Reklama

Żyłam latami od przelewu do przelewu, mierząc czas nie świętami, ale terminami rat. Poranki zaczynałam z kalkulatorem, wieczory kończyłam nad kartkami z budżetem. Z Tomaszem rozmawialiśmy głównie o liczbach, jakby one były bezpieczniejsze od uczuć. Kredyt stał się wygodną tarczą – zasłaniał pytania o bliskość i sens bycia razem.

Zapłaciliśmy ostatnią ratę

Siedziałam przy kuchennym stole, dokładnie tam, gdzie od lat robiłam wszystkie przelewy. Laptop był otwarty, kubek z herbatą wystygł, a ja kilka razy sprawdzałam numer rachunku, jakbym bała się, że pomylę się właśnie teraz. Ostatnia rata. Dwa słowa, które przez lata brzmiały jak obietnica lepszego życia.

– Sprawdź jeszcze raz – powiedział Tomasz zza moich pleców.

Nie podszedł bliżej. Stał w drzwiach, oparty o futrynę, z rękami w kieszeniach.

Sprawdziłam trzy razy – odpowiedziałam spokojnie i kliknęłam „zatwierdź”.

Przez chwilę patrzyłam w ekran, czekając na coś. Na falę ulgi, radość, może choćby uśmiech. Zamiast tego poczułam lekkie odrętwienie, jakby ktoś wyłączył dźwięk w pomieszczeniu. System wyświetlił potwierdzenie, a ja zamknęłam laptopa.

– No to… gotowe – powiedziałam, bardziej do siebie niż do niego.

Tomasz skinął głową.

– Dobrze – rzucił krótko. – W końcu.

I tyle. Żadnego objęcia, żadnego „udało się”, żadnego spojrzenia, które mówiłoby: przeszliśmy przez to razem. Odszedł do salonu, włączył telewizor, jakby to był zwykły wieczór, jeden z wielu.

Zostałam sama przy stole, wpatrując się w zamknięty komputer. Przypomniałam sobie wszystkie rozmowy, które przez lata kręciły się wokół pieniędzy. Wszystkie decyzje odkładane „na potem”, bo rata, bo nie teraz, bo musimy wytrzymać jeszcze trochę. Nagle dotarło do mnie, że to „potem” właśnie nadeszło, a ja nie wiem, co z nim zrobić.

Wstałam i zajrzałam do salonu. Tomasz siedział nieruchomo, patrząc w ekran.

Nie czujesz nic? – zapytałam cicho.

Odwrócił głowę.

– A co mam czuć?

To pytanie uderzyło mnie mocniej, niż się spodziewałam. Bo ja też nie potrafiłam odpowiedzieć. Stałam tam jeszcze chwilę, po czym wróciłam do kuchni. W powietrzu wisiało coś ciężkiego, jakby ten przelew nie zamknął jednego etapu, ale otworzył drzwi, których oboje baliśmy się dotknąć.

Nie potrafiliśmy rozmawiać

Następnego dnia wróciłam z pracy wcześniej niż zwykle. Odruchowo sięgnęłam po notes, w którym przez lata zapisywałam listy rzeczy do zrobienia. Farba do łazienki, wymiana okien, rata, zawsze jakaś rata. Teraz kartki były prawie puste. Kilka nieaktualnych zapisków, przekreślonych dawno temu. Zamknęłam notes i położyłam go na półce, jakby był pamiątką po kimś obcym.

Dom był cichy. Zbyt cichy. Bez dźwięków pakowania Kacpra, bez jego kroków i trzaskania drzwiami. Przeszłam przez pokoje, dotykając mebli, które wybieraliśmy z Tomaszem pod kątem ceny i trwałości, nigdy przyjemności. Wszystko było na swoim miejscu, a jednak nic do siebie nie pasowało.

Tomasz wrócił godzinę później. Odłożył kurtkę, zdjął buty i zapytał:

– Co na obiad?

To pytanie, zadawane przez lata, nagle zabrzmiało jak wyrzut.

– Jeszcze nie wiem – odpowiedziałam. – Może zamówimy coś?

Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem.

– Po co, skoro mogę coś zrobić?

Wzruszyłam ramionami. Nie chodziło o jedzenie. Chodziło o to, że nie wiedziałam, co mamy teraz robić razem. Usiadł przy stole, rozłożył gazetę. Szelest papieru drażnił mnie bardziej, niż powinien.

– Moglibyśmy gdzieś pojechać – rzuciłam nagle. – Teraz, kiedy już… no wiesz.

– Gdzie? – zapytał bez entuzjazmu.

– Nie wiem. Gdziekolwiek.

Złożył gazetę.

– Zobaczymy – powiedział i wstał, jakby rozmowa była zakończona.

Patrzyłam, jak krząta się po kuchni, wykonując znane ruchy, mechaniczne, bez refleksji. Uświadomiłam sobie, że przez lata byliśmy zespołem zadaniowym. On robił swoje, ja swoje, a dom był projektem do ukończenia. Teraz projekt się skończył, a my zostaliśmy jak pracownicy bez zlecenia.

Wieczorem siedzieliśmy naprzeciwko siebie, każde z własnymi myślami. Każdy jego gest, każde westchnienie wydawało mi się sygnałem oddalenia. Chciałam coś powiedzieć, zapytać, ale brakowało mi słów. Jakbyśmy oboje zapomnieli języka, którym kiedyś się porozumiewaliśmy.

Koleżanka miała podobnie

W pracy starałam się skupić, ale myśli uciekały do domu. Do pustej listy zadań i jeszcze pustszych rozmów. To wtedy Magdalena zaproponowała kawę. Usiadłyśmy w małej salce, z dala od innych, jakby przeczuwając, że ta rozmowa nie będzie o niczym lekkim.

– Jakoś inaczej wyglądasz – powiedziała, mieszając napój. – Jakbyś była tu, ale myślami gdzie indziej.

Uśmiechnęłam się słabo.

– Chyba po prostu jestem zmęczona.

Magdalena spojrzała na mnie uważnie.

– Też tak mówiłam. Przez lata.

Nie dopytywałam, ale ona sama zaczęła opowiadać. O swoim rozwodzie mówiła spokojnie, bez goryczy, jakby opisywała coś, co już się wydarzyło i nie bolało tak jak kiedyś.

– Najgorsze było to, że kiedy zniknęły obowiązki, nie było już o czym rozmawiać – powiedziała. – Dzieci dorosły, kredyt spłacony… Zostaliśmy sami i okazało się, że się nie znamy.

Te słowa uderzyły mnie prosto w środek. Przez chwilę widziałam nasze mieszkanie jak po remoncie. Wszystko nowe, funkcjonalne, dopasowane do potrzeb, ale zimne. Bez śladów życia.

– Bałaś się? – zapytałam cicho.

– Strasznie – odpowiedziała bez wahania. – Samotności, ciszy, tego, że już zawsze będę sama. Ale wiesz co? Ja już byłam sama, tylko we dwoje.

Milczałam. W głowie kłębiły mi się obrazy: Tomasz wpatrzony w telewizor, puste pokoje, zamknięty notes. Magdalena położyła dłoń na mojej.

– Nie mówię, że to was czeka – dodała szybko. – Mówię tylko, że czasem udajemy przed sobą, że wszystko jest w porządku, bo tak jest łatwiej.

Wróciłam do biurka z natrętnymi myślami. Jej słowa działały jak lustro, w którym zobaczyłam siebie. Strach przed samotnością mieszał się z żalem, że być może od dawna żyję w niej, tylko z kimś obok.

Potrzebowałam szczerej rozmowy

Tego wieczoru nie włączyliśmy telewizora. Cisza była gęsta, nienaturalna, jakby dom wstrzymał oddech. Tomasz siedział przy stole, przeglądając rachunki, choć nie było już czego liczyć. Ja stałam przy oknie, patrząc na ciemniejące podwórko.

– Nie musisz już tego robić – powiedziałam w końcu. – Nie mamy rat.

Podniósł wzrok, jakby dopiero teraz mnie zauważył.

– Z przyzwyczajenia – odpowiedział i odłożył papiery.

Usiadłam naprzeciwko niego. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. W głowie miałam wszystkie niewypowiedziane zdania, które przez lata odkładaliśmy na później, bo zawsze było coś ważniejszego.

Zastanawiałeś się kiedyś, co będzie potem? – zapytałam.

Zmarszczył brwi.

– Potem czego?

– Potem, jak już wszystko spłacimy. Jak Kacper się wyprowadzi. Jak zostaniemy sami.

Westchnął cicho.

– Myślałem, że jakoś to będzie.

Te słowa zabolały bardziej, niż jakikolwiek krzyk.

– Ja też tak myślałam – przyznałam. – Ale teraz mam wrażenie, że przez lata chowaliśmy się za obowiązkami.

Patrzył na mnie długo, jakby ważył każde słowo.

– Robiłem to, co trzeba – powiedział w końcu. – Ty też.

– Właśnie – odparłam. – Tylko że „to, co trzeba”, nie wystarczyło, żeby być blisko.

Cisza znów się rozlała po pokoju. Nie było wyrzutów, podniesionych głosów, tylko świadomość straconego czasu. Zrozumiałam, że kredyt dawał nam usprawiedliwienie. Dopóki istniał, mogliśmy mówić, że nie ma miejsca na emocje.

Tomasz wstał od stołu.

Nie wiem, co mam teraz zrobić – powiedział, nie patrząc na mnie.

– Ja też nie – odpowiedziałam szczerze.

Patrzyłam, jak odchodzi do sypialni, a we mnie narastało przekonanie, że coś się właśnie skończyło. Nie definitywnie, nie głośno, ale wystarczająco wyraźnie, by nie dało się tego zignorować.

Naprawdę nic nas nie łączy?

Zostałam sama w kuchni, z dłońmi opartymi o blat, jakbym potrzebowała czegoś stałego, żeby się nie zachwiać. W głowie wciąż brzmiało pytanie, którego nie potrafiłam zadać na głos: kim on jest, jeśli nie mężem od kredytu? Kim ja jestem, jeśli nie kobietą, która pilnuje terminów i domyka sprawy?

Przez kolejne dni funkcjonowaliśmy obok siebie poprawnie, uprzejmie, niemal wzorowo. Rozmawialiśmy o zakupach, o pogodzie, o tym, co trzeba naprawić. Tylko że „trzeba” już nie miało tej mocy co kiedyś. Nie spajało. Każda rozmowa kończyła się szybciej, niż zaczynała, jakbyśmy oboje bali się wejść głębiej.

Pewnego poranka usiadłam przy stole z kubkiem herbaty i zrozumiałam coś, co wcześniej było tylko mglistym przeczuciem. My nie mieliśmy wspólnego „potem”. Przez lata istniało jedno, jasno określone jutro: spłata, wytrwanie, domknięcie. Teraz przyszłość była pusta, a ta pustka bolała.

Nie podjęłam żadnej decyzji. Nie spakowałam walizek, nie zaproponowałam terapii, nie zaczęłam rozmowy, która wszystko by wyjaśniła. Zostałam z tą świadomością, że wolność finansowa obnażyła emocjonalną biedę, o której istnieniu wolałam nie wiedzieć.

Ostatnia rata była końcem etapu. Nie tylko kredytu, ale też bezpiecznego udawania, że jeszcze jesteśmy razem, bo coś nas łączy. Teraz zostało już tylko pytanie, czy cisza między nami jest początkiem czegoś nowego, czy jedynie potwierdzeniem tego, co skończyło się dawno temu.

Elżbieta, 55 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.



Reklama
Reklama
Reklama