Reklama

Wychodząc za mąż za przystojnego, pewnego siebie właściciela dobrze prosperującej firmy, miałam wrażenie, że wygrałam los na loterii. Lubił luksus, umiał się ubrać, był czarujący i wiedział, czego chce od życia. Obiecywał mi świat u stóp, a ja – młoda, zakochana dziewczyna z prowincji – uwierzyłam bez zająknięcia. Sądziłam, że czekają mnie rauty, podróże i życie jak z seriali. Że już nigdy nie będę musiała pracować. Rzeczywistość jednak rozjechała się z tym snem szybciej, niż zdążyłam kupić pierwszą wieczorową suknię. Teraz moim „rautem” jest kuchnia. A moim „biznesem” – gary.

Ślub z bajki

Mama płakała ze wzruszenia, tata dumnie poprawiał krawat, a ja w białej sukni stałam jak zaczarowana, patrząc na mojego przyszłego męża. Był jak z reklamy: elegancki, spokojny, opanowany. Cały czas ściskał moją dłoń i uśmiechał się do mnie tym swoim pewnym siebie półuśmiechem. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ten sam uśmiech będzie kiedyś doprowadzał mnie do furii.

– Wiesz, kochanie – szepnął mi przy ołtarzu – teraz już niczego nam nie zabraknie.

I rzeczywiście – przez pierwszy rok po ślubie miałam wrażenie, że żyję w filmie. Wyjazd do Grecji, potem Austria na narty, a między tym restauracje, drobne prezenty, perfumy, torebki. Miał pieniądze i nie bał się ich wydawać. Lubił błyszczeć i lubił, gdy ja przy nim błyszczałam. Kupował mi ubrania, wybierał sukienki, fryzjera miałam na telefon.

– Ty jesteś od tego, żeby dobrze wyglądać i pachnieć – śmiał się. – A ja od zarabiania pieniędzy.

Nie protestowałam. Nie musiałam pracować. On płacił za wszystko. A ja? Wierzyłam, że mnie kocha i że robi to z potrzeby serca. Jeszcze nie widziałam, jak wysoką cenę przyjdzie mi za to „szczęście” zapłacić.

Pięć gwiazdek i cztery ściany

Nowe mieszkanie było jak z katalogu. Luksusowy apartament z panoramicznym oknem na miasto, dwie łazienki, kuchnia z wyspą, której nie miałam pojęcia, jak używać. Na początku robiłam zdjęcia wszystkiemu – każdej filiżance, każdej poduszce. Chciałam się tym chwalić. Znajomym, mamie, koleżankom z liceum. Wtedy jeszcze myślałam, że to wszystko jest naprawdę moje.

– Moja księżniczka ma żyć jak w bajce – powtarzał mi mąż, zostawiając rano całusa na czole, zanim wyszedł do biura.

Tyle że im więcej było tego złota i marmuru, tym częściej czułam się... sama. Z każdym miesiącem jego dni robiły się dłuższe. Wracał później, czasem zmęczony, czasem nieobecny. Zdarzało się, że od służby dowiadywałam się, że nie będzie go na kolacji.

Musiał wyskoczyć na pilne spotkanie, proszę pani.

Próbowałam znaleźć sobie zajęcie. Zaczęłam piec. Kupiłam książkę o dekorowaniu wnętrz. Malowałam paznokcie na różne kolory i robiłam porządki w szafach, które miałam już perfekcyjnie poukładane. Zazdrościłam kobietom, które narzekały na nadmiar obowiązków. Ja nie miałam żadnych. W hotelach pięciogwiazdkowych czułam się jak gość. We własnym domu – jak eksponat. Tyle że nikt już się nie zachwycał.

Za zamkniętymi drzwiami

Pierwszy raz podniósł głos, gdy zapytałam, czy wróci na kolację.

– Czy ty naprawdę nie masz innych tematów niż to, o której wrócę? – warknął, nawet nie patrząc na mnie. – Myślałem, że jesteś mądrzejsza.

Stałam w korytarzu, ubrana w nową sukienkę, z perfekcyjnym makijażem i ostrożnie ułożonymi lokami. Pachniałam najdroższymi perfumami. Gotowa na wspólny wieczór. Kolacja czekała w piekarniku, wino chłodziło się od godziny. Wszystko na nic.

– Przecież chciałam tylko spędzić z tobą czas – powiedziałam cicho.

– Kup sobie psa – rzucił i zamknął za sobą drzwi.

Płakałam wtedy. Nie ostatni raz. Zaczęłam chodzić na zakupy częściej, niż było trzeba. Potrzebowałam czegokolwiek, co przypomniałoby mi, że żyję. Kupowałam świeczki, nową pościel, drobiazgi do łazienki. Wróciłam do starych zdjęć. Na tych z naszego ślubu wyglądał jak mój książę. A ja? Jak dziewczyna, która naprawdę wierzy, że będzie kochana do końca życia.

Przestałam się malować, kiedy nigdzie już nie wychodziliśmy. Przestałam kupować wino. Zaczęłam spędzać wieczory w kuchni. I to nie przy świecach. Miałam dom, o jakim marzyłam. I życie, którego nikomu nie zazdrościłam.

Biznes, który się nie klei

– Nie ruszaj tej faktury, to ważne – rzucił kiedyś, gdy chciałam przetrzeć stół w jadalni, gdzie zostawił papiery.

To było pierwszy raz, gdy coś mi zaświtało. Dotąd chował wszystko w biurze, nie zostawiał śladów. Teraz coraz częściej przynosił robotę do domu, albo po prostu udawał, że ją ma. Patrzył w ekran laptopa i nie odpowiadał, gdy mówiłam, że coś się psuje, że zlew kapie, że ekspres nie działa.

Zaczęło się sypać. Po cichu. Najpierw przestały przychodzić kwiaty bez okazji. Potem nie było prezentów na rocznicę. Wreszcie zauważyłam, że samochód nie został podmieniony na nowy, choć co roku miał.

– Inflacja, rynek szaleje, teraz trzeba trzymać pieniądze przy sobie – tłumaczył.

A potem zniknęła pomoc domowa. Potem catering. I zostałam ja. W kuchni, przy zlewie, w tej samej sukni, którą kupił mi rok wcześniej. Szorowałam przypaloną blachę, bo przecież nie mogłam zadzwonić po nikogo.

Przecież masz czas, nie pracujesz – powiedział, kiedy zająknęłam się, że nie ogarniam wszystkiego.

Zaczęłam się bać. Nie jego, tylko tej ciszy, którą zostawiał za sobą, wychodząc rano. Ciszy, w której coraz głośniej słyszałam własne myśli.

Żona na zmywaku

Była niedziela. Taka, jak kiedyś – kiedyś, czyli zanim wszystko zaczęło się sypać. Ubrałam się ładnie. Ułożyłam włosy. Próbowałam nie myśleć o tym, że paznokcie malowałam ostatnio sama, bo na kosmetyczkę nie starczało już budżetu. Ugotowałam rosół, upiekłam sernik. Czekałam. Wrócił o osiemnastej.

– Coś się stało? – zapytał, patrząc na stół.

– Nie, po prostu chciałam... żebyśmy zjedli razem. Jak dawniej.

Uśmiechnął się. Z jakąś dziwną pobłażliwością. Usiadł, zjadł zupę, ukroił sobie kawałek ciasta.

– Dobre. Wiesz, że to twoja najmocniejsza strona?

Nie odpowiedziałam. Było mi wstyd. Nawet nie za to, co powiedział, tylko za siebie. Że nadal chciałam, by nas „coś” łączyło. Że żyłam tą nadzieją, że jak już się wszystko ustabilizuje, jak on odbuduje firmę, to znowu będę dla niego kimś więcej niż... wygodną opcją.

Tego wieczoru, gdy poszedł spać, stałam przy zlewie. Zmywałam ręcznie, bo zmywarka się zepsuła. Szorowałam gary, w których jeszcze niedawno grzał się obiad dla nas dwojga. A teraz czułam się jak kucharka. Niewidzialna. Zbędna. Moje życie wyglądało jak kuchnia po kolacji. Niby wszystko jest – ale w bałaganie.

Cena marzeń

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie koleżanka z dawnych czasów. Nie widziałyśmy się od ślubu.

– Ty to masz dobrze – powiedziała z zazdrością w głosie. – Mąż biznesmen, dom jak z katalogu. Życie jak z bajki.

Chciałam się zaśmiać, ale coś mnie ścisnęło w gardle. Bo co miałam jej powiedzieć? Że za bajkę płacę samotnością? Że mąż o mnie zapomniał, a ja jestem cieniem kobiety, którą kiedyś byłam? Że przestałam istnieć, odkąd przestałam być „ozdobą” do jego sukcesu? Nie powiedziałam nic. Zmieniłam temat.

Wieczorem spojrzałam na siebie w lustrze. Stałam w fartuchu, z mokrymi rękami i zmęczonym spojrzeniem. To nie była ta sama kobieta, która parę lat temu stała przed ołtarzem i słyszała, że będzie kochana i chroniona. Zrozumiałam jedno: złapałam Pana Boga za nogi, ale tylko dlatego, że sama uklękłam. Dałam się przekupić złotem i obietnicami, które z czasem wyblakły jak stare zdjęcia. I zostałam z garami. Z kuchnią zamiast salonów. Z codziennością, której nigdy nie chciałam.

Nie wiem jeszcze, co dalej. Może się spakuję. Może jeszcze nie dziś. Ale wiem już, że cena, jaką zapłaciłam za swoje marzenia, była zbyt wysoka.

Wiktoria, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama