„Byłam singielką, bo wolałam czytać romanse niż je przeżywać. To w księgarni los postawił mi na drodze mojego Romeo”
„Przekroczyłam próg księgarni i od razu poczułam ten charakterystyczny, kojący zapach papieru i farby drukarskiej. Podłoga cicho skrzypiała pod moimi butami. Skierowałam się prosto do działu z nowościami. Moje oczy szybko skanowały ułożone w stosy okładki, aż w końcu dostrzegłam to, czego szukałam. Został tylko jeden egzemplarz. Leżał na samym brzegu wysokiego stołu”.

Przez lata wierzyłam, że najpiękniejsze historie miłosne istnieją tylko na kartach powieści. Ukrywałam się przed światem w bezpiecznej przystani słów, uciekając przed oceniającymi spojrzeniami mężczyzn i wiecznymi radami moich sióstr. To miał być zwykły dzień i rutynowa wizyta w księgarni, ale jedna konkretna książka sprawiła, że wreszcie zaczęłam pisać swój własny, zupełnie nieprzewidywalny scenariusz.
Wcale nie byłam samotna
Życie w świecie wykreowanym przez wyobraźnię ma swoje zalety, ale ma też jedną poważną wadę. Ludzie, którzy twardo stąpają po ziemi, nigdy cię nie zrozumieją. Pracowałam w niewielkim, ale dość popularnym portalu internetowym, gdzie zajmowałam się edycją tekstów i tworzeniem artykułów kulturalnych. To była spokojna praca, która pozwalała mi na rozwijanie mojej największej pasji.
W wolnym czasie prowadziłam profil z recenzjami książek. Miałam całkiem spore grono stałych czytelników, co sprawiało mi ogromną radość. Nikt jednak nie wiedział o moim największym sekrecie. Po cichu, wieczorami, kiedy miasto kładło się spać, pisałam swoją własną powieść. Zapisywałam dziesiątki stron, tworzyłam bohaterów, budowałam światy, w których wszystko było dokładnie takie, jakie chciałam.
Niestety, moja rodzina uważała, że marnuję sobie życie. Każdy niedzielny obiad u mamy wyglądał dokładnie tak samo. Zasiadałyśmy przy stole w czwórkę. Moja mama oraz moje dwie starsze siostry, Dagmara i Ula. Dagmara miała trzydzieści dwa lata, stabilną pracę w banku, męża i zaplanowaną przyszłość na dekadę do przodu. Ula, trzydziestoczterolatka, była duszą towarzystwa, ciągle opowiadała o nowych znajomościach i zagranicznych wyjazdach. A ja? Ja byłam tą najmłodszą, która ich zdaniem zatrzymała się w rozwoju na etapie nastolatki.
— Wiktoria, kiedy ty wreszcie wyjdziesz do ludzi? — zaczęła Dagmara, nakładając sobie porcję ziemniaków. — Słyszałam od mamy, że wczoraj znowu przesiedziałaś cały wieczór w domu.
— Czytałam nową powieść, musiałam przygotować recenzję na dzisiejszy poranek — odpowiedziałam spokojnie, choć w środku już czułam narastającą irytację.
— Recenzję, recenzję — westchnęła Ula, kręcąc głową z dezaprobatą. — Z tych twoich internetowych wpisów nie będzie ani męża, ani prawdziwego życia. Jesteś młodą, ładną dziewczyną, a zachowujesz się jak emerytka. Powinnaś bywać, poznawać ludzi, rzucić się w wir życia.
Mama tylko patrzyła na mnie z troską, co bolało chyba najbardziej. Nie odzywała się wiele, ale jej wzrok mówił wszystko. Bała się o mnie. Bała się, że zostanę sama ze swoimi regałami pełnymi papieru. Nie potrafiłam im wytłumaczyć, że wcale nie byłam samotna. Miałam bogate życie wewnętrzne — po prostu nie odnajdowałam się w tym, co one uważały za atrakcyjne. Najgorsze było to, że ich słowa trafiały w mój najczulszy punkt.
Moje dotychczasowe doświadczenia z mężczyznami były pasmem rozczarowań. Na początku zawsze wydawało im się urocze, że dużo czytam. Nazywali mnie mądrą dziewczyną, chwalili moje zainteresowania. Ale potem przychodziła szara rzeczywistość. Oczekiwali, że w piątkowy wieczór ubiorę się w niewygodną sukienkę i pójdę z nimi na głośny koncert, gdzie nie można zamienić nawet słowa. Złościli się, kiedy odmawiałam wyjścia do zatłoczonego klubu, proponując w zamian spacer po parku albo wieczór z planszówkami i dobrą herbatą. Słyszałam wtedy, że jestem nudna, że za bardzo bujam w obłokach, a nawet, że zachowuję się niedojrzale.
W końcu zaczęłam wierzyć, że żaden dorosły mężczyzna nie potraktuje mnie poważnie. Zamknęłam się w sobie jeszcze bardziej, decydując, że moje papierowe światy są bezpieczniejsze niż prawdziwe relacje.
Wykonał szarmancki gest
We wtorkowe popołudnie postanowiłam odwiedzić moją ulubioną, kameralną księgarnię w centrum miasta. Potrzebowałam konkretnego tytułu. Była to głośna nowość, wielowątkowa saga rodzinna, o której wszyscy mówili, a wydawnictwo zapomniało wysłać mi egzemplarz recenzencki. Chciałam napisać o niej tekst jeszcze w tym tygodniu, żeby utrzymać zasięgi na moim profilu.
Przekroczyłam próg księgarni i od razu poczułam ten charakterystyczny, kojący zapach papieru i farby drukarskiej. Podłoga cicho skrzypiała pod moimi butami. Skierowałam się prosto do działu z nowościami. Moje oczy szybko skanowały ułożone w stosy okładki, aż w końcu dostrzegłam to, czego szukałam. Został tylko jeden egzemplarz. Leżał na samym brzegu wysokiego stołu. Podeszłam bliżej i wyciągnęłam rękę, żeby chwycić gruby tom. W ułamku sekundy poczułam na swoich palcach ciepło innej dłoni. Zaskoczona, gwałtownie cofnęłam rękę i podniosłam wzrok.
Obok mnie stał wysoki mężczyzna o ciemnych włosach i bardzo pogodnych, brązowych oczach. Miał na sobie prosty płaszcz, a z jego ramienia zwisała płócienna torba. Patrzył na mnie z lekkim uśmiechem, wciąż trzymając dłoń tuż nad samotnym egzemplarzem powieści.
— Przepraszam najmocniej — powiedziałam szybko, czując, jak na moje policzki wpełza delikatny rumieniec. — Chciałam wziąć tę książkę.
— Ja również — odpowiedział, a jego głos był spokojny i głęboki. — Ale z tego, co widzę, to ostatnia sztuka. Byłaś pierwsza, więc oddaję ją w twoje ręce bez walki.
Zabrał dłoń i wykonał szarmancki gest w stronę książki. Powinnam po prostu podziękować, zabrać ją do kasy i wyjść. Ale było w nim coś takiego, co sprawiło, że nie potrafiłam od razu odejść. Może to ten życzliwy uśmiech, a może fakt, że szukał dokładnie tego samego tytułu co ja.
— Jesteś pewien? — zapytałam, wciąż nie dotykając okładki. — Bardzo zależy ci na tej pozycji?
— Słyszałem o niej świetne opinie — przyznał. — Czytałem poprzednią książkę tej autorki i kompletnie mnie pochłonęła. Planowałem spędzić z tą nowością dzisiejszy wieczór, ale poradzę sobie. Poszukam jej w innej księgarni.
— Ja jej potrzebuję do pracy — wyrwało mi się niespodziewanie. Sama nie wiedziałam, dlaczego zaczęłam mu się tłumaczyć. — Prowadzę profil o książkach i muszę napisać recenzję w najbliższych dniach. Inaczej wypadnę z obiegu, a moi czytelnicy czekają na opinię.
Mężczyzna spojrzał na mnie z wyraźnym zainteresowaniem. Nie było w jego spojrzeniu pobłażania ani znudzenia.
— Profil o książkach? To brzmi naprawdę fascynująco — powiedział, podchodząc odrobinę bliżej. — Nazywam się Natan, tak przy okazji.
— Wiktoria — odpowiedziałam, czując, że moje serce zaczyna bić trochę szybciej.
Zaczęliśmy rozmawiać o twórczości wspomnianej autorki. Natan miał niezwykle trafne spostrzeżenia. Rozumiał motywy bohaterów, zwracał uwagę na detale, które większości czytelników umykały. Staliśmy między regałami przez dobre dwadzieścia minut, zupełnie ignorując otaczający nas świat. Czułam się tak, jakbym rozmawiała ze starym znajomym, a nie z człowiekiem, którego poznałam przed chwilą. Nie oceniał mnie. Nie sugerował, że powinnam spędzać czas inaczej. Dzielił moją pasję.
Zaśmiał się cicho
W końcu z głośników w księgarni popłynął komunikat o zbliżającej się godzinie zamknięcia. Oboje spojrzeliśmy na siebie z zaskoczeniem, uświadamiając sobie, ile czasu minęło. Wzrok Natana ponownie powędrował na samotną książkę leżącą na stole.
— Wiktorio, mam pewien nietypowy pomysł — zaczął z błyskiem w oku. — Skoro oboje tak bardzo chcemy przeczytać tę powieść, a w tej księgarni została tylko jedna sztuka, może zrobimy coś nieszablonowego?
— To znaczy? — zapytałam zaintrygowana.
— Kupmy ją na pół — zaproponował. — Podzielimy się kosztami. Ponieważ ty potrzebujesz jej do recenzji, weźmiesz ją jako pierwsza. Przeczytasz, zrobisz notatki, a potem przekażesz ją mnie.
Zamurowało mnie. To było tak niezwykłe, tak bardzo filmowe, że przez chwilę myślałam, iż sobie z niego żartuję.
— Mielibyśmy kupić jedną książkę razem? — upewniłam się. — A jak mi ją przekażesz, to co dalej? Oddam ci ją na zawsze, czy będziemy się nią wymieniać co miesiąc jak opieką nad psem?
Natan zaśmiał się cicho.
— Kiedy ją przeczytasz, po prostu wrzucisz mi ją do skrzynki pocztowej. Mieszkam niedaleko stąd, przy ulicy Klonowej. A kiedy ja skończę czytać, umówimy się na kawę. Porozmawiamy o niej, a książkę... książkę będziesz mogła zachować do swojej biblioteczki. Zgoda?
To brzmiało jak pretekst do ponownego spotkania, a ja, ku mojemu własnemu zaskoczeniu, wcale nie miałam ochoty odmówić. Zawsze unikałam takich sytuacji. Zawsze uciekałam. Ale tym razem skinęłam głową.
– Zgoda – powiedziałam z uśmiechem.
Podeszliśmy do kasy. Natan wyciągnął połowę kwoty, ja dołożyłam resztę. Sprzedawca patrzył na nas z lekkim rozbawieniem, widząc, jak płacimy za jedną książkę z dwóch różnych portfeli. Natan podał mi swój dokładny adres, zapisał go na małej kartce, którą wsunął między strony nowo zakupionej powieści, i pożegnał się, znikając w mroku wieczornej ulicy.
Napisałam mu krótką wiadomość
Przez kolejne cztery dni każdą wolną chwilę spędzałam z tą książką. Ale tym razem czytanie wyglądało inaczej. Zazwyczaj skupiałam się na tym, jak sformułować zdania do recenzji. Tym razem jednak, przewracając kolejne strony, cały czas myślałam o Natanie. Zastanawiałam się, jak on zinterpretuje zachowanie głównego bohatera. Czy uśmiechnie się przy tym samym fragmencie, przy którym ja wybuchnęłam śmiechem? Czy wzruszy go ten sam moment?
Nie mogłam pisać po książce, ponieważ szanowałam papier, ale wpadłam na inny pomysł. Kupiłam małe, żółte karteczki samoprzylepne. Przyklejałam je na marginesach w miejscach, które uważałam za najważniejsze, zapisując na nich krótkie komentarze. „Tutaj autor trochę przesadził”, „Zwróć uwagę na ten dialog”, „To zdanie jest po prostu piękne”. Czułam się tak, jakbym zostawiała mu zaszyfrowane wiadomości.
Piątego dnia rano zamknęłam książkę. Była wspaniała. Napisałam recenzję, wysłałam ją na portal i opublikowałam na swoim profilu. Potem włożyłam powieść z moimi wystającymi żółtymi karteczkami do papierowej torby i poszłam na ulicę Klonową. Znalazłam jego kamienicę bez problemu. Zgodnie z umową, odszukałam skrzynkę pocztową z jego numerem mieszkania. Wsunęłam książkę do środka, słysząc ciche uderzenie papieru o metalowe dno. Moje serce biło tak mocno, że miałam wrażenie, że zaraz wyskoczy mi z piersi. Wyciągnęłam telefon i napisałam mu krótką wiadomość na numer, który dopisał pod swoim adresem: „Przesyłka dostarczona. Miłego czytania”.
Odpowiedź przyszła zaledwie po minucie: „Nie mogę się doczekać. Dam znać, jak tylko dotrę do ostatniej kropki”.
Kolejne dni były dla mnie torturą. Sprawdzałam telefon co kilkanaście minut. Dagmara i Ula, które wpadły do mnie w międzyczasie, od razu zauważyły zmianę w moim zachowaniu. Chodziłam po mieszkaniu uśmiechnięta od ucha do ucha, nucąc pod nosem. Nic im jednak nie powiedziałam. To była moja tajemnica. Mój mały, prywatny świat, do którego wpuściłam tylko jedną osobę.
Zamówiliśmy po dużej kawie
Minął niecały tydzień, kiedy zadzwonił mój telefon. To był Natan. Powiedział, że zarwał noc, ale skończył czytać. Zaproponował spotkanie w małej, przytulnej kawiarni na obrzeżach parku, niedaleko miejsca, w którym się poznaliśmy. Ubrałam się w mój ulubiony, miękki sweter i wygodne spodnie. Nie zamierzałam udawać kogoś, kim nie jestem. Jeśli miał mnie polubić, to tylko za to, jaka byłam naprawdę. Kiedy weszłam do kawiarni, on już tam był. Siedział przy stoliku przy oknie, a przed nim leżała „nasza” książka, naszpikowana moimi żółtymi karteczkami.
Jego oczy rozbłysły na mój widok. Wstał, pomógł mi zająć miejsce i zamówiliśmy po dużej kawie.
— Twoje notatki na marginesach to absolutne mistrzostwo — powiedział od razu, przesuwając książkę w moją stronę. — Dzięki nim miałem wrażenie, że czytamy to razem, siedząc na jednej kanapie. Przy niektórych karteczkach dosłownie śmiałem się na głos.
Rozmawialiśmy przez niemal trzy godziny. O książce, o moich recenzjach, o jego pracy, o marzeniach. Powiedziałam mu o mojej pisanej do szuflady powieści, a on, zamiast rzucić pobłażliwy uśmiech, zapytał, czy kiedyś pozwolę mu przeczytać choć jeden rozdział. Pierwszy raz w życiu nie czułam się jak dziwaczka. Pierwszy raz ktoś patrzył na moją pasję z szacunkiem i prawdziwą fascynacją.
— Wiesz, Wiktorio — powiedział w pewnym momencie, pochylając się nad stołem. — Zawsze uważałem, że ludzie, którzy dużo czytają, mają w sobie najwięcej do zaoferowania. Bo przeżyli tysiące żyć, zanim zaczęli żyć swoim własnym.
Jego słowa sprawiły, że poczułam ucisk w gardle. Wszystkie moje kompleksy, wszystkie docinki sióstr, wszystkie nieudane randki z mężczyznami, którzy chcieli mnie zmieniać na siłę — to wszystko w tamtej chwili przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Natan widział we mnie to, co najlepsze. Nie przeszkadzało mu, że nie jestem duszą towarzystwa. Rozumiał mój świat, bo sam należał do bardzo podobnego.
Gdy wychodziliśmy z kawiarni, na dworze zapadał zmierzch. Natan odprowadził mnie pod same drzwi mojego mieszkania. Nie było niezręcznej ciszy, nie było presji. Po prostu wcisnął mi w dłoń naszą wspólną książkę z uśmiechem.
— Dziękuję za wypożyczenie — powiedział cicho. — Mam nadzieję, że to nie była nasza ostatnia literacka transakcja.
Od tamtego popołudnia minął rok. Moje siostry wciąż głośno dyskutują przy niedzielnych obiadach, ale już nie martwią się o moją samotność. Wiedzą, że w każdą niedzielę po południu wracam do mieszkania, w którym czeka na mnie Natan. Nasze regały na książki zlały się w jedną wielką bibliotekę. A powieść, którą tak długo chowałam w wirtualnej szufladzie mojego laptopa, właśnie dostała pierwszą pozytywną odpowiedź z wydawnictwa. Natan przeczytał ją jako pierwszy i zostawił na brzegu ekranu małą, żółtą karteczkę z napisem: „To najpiękniejsza historia, jaką w życiu poznałem”. Wiedziałam, że miał na myśli nie tylko tekst, ale i to, co nam się przydarzyło.
Wiktoria, 27 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Miałam dość harówki przed Wielkanocą i zafundowałam rodzinie święta w pensjonacie w górach. To był największy błąd”
- „Codziennie boję się, że nie damy rady spłacić kredytu. Mamy wymarzony dom, ale dług nie pozwala się nim cieszyć”
- „Myślałem, że moja żona chce zrobić idealną Wielkanoc. Między żurkiem a jajkiem pojąłem, że to nasze ostatnie święta”

