Reklama

Mówią, że każdy człowiek ma swoje miejsce na ziemi. Dla mnie takim miejscem zawsze był domek po dziadkach – drewniany, skrzypiący, z kominem. To tam pierwszy raz rozbiłem sobie kolano, tam łatałem dach z dziadkiem i tam też, w tym zbutwiałym ogrodzie, pierwszy raz naprawdę poczułem, że żyję.

Chciałem uciec

W mieście się dusiłem. Pracuję przy komputerze, z ludźmi, których imion nawet nie zapamiętuję. Korki, ciasnota, krzyki zza ściany, migotanie ekranów – wszystko to zżerało mnie po kawałku. Kiedy mówiłem o tym mojej dziewczynie Paulinie, przewracała oczami. Ona lubi to, co nazywa „życiem”: szybkie tempo, dostawy z aplikacji, kino w środku tygodnia i kawę za piętnaście złotych.

Paulina jest inna niż ja i może właśnie dlatego mnie przyciągnęła. Lubię patrzeć, jak się chodzi po mieszkaniu, słuchać jak mówi szybko i dużo, jak się śmieje z moich starych żartów, ale od jakiegoś czasu jest jakby poważniejsza. Coraz częściej patrzy w ekran. Kiedy pytam, co u niej, odpowiada „wszystko okej” i chowa się za telefonem, a ja nie wiem, czy to milczenie znaczy „kocham cię” czy „nie mam już siły”.

Wymyśliłem ten weekend jak plan ratunkowy. Domek po dziadkach – stary, ale mój. Nasz, jeśli tylko zechce. Chciałem jej pokazać, że można żyć inaczej, że woda z kranu może smakować lepiej niż woda kokosowa z butelki, że można obudzić się rano nie od alarmu, tylko od śpiewu ptaków. Że można ze sobą rozmawiać, nie przez Wi-Fi, tylko naprawdę.

Nie odpuszczałem

W głowie miałem już cały plan: najpierw rozpalimy ogień w kuchni, potem zrobię jej herbatę z mięty, którą sam zebrałem latem. Pokażę jej ogród, który zdziczał jak ja sam. Może w sobotę przejdziemy się na targ do sąsiedniej wioski – babcia Stefania wciąż tam sprzedaje jajka.

Pojechaliśmy w piątek po południu. Nie zdążyłem dobrze postawić torby w sieni, a ona już zaczęła się rozglądać z miną, która mówiła wszystko. Nie było trzeba słów. Przeszła przez pokój jak przez teren skażony, wzrokiem omiatając każdy kąt. Prawie słyszałem, jak w jej głowie zapalały się czerwone lampki: brudno, ciemno, zimno.

– Tu będzie kuchnia. Wstawimy nowe okno, zrobimy blat. Wyobrażasz to sobie? – rzuciłem, próbując nadać temu miejscu choć trochę przyszłości.

– Ja wyobrażam sobie pralkę i łazienkę, która nie śmierdzi – odpowiedziała, nie patrząc na mnie.

Udawałem, że to żart, więc się zaśmiałem, ale nic z tego nie wyszło. Żaden śmiech nie ukoi, kiedy w oczach drugiego człowieka widzisz tylko chłód. A potem dorzuciła jeszcze to jedno, które mnie rozjechało jak walec:

– To miejsce to dziura.

Czuła się tam źle

Miałem ochotę zamknąć się w schowku pod schodami, gdzie kiedyś dziadek trzymał kartofle, ale tylko spojrzałem na jej twarz. Obca, zimna. Miałem nadzieję, że może się rozgrzeje, jak kuchnia, ale ona też nie chciała współpracować. Z komina dymiło jak z lokomotywy. Paulina zakaszlała i przewróciła oczami, jakby cała ta sytuacja była moim wymysłem, idiotycznym eksperymentem, do którego ją zmusiłem.

Woda z kranu była ledwo letnia i żółtawa. Kapnęła raz, drugi, potem zaczęła skakać jak złośliwa koza, i zanim zdążyłem cokolwiek naprawić, Paulina już siedziała na łóżku, otulona kocem, z telefonem w rękach. Scrollowała z zawziętością, jakby szukała portalu ratunkowego albo wyjścia awaryjnego z tego weekendu.

Usiadłem obok i zaproponowałem kolację – chleb, sery, coś na szybko. Skinęła głową, nie odrywając wzroku od ekranu. Mówiłem coś o tym, że kiedyś z dziadkiem zbieraliśmy grzyby w tym lesie za domem, ale nawet nie drgnęła. Żadnej reakcji. Tylko palec poruszający się po szkle.

Nie wytrzymałem.

– Możesz chociaż na chwilę odłożyć ten telefon? – powiedziałem, trochę za ostro. Za późno, żeby się wycofać.

Była wściekła

Spojrzała na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto zawraca głowę.

– Przecież nic nie mówię. Nic nie robię.

– Właśnie. Nic.

Wstałem i wyszedłem na ganek. Zapaliłem światło nad drzwiami. Nagle poczułem się samotny i uwięziony. Miotałem się między chęcią, żeby wszystko odpuścić, a potrzebą udowodnienia, że to jeszcze ma sens. Tylko że Paulina nie chciała już słuchać, nie chciała widzieć. W jej oczach ten dom był trupem, a ja, niestety, razem z nim. Wróciłem do środka. Siedziała w tej samej pozycji, jakby się zawiesiła.

„Chciałem ciszy, a tu cisza brzmi jak oskarżenie” – pomyślałem i nic już nie powiedziałem do końca wieczoru. Następnego dnia zaproponowałem spacer. Las, jezioro, trochę ruchu, może coś odbudujemy. Nie odmówiła, ale szła jak za karę. Milczała. Raz tylko zapytała, czy mam coś przeciwko, żeby słuchała muzyki. Miałem, ale nie powiedziałem. Włożyła słuchawki, jakby mnie wyciszyła.

Chciałem ją przekonać

Wróciliśmy po dwóch godzinach. Zrobiłem obiad. Mówiłem, że można by tu odbudować ogród, ziemia jest dobra, kiedyś były ziemniaki, marchew, nawet truskawki. Ożywiłem się. Opowiadałem, że warzywa z własnej ziemi smakują inaczej, jakbyśmy mieli dzieci, to by biegały tu boso i jadły prosto z krzaka. Nie patrzyła na mnie.

– Serio, moglibyśmy żyć normalnie – próbowałem ostatni raz zbudować obraz, który nosiłem w sobie od lat.

– Normalnie? Dla ciebie normalnie to mieć grzyba na ścianie?

– To wszystko jest do zrobienia!

– Ty zawsze wszystko masz do zrobienia, a nigdy nie jest zrobione.

Niedziela zaczęła się dziwnie spokojnie. Nie było już tej nerwowości z wczoraj, nie było docinków. Było coś gorszego: jej opanowanie, jakby już wszystko w środku poukładała i przyszła tylko to wykonać. Wstała, poszła do kuchni, umyła ręce. Otworzyła torbę i zaczęła wkładać swoje rzeczy. Składała je równo, dokładnie, bez pośpiechu. Jak w hotelu, z którego się wychodzi.

Nie rozumiała mnie

Patrzyłem na to i miałem wrażenie, że dom patrzy razem ze mną. Ten sam chłód, ta sama wilgoć. Jakbyśmy byli we dwóch przeciwko niej, a ona i tak już wygrała.

– Poczekaj… możemy to przegadać. To tylko weekend… – zacząłem.

Nie zatrzymała się nawet na sekundę.

– Nie, to jest twoje życie. I ty mnie do niego wpychasz.

Podszedłem bliżej. Poczułem, że muszę coś powiedzieć, coś mocniejszego, coś co ją cofnie. Tylko że w gardle miałem suche powietrze i strach.

– Chciałem czegoś prawdziwego.

Wtedy w końcu na mnie spojrzała. Jej wzrok był czysty, chłodny, jakby mówiła do kogoś obcego.

– To idź sobie w prawdę. Ja jadę w normalność.

Chciałem złapać ją za rękę, ale nie zrobiłem tego. Ręce miałem ciężkie, jakby należały do kogoś innego. Stałem tylko i patrzyłem, jak zakłada kurtkę, jak sprawdza telefon, jak poprawia włosy przed małym lusterkiem. Zero dramatyzmu. Zero łez. Wzięła torbę, minęła mnie w drzwiach. Zatrzymała się na moment, jakby miała powiedzieć coś jeszcze, ale nie powiedziała nic. Wyszła.

Zostałem sam

Chciałem się zająć czymś konkretnym, więc zacząłem od łazienki. Rura pod zlewem przeciekała. Wziąłem klucz, szmaty, podłożyłem miskę. Wydawało się, że idzie dobrze, ale wystarczyło pół obrotu za dużo. Usłyszałem syk, potem nagły, obrzydliwy chlupot.

Woda uderzyła mnie w nogi. Siknęła z boku, jakby dom pluł na mnie tą zimną, brudną wodą. Rzuciłem szmaty, próbowałem zatamować, ale wszystko się ślizgało. Biegałem po domu, rzucając ręczniki i szukając zaworu. Spodnie mokre, ręce mokre, podłoga też.

– No pięknie. Jeszcze tego mi brakowało – powiedziałem na głos.

Nagle zrozumiałem, że to wszystko było ostrzeżeniem, a nie szansą. Ten dom nie chciał jej, ale nie chciał też mnie.

– Dziadku, jak ty tu żyłeś?

Spojrzałem w okno. Nic nie było widać, nawet własnego odbicia, tylko ciemność. Zacząłem mówić szeptem, jakby ktoś mógł usłyszeć.

– To ja jestem problemem czy ten dom?

Było cicho, ale to nie była ta cisza, za którą tęskniłem.

– A może ona miała rację…?

Krzysztof, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama