiadałam, że to coś wyjątkowego, choć nie potrafiłam tego jeszcze nazwać. Po prostu czułam, że wreszcie ktoś mnie widzi. I chce iść obok.

Próbowałam się pozbierać

Pierwsze sygnały zignorowałam. Był mniej obecny. Odpowiadał na wiadomości krócej, czasem całkiem ich nie czytał. Tłumaczył, że to praca, stres, zbliżające się terminy. Ufałam mu, przecież tyle razem przeszliśmy. Kiedy zaproponowałam kolejny wspólny wypad, odpowiedział:

— Może innym razem. Potrzebuję trochę przestrzeni.

Ta „przestrzeń” zawisła między nami jak mgła na szlaku. Nie wiedziałam, co zrobiłam źle. Próbowałam zagadywać, pytać, upewniać się, że wszystko w porządku, ale on coraz częściej znikał. Jego czułość zamieniła się w chłód. A ja udawałam, że tego nie widzę.

— Wszystko gra? — zapytałam któregoś wieczoru, gdy w końcu udało mi się go złapać przez telefon.

— Tak, jasne. Po prostu... czasem trzeba odpocząć. Nawet od ludzi.

Milczałam. Wiedziałam, że mówi o mnie. I choć serce biło mi szybciej, próbowałam się pozbierać. Wmawiałam sobie, że to tylko chwilowe. Nie było już wspólnych spacerów, map i śmiechu. Zamiast tego nastała cisza. Zaczęłam wątpić we wszystko, co wcześniej wydawało się takie pewne. Jeszcze nie wiedziałam, że właśnie spadamy.

Musiałam poskładać się z kawałków

Rafał zniknął tydzień przed moimi urodzinami. Nie odezwał się ani słowem. Żadnej wiadomości, żadnego „nie dam rady”, nic. Siedziałam przy stole w kawiarni, patrząc na puste krzesło naprzeciwko. Przyszłam tam tylko dlatego, że naiwnie wierzyłam, że się pojawi. Że wszystko wytłumaczy. Że może miał wypadek, może coś się stało. Tak bardzo nie chciałam uwierzyć w to, co było oczywiste.
Napisałam mu ostatnią wiadomość. Krótką. „Rozumiem”. I chociaż to nie była prawda, nie potrafiłam walczyć z kimś, kto przestał chcieć być blisko.

Kilka dni później zobaczyłam zdjęcie, jego i jakiejś dziewczyny. Na szlaku, który pokazał mi jako pierwszy. Stał tam, gdzie ja stałam, trzymając za rękę kogoś innego. Śmiał się. Patrzyłam na to zdjęcie długo i nie płakałam. Może już nie miałam czym. To było jak spadanie bez możliwości zahamowania. Jakby ktoś zepchnął mnie z klifu, po którym tak ostrożnie szliśmy razem. Tylko że on nie upadł. On już był po drugiej stronie, szczęśliwy. A ja musiałam poskładać się z kawałków, których wcześniej nawet nie znałam.

Już nie wspinam się z nikim

Minęło kilka miesięcy, zanim odważyłam się znów pojechać w góry. Tym razem sama. Bez jego głosu za plecami, bez ciepła dłoni, które wcześniej dodawało mi odwagi. Zaczęłam od prostego szlaku — takiego, który znaliśmy oboje, ale nigdy nie przeszliśmy razem. Chciałam go odzyskać dla siebie. I dla siebie go przejść.

Na szczycie usiadłam na kamieniu i patrzyłam w dal. Te same widoki, ten sam wiatr, ta sama przestrzeń — a jednak wszystko inne. Wciąż czułam w ciele echo jego słów, jego dotyku, jego śmiechu. Ale to echo już mnie nie dusiło. Było po prostu wspomnieniem. Zrozumiałam, że ufałam komuś, kto nigdy nie miał zamiaru zostać. Że myliłam czułość z obecnością. I że potrafię iść dalej, choć droga już nie będzie taka sama.

Już nie wspinam się z nikim. Przynajmniej na razie. Potrzebuję wiedzieć, że umiem stanąć na własnych nogach, nie szukając w nikim oparcia. Góry znów są moje. Nie jego. Nie chcę już słów bez treści. Nie chcę uśmiechów, za którymi kryje się obojętność. Chcę prawdy. Nawet jeśli czasem boli bardziej niż upadek.

Justyna, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama