„Śmiałam się z przesądów, w które wierzyła babcia. Nie sądziłam, że to one wpędzą mnie w koszmary”
„Gdy zgasiłam lampkę i wsunęłam się pod kołdrę, coś mnie uwierało. Trudno to opisać — nie był to ból ani dyskomfort. To było jak obecność, niewidzialna, ale wyczuwalna”.

Babcia zawsze była osobą bardzo przesądną. Mówiła, że pewnych rzeczy nie wolno robić, jak na przykład zostawiać noża na stole, zasypiać przy lustrze czy gwizdać po zmroku. Dla mnie, dziewczyny wychowanej w mieście, takie rzeczy brzmiały jak bajki dla dzieci, którymi starsi próbują straszyć młodszych. Kiedy się do niej wprowadziłam po jej śmierci, traktowałam te wszystkie jej zakazy jak śmieszne pamiątki z innej epoki.
Początkowo czułam się tam bezpiecznie. Dom był stary, drewniany, skrzypiał pod stopami, ale miał w sobie coś ciepłego. Myślałam, że nic mnie nie zaskoczy. Że wiem lepiej. Długo nie wierzyłam w to babcine gadanie. Aż w końcu przestałam spać. I już nie było mi do śmiechu.
Zaśmiałam się, kręcąc głową
Pierwsze dni w domu babci mijały spokojnie. Pracowałam zdalnie, więc nie musiałam wychodzić, a stare wnętrza domu dawały mi poczucie odcięcia od świata. Porządkowałam rzeczy, przeglądałam stare książki, zdjęcia, notatki. I wtedy zaczęłam zauważać pewne powtarzające się zapiski — małe kartki przyklejone do mebli i ścian. „Nie zostawiaj pustej szklanki przy łóżku”, „Nie otwieraj okna po zmroku”, „Nie patrz w lustro po północy”. Początkowo myślałam, że to jakiś żart, ale kartek było za dużo. Każda miała swój ton: nie błagalny, nie żartobliwy, a kategoryczny.
Zadzwoniłam wtedy do mamy, pytając, czy babcia naprawdę wierzyła w te wszystkie przesądy.
— Oj tak, twoja babcia miała swoje zasady. Mówiła, że dom chronią rytuały, że każdy dom ma swoje duchy, dobre i złe. I trzeba wiedzieć, jak z nimi żyć.
Zaśmiałam się, kręcąc głową. Duchy. Jasne.
— No weź, mamo, to przecież brzmi jak horror klasy B.
— Śmiej się, śmiej. Ale jak ci się zaczną śnić te same rzeczy co mnie, to zmienisz ton.
Zamknęłam wtedy rozmowę i postanowiłam, że nie będę się tym przejmować. Do czasu.
Nie potrafiłam się skupić
Którejś nocy obudziło mnie pragnienie. Zeszłam do kuchni i nalałam sobie szklankę wody. Zamiast wracać z nią na dół, postawiłam ją obok łóżka. Pomyślałam o jednej z karteczek babci — tej o pustej szklance. Ale moja przecież była pełna. Gdy zgasiłam lampkę i wsunęłam się pod kołdrę, coś mnie uwierało. Trudno to opisać — nie był to ból ani dyskomfort. To było jak obecność, niewidzialna, ale wyczuwalna. Miałam wrażenie, że ktoś siedzi w rogu pokoju i mnie obserwuje.
Włączyłam światło. Nikogo nie było. Szklanka stała na miejscu. Przewróciłam oczami, wmawiając sobie, że to tylko zmęczenie. Pracowałam przecież długo, mało spałam. Po chwili zasnęłam. Rano szklanka była pusta. Nie, nie rozlana. Po prostu… sucha. Jakby ktoś ją wypił i starannie odłożył na miejsce. Nie było żadnych plam na stoliku, żadnych śladów. Stała tam, jak wcześniej, tylko bez wody.
Sprawdziłam, czy nie śniłam, ale nie. Szklanka była czysta, sucha. I co gorsza, miałam wrażenie, że coś zmieniło się w powietrzu w pokoju. Jakby było… mniej moje. Tego dnia nie potrafiłam się skupić.
Nocą już się nie uśmiechałam
Zaczęło się od pojedynczego skrzypnięcia. Leżałam w łóżku, patrząc w sufit, gdy usłyszałam coś, co przypominało ciężki krok na korytarzu. Miałam zamknięte drzwi, więc dźwięk musiał dochodzić z zewnątrz. Zamarłam, nasłuchując. Nic więcej się nie wydarzyło. Pomyślałam, że to drewno pracuje — stary dom, stare deski. Tak to sobie tłumaczyłam. Kolejnej nocy to już nie było jedno skrzypnięcie. Słyszałam, jakby ktoś przesuwał coś po podłodze. Drewniany zgrzyt, ciche pukanie, a potem znów cisza.
Wyszłam z pokoju i spojrzałam na korytarz. Oświetlała go tylko słaba poświata księżyca wpadająca przez okno. Nikogo nie było, ale coś mnie zmroziło — dywan był przesunięty. Delikatnie, jakby ktoś szurnął go nogą. Rano przysięgałam sobie, że to ja go musiałam przesunąć. Może w ciągu dnia, sprzątając? Tłumaczenia brzmiały coraz głupiej, ale nie chciałam panikować.
Zadzwoniłam do przyjaciółki, opowiedziałam jej wszystko, śmiejąc się przy tym nerwowo.
— Może twoja babcia jednak wiedziała, co robi — rzuciła w żartach.
— Albo ja powoli wariuję — odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć.
Tylko że nocą już się nie uśmiechałam.
Przeprosiłam na głos
Lustro w sypialni babci zawsze mnie niepokoiło. Stare, w drewnianej ramie, z matową taflą, która lekko zniekształcała odbicie. Stało w rogu pokoju, naprzeciw łóżka, dokładnie tam, gdzie babcia zostawiła kolejną karteczkę: „Nie przestawiaj lustra. Nigdy”. Długo się nad tym nie zastanawiałam. Stało sobie, nie wadziło. Ale któregoś dnia, porządkując pokój, chciałam przetrzeć podłogę. Lustro było ciężkie, ale dało się przesunąć o kilkanaście centymetrów.
I wtedy się zaczęło. Tej nocy nie mogłam spać. Czułam, jakby coś poruszało się w pokoju, choć wszystko stało na swoim miejscu. Miałam zamknięte oczy, ale wiedziałam, że nie jestem sama. Gdy je otworzyłam, w tafli lustra zobaczyłam… siebie. Tylko że moja twarz była inna. Smutna. Blada. I patrzyła na mnie z wyrzutem. Zerwałam się i włączyłam światło. Odbicie zniknęło. Zbliżyłam się, patrząc sobie w oczy, próbując wyłapać, co przed chwilą widziałam. Może to był sen? Może tylko mi się przywidziało? Następnego ranka przestawiłam lustro na miejsce. Przeprosiłam na głos. I nie wiem, dlaczego to zrobiłam, ale miałam poczucie, że to konieczne.
Coś tam zostało
Ostatnia noc, zanim postanowiłam wyjechać, była najgorsza. Leżałam w łóżku z książką, próbując się czymś zająć, gdy kątem oka zobaczyłam cień przesuwający się po ścianie. Odruchowo spojrzałam w okno, ale zasłony były zasunięte. Cień nie mógł się tam dostać. Zadrżałam i zgasiłam lampkę. Czekałam w ciemności, nasłuchując. Nic. Tylko tykanie starego zegara w salonie.
Odwróciłam się na bok i wtedy kątem oka znów go zobaczyłam — długi, smukły cień przesuwający się po ścianie. Jakby ktoś chodził po pokoju.
Wstałam powoli, ręce mi się trzęsły. Podeszłam do drzwi i wyjrzałam na korytarz. Pusto. Cisza. Wracając, spojrzałam w lustro — nie swoje, tylko to stare, które wcześniej przestawiłam. W odbiciu znów zobaczyłam cień, ale za sobą nikogo nie miałam. Zamknęłam drzwi, zasunęłam zasuwę, zgasiłam światło i przykryłam się po same uszy. Nie spałam już tej nocy ani minuty. Czułam, że ktoś jest obok. Oddech na karku, skrzypnięcia podłogi, cienie bez źródła. Nad ranem spakowałam torbę i wyszłam z domu, nie oglądając się za siebie. Coś tam zostało. I nie chciało być samo.
Nie wszystko da się wytłumaczyć
Wyprowadziłam się z domu babci jeszcze tego samego dnia. Przeniosłam się do miasta, wynajęłam małe mieszkanie w bloku, z cienkimi ścianami i hałasującymi sąsiadami. Nie przeszkadzało mi to. Wręcz przeciwnie — odgłosy ludzi dawały mi poczucie bezpieczeństwa. W ciszy kryje się zbyt wiele. Przez kilka pierwszych nocy nadal nie spałam. Każdy cień wydawał się podejrzany, każdy szmer obcy. Ale z czasem było lepiej. Mówiłam sobie, że wszystko, co przeżyłam, to tylko zmęczenie, samotność, może nawet halucynacje. Tak było łatwiej. Przestałam rozmawiać o tym z kimkolwiek. W końcu kto by mi uwierzył?
Mieszkanie po babci stoi puste. Rodzina nie chce go sprzedać, ale nikt też nie ma odwagi tam wrócić. Czasem myślę o tym, żeby tam pojechać. Zobaczyć, czy to wszystko naprawdę się wydarzyło. Ale potem przypominam sobie lustro, szklankę, cień na ścianie… I już nie mam wątpliwości. Przesądy babci nie były tylko starymi opowieściami. To były instrukcje. Ostrzeżenia. Ja ich nie posłuchałam i zapłaciłam bezsennością, strachem, a może czymś jeszcze. Nie wszystko da się wytłumaczyć.
Nina, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zgodziłam się zawieźć babcię do notariusza, bo chciała spisać testament. Dała mi coś, czego nie kupię za pieniądze”
- „Zaproponowałam teściowej wspólne pieczenie pączków. Odmówiła, bo według niej jestem kulinarnym zerem”
- „Na obiad miałam podać roladę z kluseczkami, ale teściowa pokrzyżowała mi plany. Jak zwykle musiała się wtrącić”

