Reklama

Nigdy nie byłem człowiekiem ambitnym. W szkole wystarczyło mi, że jakoś zaliczę, a po skończeniu technikum szybko zrozumiałem, że harówka za najniższą krajową to nie dla mnie. Pracowałem tu i tam, ale zawsze na chwilę. Kiedy pierwszy raz wylądowałem na zasiłku, poczułem ulgę. W końcu mogłem odpocząć. Z czasem zorientowałem się, że państwo potrafi całkiem nieźle zatroszczyć się o takich jak ja. Że jak się dobrze pokombinuje, to można żyć spokojnie i bez większego wysiłku. I choć wielu to dziwi – mnie to odpowiada. I nie zamierzam tego zmieniać.

Męczyli się i nic nie mieli

Mój ojciec zawsze powtarzał, że bez pracy nie ma kołaczy. Mówił to z takim zapałem, jakby sam z tych kołaczy codziennie zjadał po dwa. A prawda była taka, że zapieprzał na budowie od świtu do zmierzchu, wracał styrany, a na koncie ciągle pusto. Mama – sprzątaczka w szkole – dźwigała wiadra brudnej wody i cudze fochy. I za co? Żebyśmy ledwo wiązali koniec z końcem? Patrzyłem na to i wiedziałem, że ja tak nie chcę.

Po szkole średniej poszedłem na magazyn. Praca fizyczna, ciężka, niezbyt płatna, ale przynajmniej blisko domu. Wytrzymałem niecałe dwa miesiące. Potem próbowałem sił w ochronie – noce bez snu, stawka śmiech na sali. Zwalniałem się sam albo mnie zwalniali, bo nie ukrywam – nie przykładałem się zbytnio. Po prostu nie czułem sensu. Robisz, męczysz się, a i tak ci ledwo starcza. Po co się szarpać?

Nie było mi szkoda, że nie zrobiłem kariery. Nie miałem żadnych wielkich planów. Gdy moi rówieśnicy zakładali firmy albo wyjeżdżali za granicę, ja coraz częściej leżałem na wersalce i patrzyłem w sufit. I wtedy pojawiła się pierwsza pomoc z opieki. Przyszła jak prezent. I została.

Nie pracowałem, a zarabiałem

Zasiłek był śmiesznie niski, ale dawał jedno: spokój. Nie musiałem nigdzie biec, z nikim się użerać. Wstawałem późno, jadłem śniadanie, patrzyłem, co w telewizji. Ktoś powie – nudne życie. Może. Ale moje. I bez stresu. Gdy zorientowałem się, że mam prawo do dodatku mieszkaniowego, zapomogi na opał, a nawet paczek z MOPS-u, wszystko zaczęło się układać. System był jak układanka – wystarczyło wiedzieć, gdzie kliknąć, co podpisać, co powiedzieć.

Na początku miałem wyrzuty sumienia. Takie, co to przychodzą wieczorem, kiedy jest cicho. Siedziałem i myślałem, czy to uczciwe. Że ja nic nie robię, a ktoś na to wszystko pracuje. Ale potem patrzyłem na tych, co pracują – sąsiedzi styrani, wiecznie zmęczeni, bez humoru. A ja? Spałem tyle, ile chciałem, piłem ciepłą kawę, nikt mi nie zawracał głowy. Pieniądze jakieś tam były, jedzenie też.

Z czasem doszły kolejne świadczenia. Zacząłem się orientować, co, gdzie i kiedy można wyciągnąć. Złożyłem papiery na zasiłek dla bezrobotnych, choć pracy nie szukałem. Potem pomoc celowa, dofinansowanie do internetu. To nie był przypadek. To był plan.

Zasiłek, który mnie urządził

Największy przełom przyszedł, gdy trafiłem na doradczynię z urzędu pracy, która chyba mnie polubiła. Albo miała mnie dosyć. Zaproponowała mi kurs komputerowy. Poszedłem, bo płacili za uczestnictwo. Potem dali mi staż. Pół roku w gminie – nic konkretnego, trochę noszenia papierów, trochę siedzenia przy biurku i udawania, że coś robię. Po stażu dali mi papierek, że zdobyłem doświadczenie. Dzięki temu mogłem znowu zarejestrować się jako bezrobotny i zgarnąć kolejny zasiłek.

Z czasem doszło świadczenie mieszkaniowe, bo udowodniłem, że nie mam stałych dochodów. I tak co miesiąc parę groszy więcej. Dorzucili też jednorazową pomoc na zakup odzieży zimowej. Kupiłem używane rzeczy za grosze, reszta została na drobne przyjemności.

Znałem coraz więcej takich jak ja. Spotykaliśmy się pod MOPS-em, wymienialiśmy informacje. Ktoś wiedział, gdzie są darmowe obiady. Ktoś inny – gdzie dadzą ciepłe koce. Tworzyliśmy swoją małą społeczność. Ludzi, którym wcale nie spieszyło się do roboty. Bo po co? Życie bez etatu też może być wygodne, jeśli tylko wiesz, jak się w nim urządzić.

Czasami dzieś pracowałem

Zdarzało się, że łapałem fuchy. Ktoś potrzebował pomalować pokój, ktoś inny podwiózł mnie do remontu u siostry. Dwie stówy tu, trzy tam – nikt nie zgłaszał, nikt nie wystawiał faktur. Taka robota mi nie przeszkadzała, byle była krótka i bez zobowiązań. Pracować na etat? Za najniższą krajową? Po co, skoro wtedy straciłbym wszystkie dodatki?

Raz miałem moment słabości. Dostałem ofertę w magazynie, osiemnaście brutto na godzinę. Praca na zmiany, z dojazdem. Podpisałem umowę. Pomyślałem: może jednak warto? Wytrzymałem dwa tygodnie. Szykany, krzyki, kierownik patrzący z góry, ludzie wiecznie podenerwowani. No i kasa, która po odliczeniu dojazdu i podatku była niższa niż to, co zbierałem z zasiłków. Podziękowałem.

Wróciłem do starego życia z ulgą. Znów mogłem chodzić rano do sklepu bez pośpiechu, robić zakupy na promocjach, pogadać z sąsiadem pod blokiem. Rytm mojego dnia był prosty, ale mój. I co najważniejsze – spokojny. Coraz więcej znajomych zazdrościło mi tej „wolności”. Niektórzy pytali, czy nie boję się przyszłości. Odpowiadałem, że na razie liczy się dziś. I że nigdzie mi się nie spieszy. Zwłaszcza do pracy.

Jak się nie narobić, a mieć

Niektórzy łapią mnie za słówko: że pasożytuję, że żyję z cudzych podatków. No i co z tego? System jest jaki jest. Jeśli państwo daje, to dlaczego miałbym nie brać? Ja nikogo nie okradam, nikomu nic nie zabieram. Korzystam tylko z tego, co mi się według przepisów należy. Czy to moja wina, że opłaca się być biednym?

Mam kartę do biblioteki, jeżdżę komunikacją na ulgowych biletach, czasem załapię się na darmowy posiłek w świetlicy środowiskowej. Nie brakuje mi wiele. Telefon mam opłacony z programu dla wykluczonych cyfrowo. Internet – refundowany. Ubrania z second-handu, jedzenie z dyskontu. I co z tego? Kiedyś myślałem, że tak się nie da żyć. A teraz wiem, że da się – i to całkiem nieźle.

Koleżanka powiedziała mi ostatnio, że jej brat w Niemczech tyra po dwanaście godzin dziennie i ledwo ma czas na życie. Spojrzałem na nią i zapytałem:

– I komu zazdrościsz bardziej – jemu czy mnie?

Nic nie powiedziała. Ludzie kombinują jak zarobić więcej, ja kombinuję jak wydawać mniej. I jak się nie narobić. Bo w tym kraju trzeba być sprytnym. Nie uczciwym – sprytnym. Ja po prostu zrozumiałem to szybciej niż inni.

Nie czuję wstydu

Nie mam konta oszczędnościowego, nie jeżdżę na wakacje za granicę, nie mam samochodu. Ale też nie mam kredytów, stresu, przełożonego nad głową ani porannego budzika. Zamiast gonić za pieniędzmi, żyję po swojemu. Wiem, że wielu się to nie podoba. Że patrzą na mnie z pogardą albo współczuciem. Mówią: „Zmarnował życie”. A ja uważam, że po prostu wybrałem łatwiejszą drogę. I nie czuję wstydu.

Czasem w autobusie mijam ludzi w garniturach z torbami z laptopem. Są zmęczeni, patrzą w telefon, nie widzą świata poza swoją robotą. Ja patrzę przez okno, oddycham. Może nie jestem bohaterem, może nic po mnie nie zostanie. Ale nie potrzebuję więcej.

Nie wiem, co będzie za pięć lat. Może świadczenia obetną, może inflacja zje wszystko. Może wtedy będę musiał w końcu ruszyć się do pracy. Albo nie. Na razie państwo mnie sponsoruje. I robi to zaskakująco konsekwentnie. Ja tylko korzystam. Nie każdy musi być kimś. Nie każdy musi gonić. Ja postanowiłem się zatrzymać. I wreszcie mam czas, by naprawdę być.

Radosław, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama