„Spontaniczne wtorki to było moje postanowienie noworoczne. Przez 1 dzień w tygodniu zmieniłam pracę i sposób myślenia”
„Miałam pracę i zadania. Tylko przecież… był wtorek. Piętnaście minut później wybiegłam z biura. Wsiadłam do auta, serce waliło mi jak szalone. Czułam się jak nastolatka uciekająca z lekcji. Pojechałam w miejsce, które znalazłam wcześniej”.

Kiedyś uważałam, że chaos to synonim porażki. Lubiłam wiedzieć, co będzie jutro, co zjem na śniadanie, o której wyjdę z pracy i kiedy dokładnie zrobię pranie. Tak, miałam plan nawet na pranie. Śmieszne? Może. W moim kalendarzu wszystko miało swoje miejsce – nawet chwile na „nicnierobienie”. Tak właśnie działałam – jak dobrze naoliwiony system zarządzania życiem.
Nazywam się Karolina, mam 29 lat i pracuję jako analityczka danych. Moje ubrania są zawsze wyprasowane. Maile odpowiedziane tego samego dnia. Plan jedzenia gotowy na cały tydzień. Idealnie, prawda? Niezupełnie. Od jakiegoś czasu czułam się, jakbym była tłem we własnym życiu. W pracy – niezawodna. W domu – sama. W sercu – cisza. Nawet moje marzenia były uporządkowane według priorytetów. A potem, pewnego wieczoru, przy winie z Martą – moją najlepszą przyjaciółką i kompletnym przeciwieństwem mnie – usłyszałam coś, co rozbiło mnie na drobne kawałki:
– Karo, ty nie żyjesz. Ty sobą zarządzasz.
Parsknęłam śmiechem. Ona, która rzucała wszystko, bo „poczuła moment”, chciała mi coś mówić o życiu?
– Przygniecie cię kiedyś twoja własna lista zadań – dodała.
– No i co proponujesz? – zapytałam.
– Jeden dzień w tygodniu. Jeden wtorek. Tylko jeden impuls. Bez planu, bez analiz. Zaufaj chaosowi.
Nie wierzyłam jej, ale coś we mnie drgnęło. Od tamtej pory wtorki zmieniły wszystko.
Wykonałam pierwszy krok
Stałam przy przejściu dla pieszych z kawą na wynos, kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy. Starszy facet z siwą brodą, w kolorowej czapce z pomponem, stał na rogu ulicy i grał na skrzypcach. Melodia była dziwnie znajoma, coś z dzieciństwa, może kołysanka? Ludzie mijali go obojętnie, jakby był częścią miejskiego szumu. A ja… stałam i patrzyłam.
– No i co? – wyszeptałam do siebie. – Przecież dzisiaj wtorek.
Marta rzuciła wyzwanie, ja je przyjęłam. Tylko że nie sądziłam, że pierwszy impuls przyjdzie w takiej formie. Zanim zdążyłam się zastanowić, ruszyłam w jego stronę.
– Przepraszam – odezwałam się, gdy skończył grać. – Czy mogę... zatańczyć?
Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, ale tylko skinął głową i znów uniósł smyczek. Zrobiłam pierwszy krok. Niezgrabny. Potem drugi, trzeci. Kręciłam się na środku chodnika jak idiotka, wśród tłumu spieszących się ludzi. Ktoś się zatrzymał. Ktoś się zaśmiał. Ktoś nagrał filmik. A ja, cała czerwona, tańczyłam jak dziecko, które nie wie, że jest obserwowane.
– Co ja wyprawiam... – mamrotałam, ale nogi mnie nie słuchały.
Gdy melodia ucichła, ukłoniłam się jak baletnica i uciekłam za róg, śmiejąc się sama z siebie.
Wieczorem zadzwoniłam do Marty.
– Zatańczyłam dziś na ulicy. Z grajkiem. Sama z siebie. Tak po prostu.
– Ty?! – zawołała. – Mówisz mi, że Karolina włączyła spontaniczność?
– Na trzy minuty. Ale było… dziwnie dobrze.
Znowu to zrobiłam
Przyszedł kolejny wtorek. Siedziałam w biurze, wpatrując się w kolejną tabelkę, gdy przyszło powiadomienie: „Spotkanie zespołu o 14:30”. Zmarszczyłam brwi. Znów będą omawiać cele i plany, które nikogo naprawdę nie obchodzą. Spojrzałam na zegarek. 11:17. A potem na kubek z herbatą. Letnią, jak moje życie.
Zapisałam pracę, zmieniłam okno na wyszukiwarkę i wpisałam: „jezioro niedaleko Warszawy”. Zdjęcia były piękne. Cisza, woda, pomost.
– To głupie – szepnęłam. – Mam przecież spotkanie, zadania...
Tylko przecież… był wtorek. Piętnaście minut później zgłosiłam złe samopoczucie i wybiegłam z biura. Wsiadłam do auta, serce waliło mi jak szalone. Czułam się jak nastolatka uciekająca z lekcji. W drodze kupiłam kabanosa i wodę. Na miejscu było pusto. Tylko ja, pomost i fale.
Usiadłam na krawędzi, zdjęłam buty. Woda była lodowata, ale nie ruszyłam się. Wpatrywałam się w horyzont, a myśli w głowie były ciche. Po raz pierwszy od dawna. Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam do Marty.
– Nie zgadniesz, gdzie jestem – powiedziałam.
– Skoro wtorek, to pewnie w cyrku, na ściance wspinaczkowej albo w kosmosie?
– Nad jeziorem. Wzięłam zwolnienie i uciekłam z pracy.
Zapadła cisza.
– Serio? Ty?!
– Siedzę na pomoście. I wiesz co? Nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. No... może trochę. Ale czuję, że żyję. Rozumiesz?
– Rozumiem. I jestem z ciebie dumna.
Uśmiechnęłam się. Było dziwnie dobrze. Znowu.
To był szczęśliwy przypadek
To był jeden z tych szarych, mokrych wtorków, kiedy człowiek najchętniej zostałby pod kocem z kakao i udawał, że nie istnieje. Tylko że teraz przecież wtorki to moje dni impulsu. Nie miałam żadnego pomysłu. Stałam przy przystanku, moknąc, z parasolką wygiętą na drugą stronę przez wiatr.
– Co za bezsensowny dzień – mruknęłam.
Przyjechał autobus. Nie mój. Nawet nie wiedziałam, dokąd jedzie. Spojrzałam na tablicę: „182 – kierunek: Anin”. Nie zastanawiałam się. Wsiadłam. Zajęłam miejsce przy oknie i dopiero wtedy dotarło do mnie, co zrobiłam. Bez biletu powrotnego, bez planu. Czułam się jak idiotka, ale… też dziwnie wolna. Po kilku przystankach obok mnie usiadł mężczyzna. Krótko ostrzyżony, ciemna kurtka, książka w ręku.
– Przepraszam, to twój ulubiony autobus, czy to spontaniczna decyzja? – zapytał, zerkając znad okładki.
Zdziwiłam się, aż się zaśmiałam.
– Totalny przypadek. Wtorkowy impuls. A ty?
– Jeżdżę nim codziennie, ale nie codziennie ktoś wsiada i wygląda, jakby uciekł z planu zdjęciowego filmu o zagubionej duszy – uśmiechnął się. – Jestem Aleksander.
– Karolina.
Zaczęliśmy rozmawiać. O wszystkim. O pracy. O podróżach. O tym, jak planowanie zabija życie. Mówił, że pracuje w małym rozwijającym się biznesie, który zajmuje się kreatywnymi projektami społecznymi.
– Powinnaś kiedyś wpaść na nasze spotkanie. Tylko po to, żeby zobaczyć, że chaos też ma swoją logikę.
– Tak dla zabawy?
– Tak dla nauki życia.
Skinęłam głową. Coś mi mówiło, że ten wtorek jeszcze się nie skończył.
To było jak przeznaczenie
Długo się wahałam. Miałam już nawet ułożone w głowie wszystkie wymówki – że mam za dużo pracy, że źle się czuję, że to przecież nie mój świat. Ale Aleksander wysłał mi wiadomość z lokalizacją i tylko napisał: „Wpadnij. Nikt nie będzie cię oceniał. Po prostu bądź sobą”. Był wtorek. Oczywiście. Wtorki z impulsem.
Weszłam do niewielkiej kamienicy w centrum. Na piętrze drzwi były otwarte, a w środku gwar, śmiech i zapach pizzy. Małe biurko, kilka leżaków, ściany pokryte kolorowymi notatkami i rysunkami. Czułam się jak w innym wymiarze.
– Karolina! – Aleksander podszedł do mnie z uśmiechem. – Chodź, poznaj wszystkich.
Zanim zdążyłam zaprotestować, już ciągnął mnie do grupy ludzi. Mieli na sobie kolorowe skarpety, koszulki z dziwnymi hasłami, ktoś trzymał na kolanach kota, ktoś inny pisał coś markerem na szybie.
– To jest Karolina. Nowicjuszka od wtorków z impulsem – powiedział Aleksander.
– Brzmi jak tytuł książki – rzuciła dziewczyna z krótkimi włosami. – Siadaj z nami. Mówimy właśnie o projekcie z dzieciakami z trudnych domów.
Zamarłam. Nie znałam się na tym. Co ja tu robiłam? Potem zaczęli mnie pytać. Ciepło. Bez presji. O moje spojrzenie, o moje pomysły. O dane. Tak, im też analityka danych była potrzebna. Z każdą minutą czułam, że… pasuję tam. Choćby trochę.
– Może chciałabyś pomóc przy jednym z projektów? Na próbę. Bez zobowiązań – zaproponowała Magda, współzałożycielka.
Spojrzałam na Aleksandra. Skinął lekko głową.
– Dobrze. Spróbujmy.
Nagle moje poukładane życie po raz pierwszy wydało mi się... obce.
Poszłam o krok dalej
– Karolina, możesz podejść do mnie na chwilę? – głos szefowej był chłodny jak zwykle, ale coś w tonie zapowiadało burzę.
Weszłam do jej gabinetu z teczką, choć nie wiedziałam po co. Wszystko we mnie drżało.
– Dostałam informację, że nie zrealizowałaś analizy dla klienta z Holandii. Dlaczego? – zapytała, nie patrząc mi w oczy.
– Bo... nie zdążyłam. Pracowałam nad innym projektem. I... zastanawiam się, czy to jeszcze moje miejsce.
Spojrzała na mnie uważnie. Milczenie między nami było jak napięta struna.
– Przestałaś być skupiona. Spóźniasz się, znikasz, bierzesz nagle wolne. Masz wrażenie, że świat się kręci wokół ciebie? – warknęła. – Tu obowiązują pewne zasady.
– A może właśnie dlatego chcę odejść – powiedziałam spokojnie. – Te zasady mnie już nie trzymają. Chcę robić coś... co ma sens.
– Brak lojalności i niedojrzałość. Tyle zostawiasz po sobie. Mam nadzieję, że ta twoja spontaniczność kiedyś się na tobie nie zemści.
– Może tak będzie, ale przynajmniej w końcu żyję.
Złożyłam później wypowiedzenie na jej biurku i wyszłam, czując, jak mocno bije mi serce. Winda jechała wieczność, a ja nie wiedziałam, czy właśnie popełniłam największy błąd życia, czy najodważniejszą decyzję.
Wieczorem zadzwoniłam do Marty.
– Zrobiłam to. Rzuciłam robotę.
– Jesteś niesamowita! – zawołała.
– Chyba raczej głupia. Siedzę na podłodze i trzęsą mi się ręce.
– To dobrze. Trzęsące się ręce oznaczają, że zrobiłaś coś prawdziwego.
Spojrzałam w sufit. Prawdziwego. Tak, może właśnie o to chodzi.
Jestem już inną osobą
Minęły cztery miesiące. Mam mniej pieniędzy. Więcej bałaganu. Czasem nie wiem, co przyniesie jutro – i nie zawsze mi z tym wygodnie, ale coś się we mnie zmieniło. Współpracuję z zespołem Aleksandra. Początkowo miało to być tylko „na próbę”, ale zostałam na dłużej. Wspieram ich w analizach, uczę się mówić ludzkim językiem, nie tylko językiem danych. Tworzę coś z innymi, a nie tylko dla kogoś. Nie jestem już tylko trybikiem. Mam głos i słyszę głosy innych.
Nie planuję już tygodnia co do minuty. Kalendarz w telefonie nie świeci się czerwienią. Nie mam pięciu celów dziennie. Mam tylko jeden: być obecna. Nie wszystkie wtorki są spektakularne. Czasem impulsem jest zjedzenie czegoś nowego. Czasem rozmowa z kimś obcym. Czasem decyzja, żeby niczego nie planować. Wtorki z impulsem zostały. Jak mały wewnętrzny zegarek, który przypomina mi: „życie nie czeka, aż będziesz gotowa”.
Z Aleksandrem nie jesteśmy parą. Może będziemy. Może nie. Na razie uczę się nie analizować wszystkiego od razu. Patrzę na siebie sprzed roku i czuję czułość. Tamta Karolina bardzo się starała. Ta dzisiejsza – czasem się gubi, ale przynajmniej wie, że to w porządku. Nie wiem, gdzie będę za rok. Po raz pierwszy to jest... dobre. Nie mam planu. Mam życie.
Karolina, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dostałam sporą podwyżkę, ale nie powiedziałam mężowi. Gdy niechcący poznał moje zarobki, nie patrzył na mnie tak samo”
- „Moim postanowieniem na Nowy Rok jest całkowita zmiana życia. Zmienię podejście i faceta, wreszcie będę szczęśliwa”
- „Zaprosiłem na sylwestra piękność z aplikacji randkowej. Czekałem na buziaka o północy, a dostałem tylko gorzką prawdę”

