Reklama

Zawsze myślałam, że historie miłosne są jak z filmów — rozgrywają się w restauracjach przy świecach, na romantycznych wyjazdach albo wśród szeleszczących liści parków jesienią. Przez długi czas byłam przekonana, że jeśli już spotka mnie coś niezwykłego, to tylko w wyjątkowych okolicznościach, najlepiej w odświętnej sukience i z idealną fryzurą. Tymczasem życie lubi zaskakiwać, a los ma w zanadrzu różne scenariusze, których nie da się przewidzieć. Był luty, śnieg skrzypiał pod butami, a ja stałam na zadaszonym przystanku, marząc tylko o tym, żeby autobus przyjechał na czas. Nie przypuszczałam, że tego zwyczajnego popołudnia wydarzy się coś, co sprawi, że każdy kolejny dzień będzie już wyglądał zupełnie inaczej.

Odruchowo odwrócił wzrok

Miałam za sobą długi dzień w pracy. Niby były walentynki, ale mnie wszystko drażniło: wieczne korki, szefowa rzucająca coraz to nowe zadania na ostatnią chwilę i ten lodowaty wiatr, który owiewał twarz, kiedy szłam z biura na przystanek. Na przystanku autobusowym, na którym zwykle panował gwar i ścisk, tamtego popołudnia było wyjątkowo pusto. Kilka osób skuliło się pod daszkiem, zerkając nerwowo na rozkład jazdy, jakby od samego patrzenia autobus miał szybciej przyjechać. Ja też się trochę zgarbiłam, naciągnęłam czapkę na uszy i zatopiłam wzrok w telefonie, odświeżając bezmyślnie prognozę pogody.

Wtedy usłyszałam, jak ktoś tuż obok głośno kichnął. Uniosłam głowę i zobaczyłam chłopaka w ciemnej kurtce, z rozczochranymi włosami i dużą papierową torbą z piekarni pod pachą. Na chwilę nasze spojrzenia się spotkały, on się uśmiechnął i odruchowo odwrócił wzrok, jakby go to peszyło. Oczywiście natychmiast schowałam się za swoim telefonem, ale ciekawość już we mnie kiełkowała.

— Przepraszam, masz może chusteczkę? — zapytał po chwili cicho, jakby liczył, że usłyszę go tylko ja.

Sięgnęłam do torby i wręczyłam mu jedną. Jego palce musnęły moją dłoń, była wyjątkowo ciepła.

— Dzięki, naprawdę uratowałaś mi życie — mruknął, śmiejąc się cicho.

Nie wiedziałam jeszcze, że ta drobna przysługa będzie początkiem czegoś, co na zawsze odmieni mój świat.

Poczułam lekki żal

Autobus, na który czekaliśmy, oczywiście miał opóźnienie. Czas płynął powoli, a śnieg zaczął padać coraz gęściej, jakby ktoś specjalnie chciał nas tam zatrzymać. Chłopak, który jak się okazało, miał na imię Igor, przez chwilę milczał, opierając się o przystankową szybę, ale nie wytrzymał zbyt długo.

— Też masz wrażenie, że autobusy specjalnie się spóźniają, kiedy człowiek już naprawdę chce do domu? — zagadnął, patrząc na mnie z ukosa.

— Chyba tak. Zawsze wtedy, kiedy mi najbardziej zależy, muszę marznąć dwa razy dłużej — przyznałam, próbując nadać swojej odpowiedzi luźny ton.

Igor wyciągnął z torby bułkę i zapytał nieco nieśmiało:

— Chcesz? Została mi jeszcze jedna, a szkoda, żeby się zmarnowała.

Zdziwiłam się, ale pokręciłam głową.

— Dzięki, nie jestem głodna, ale miło z twojej strony — odpowiedziałam.

Zaczęliśmy rozmawiać, początkowo o błahostkach: o pogodzie, pracy, ulubionych piekarniach. Rozmowa toczyła się lekko, jakbyśmy znali się od dawna. Zauważyłam, że Igor często się uśmiecha, a jego śmiech był zaraźliwy. Nawet nie spostrzegłam, kiedy zapomniałam o zmarzniętych dłoniach i irytacji po pracy. W końcu pojawił się autobus, a ja poczułam lekki żal, że ta rozmowa zaraz się skończy.

Słuchałam go z rosnącą ciekawością

Wsiadłam do autobusu i zanim zdążyłam pomyśleć, Igor usiadł tuż obok mnie. Pojazd był prawie pusty, więc zaskoczyło mnie, że wybrał miejsce właśnie przy mnie. Zanim jeszcze ruszyliśmy, spytał z uśmiechem:

— Nie masz nic przeciwko? Strasznie nie lubię jeździć sam, szczególnie kiedy za oknem taka zima.

— Nie mam — odpowiedziałam, czując, że usta same układają mi się w uśmiech.

Ruszyliśmy powoli, a za oknem świat rozmazywał się od płatków śniegu. Przez chwilę milczeliśmy, patrząc, jak miasto przemyka za szybą. W końcu to Igor przerwał ciszę:

— Zawsze jeździsz tym autobusem po pracy? — zapytał, lekko przekrzywiając głowę.

— Tak, chociaż zwykle staram się z nikim nie rozmawiać — przyznałam.

Dzisiaj zrobiliśmy wyjątek — stwierdził wesoło. — Może to przez ten śnieg. Może przez bułkę.

Zaśmiałam się, czując, jak narasta we mnie ciepło zupełnie niepasujące do zimowej aury. Opowiadał mi o swoim dniu, pracy w pobliskiej kawiarni i planach na wieczór, które obejmowały gorącą herbatę i film. Słuchałam go z rosnącą ciekawością, zaskoczona, jak łatwo można kogoś polubić w tak krótkim czasie. Autobus powoli zbliżał się do mojego przystanku, a ja poczułam ukłucie żalu, że zaraz będę musiała wysiąść.

Policzki robią mi się czerwone

Kiedy autobus zatrzymał się na moim przystanku, Igor spojrzał na mnie pytająco. Przez sekundę zawahałam się, nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu zebrałam się na odwagę.

To tutaj wysiadam — powiedziałam, wskazując na drzwi.

— Ja też mam niedaleko, ale jeszcze jeden przystanek dalej — przyznał, wstając razem ze mną. — Może przejdziemy się kawałek razem? — dodał nieśmiało.

Zgodziłam się bez większego wahania, bo tak naprawdę nie miałam ochoty kończyć tej rozmowy. Ruszyliśmy powoli chodnikiem, a śnieg skrzypiał nam pod butami. Milczeliśmy przez chwilę, oboje lekko speszeni nową sytuacją. Igor pierwszy przerwał ciszę:

— Dziwnie się czuję, mówiąc to wszystko do kogoś, kogo poznałem na przystanku — zaczął. — Ale naprawdę miło mi się z tobą rozmawia. Może spotkamy się jeszcze kiedyś… na kawie?

Spojrzałam na niego, szukając w jego twarzy jakiejś niepewności. Nie widziałam tam nic poza szczerością i lekkim rozbawieniem całą tą sytuacją. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Igor dodał:

— Wiesz, jeśli nie chcesz, to zrozumiem. Po prostu… nie spotyka się codziennie kogoś, z kim można tak pogadać, nawet o głupotach.

— Chętnie pójdę z tobą na kawę — odpowiedziałam cicho, czując, że policzki robią mi się czerwone nie tylko z zimna.

Zaproponował spacer

Dwa dni później, w sobotnie przedpołudnie, spotkaliśmy się w małej kawiarni nieopodal mojego osiedla. Przyszłam trochę przed czasem, niepewna, czy Igor naprawdę się pojawi, ale on wszedł dokładnie o umówionej godzinie, z tym samym ciepłym uśmiechem na twarzy. Usiadł naprzeciwko mnie i przez moment patrzyliśmy na siebie w ciszy, jakbyśmy oboje próbowali uwierzyć, że ta chwila rzeczywiście się wydarza.

— To trochę dziwne, prawda? — zaczął, mieszając łyżeczką swoją kawę. — Jeszcze kilka dni temu byliśmy dla siebie kompletnie obcy.

— No właśnie — przyznałam. — A teraz… nawet się nie stresuję, chociaż zwykle na takich spotkaniach jestem kłębkiem nerwów.

Rozmowa potoczyła się swobodnie. Mówiliśmy o wszystkim i o niczym: o dzieciństwie, planach na przyszłość, śmiesznych rodzinnych zwyczajach. Igor opowiadał o tym, jak jego babcia zawsze mówiła, że najlepsze rzeczy w życiu zdarzają się wtedy, kiedy człowiek w ogóle ich nie planuje. Czułam, że między nami rodzi się nić porozumienia, która z każdą kolejną anegdotą, uśmiechem i spojrzeniem robiła się coraz mocniejsza. Kiedy wychodziliśmy z kawiarni, zaproponował spacer. Tym razem ani jedno z nas nie musiało się długo zastanawiać.

Uśmiecham się do wspomnień

Od tamtej pierwszej kawy minęło kilka miesięcy. Wciąż czasem wspominamy z Igorem tamto zimowe popołudnie na przystanku, kiedy żadne z nas nie spodziewało się, że zwykły, szary dzień przerodzi się w coś, co odmieni całe nasze życie. Z biegiem czasu śnieg ustąpił miejsca zielonym liściom, a potem letnim burzom, ale jedno się nie zmieniło — nasze codzienne spotkania: najpierw na przystanku, później także wieczorami, kiedy każde z nas mogło być dla drugiego wsparciem po ciężkim dniu.

Miłość nie przyszła jak grom z jasnego nieba, nie była od razu oczywista. Raczej budowała się z rozmów, drobnych gestów, nieśmiałych uśmiechów i długich spacerów. Była czasem niepewna, czasem trudna, bo oboje nosiliśmy w sobie różne doświadczenia i obawy, których nie da się ot tak zostawić za sobą. Jednak z każdym kolejnym dniem coraz mniej baliśmy się zaufać, a coraz częściej mieliśmy odwagę mówić o tym, co czujemy.

Dziś, kiedy mijam przystanek autobusowy, uśmiecham się do wspomnień. Każde miejsce może być dobre, by znaleźć miłość — nawet jeśli wydaje się zwyczajne, a wokół pada śnieg. Ja już o tym wiem.

Klaudia, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama