„Skończyłem studia, żeby projektować domy. Dziś pomagam wybierać drzwi i okna w markecie budowlanym”
„Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie wolno nam wykonywać takich rzeczy w pracy. A z drugiej strony, stała przede mną klientka z nadzieją wypisaną na twarzy, prosząc o coś, co kiedyś robiłem z zamkniętymi oczami. Poczułem dziwne napięcie, jakby wróciło coś, co porzuciłem dawno temu”.

Mam tytuł magistra architektury z wyróżnieniem i… fartuch z logo marketu budowlanego. Pracuję na dziale drzwi i okien. Kiedyś, jeszcze na studiach, wyobrażałem sobie inne życie. Biuro z widokiem na miasto, może nawet z ekspresową windą i klimatyzacją zbyt zimną jak na tę porę roku. Klienci w marynarkach, proszący mnie o kolejną wizję przestrzeni, a ja, z ołówkiem za uchem, szkicuję coś na kolanie, bo wena akurat przyszła przy kawie.
Miałem plan. Nawet nie jakiś wielki — po prostu uczciwy. Pracować w zawodzie, tworzyć, projektować. Robić coś, co zostanie. Ale potem… rzeczywistość przyszła jak rachunek za prąd. Bez znajomości, bez doświadczenia, z toną zleceń dla synów ciotek znajomych z urzędu. Dwa lata po studiach, bez stałej pracy, z kredytem na plecach, zacząłem łapać dorywcze fuchy, a potem trafiłem tu. Do marketu.
Codzienność? Wstawanie o piątej, bo zmiana zaczyna się o szóstej. Kawę piję w samochodzie. Dział otwieram pierwszy, bo jestem zawsze pierwszy. Uśmiech numer siedem do klienta, który właśnie kłóci się o centymetr różnicy w wymiarach drzwi. Uśmiech numer osiem dla pani, która „tylko pyta”. Koło południa mam już w głowie szum, w którym ledwo słyszę własne myśli. Zbyszek, mój kierownik, mówi na mnie „artysta”. Ale to nie jest komplement.
— Tomek, znowu sobota twoja, wiesz przecież, że w weekendy jesteśmy oblężeni — rzucił dzisiaj z uśmiechem.
— To już trzeci weekend z rzędu, panie Zbyszku — odpowiedziałem zmęczony.
— Oj, przepraszam, panie architekcie — prychnął. — Może masz jakiś pilny projekt do oddania? Może goni cię inwestor z Dubaju?
Nie odpowiedziałem. Zabrałem kartony z nowymi klamkami i ruszyłem do regału. Wiem, że się poddałem. Nie jestem z tego dumny, ale przestałem już liczyć, ile razy słyszałem: „Pan ma talent, na pewno pan sobie poradzi”. Talent? Co z tego. Kredyt nie pyta o talent. Życie też nie.
Poczułem dziwne napięcie
Zima przyszła nagle. Jeszcze wczoraj rano widziałem asfalt na parkingu, a dziś musiałem skrobać szybę tak długo, że spóźniłem się na poranne otwarcie. Kierownik nawet nie skomentował, tylko rzucił mi spojrzenie spod daszka czapki i wrócił do swojego biura. Dzień zapowiadał się jak każdy inny: kilka wycieczek emerytów, małżeństwa kłócące się o kolor paneli, dzieci biegające po alejce z fugami. O dziesiątej zaczęło się robić tłoczno.
Stałem wtedy przy regale z wkrętami, próbując ogarnąć zaległości w rozkładaniu dostawy, kiedy usłyszałem kobiecy głos:
— Przepraszam, czy ktoś mógłby mi pomóc?
Odwróciłem się odruchowo. Stała za mną kobieta w płaszczu do kolan, z czapką naciągniętą na czoło. W rękach trzymała złożony na pół rysunek techniczny.
— Dzień dobry — odpowiedziałem. — Czego pani szuka?
— Tarasu. A właściwie... — Zawahała się. — Projektu. Potrzebuję szkicu. Nic wielkiego, coś na szybko. Chciałam tylko zapytać, czy może pan mi coś naszkicować? — Wyciągnęła w moją stronę kartkę, ale nie wziąłem jej od razu.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie wolno nam wykonywać takich rzeczy w pracy. A z drugiej strony, stała przede mną klientka z nadzieją wypisaną na twarzy, prosząc o coś, co kiedyś robiłem z zamkniętymi oczami. Poczułem dziwne napięcie, jakby wróciło coś, co porzuciłem dawno temu.
— Nie jestem pewien, czy mogę...
— To tylko szkic. Taki poglądowy. Nie do pozwolenia, spokojnie. Mam w głowie pomysł, ale nie potrafię go ubrać w linie. Pan chyba umie?
Pokiwałem głową. Usiadłem przy pustym stanowisku na końcu działu, gdzie zwykle wypełniamy reklamacje. Z szuflady wyjąłem kawałek papieru i ołówek. Chciałem tylko coś zarysować, ale ręka sama poprowadziła miarowe linie, dodała detale, cienie. Taras zyskał drewniane pergole, rośliny w donicach, schodki prowadzące w stronę ogrodu. Coś mnie wtedy wciągnęło. Na chwilę zapomniałem, że stoję w markecie, że obok szumi chłodna nagrzewnica, a na zapleczu wciąż czeka na mnie nieposegregowany towar.
Gdy skończyłem, podałem jej kartkę. Spojrzała, a potem uniosła wzrok.
— Pan naprawdę ma talent. To przepiękne. Może zrobi mi pan jeszcze jedną wersję? Chętnie za to zapłacę.
— Nie trzeba — powiedziałem odruchowo.
— Naprawdę, niech mi pan wierzy, pan powinien robić to zawodowo. To się od razu rzuca w oczy.
W tym momencie usłyszałem znajomy, ostry głos zza pleców:
— Tomek, my tu jesteśmy od sprzedawania śrubek, nie od robienia projektów. Klientka poczeka, a ty wracaj na dział.
Spojrzałem na Martę. Tak się przedstawiła — Marta. Uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo.
— Proszę tylko mi zachować ten szkic. I jeśli kiedyś pan zmieni zdanie, proszę się odezwać — szepnęła, zanim odsunęła się w stronę kasy.
Zostałem przy tym biurku jeszcze przez chwilę, patrząc na pustą kartkę. Drżały mi palce. Nie wiedziałem, czy z emocji, czy ze wstydu, że przez moment uwierzyłem, że jeszcze potrafię coś stworzyć.
Przez chwilę siedziałem bez ruchu
Po zamknięciu marketu nie miałem siły wracać od razu do domu. Zamiast tego usiadłem w szatni, na zimnej ławce pod kaloryferem, z kubkiem herbaty z automatu. Przez kilka minut patrzyłem w szkic, który wsunąłem wcześniej do kieszeni. Nie oddałem go Marcie. Nie dlatego, że chciałem go zachować, tylko... nie wiem. Może się bałem, że weźmie go i zniknie, jakby nic się nie wydarzyło. Szkic był dobry. Wiedziałem to. Nie idealny, ale widać było w nim myśl, proporcje, detal. Kiedyś robiłem takich dziesięć dziennie. Teraz ten jeden wystarczył, żeby rozbudzić coś, co od dawna siedziało cicho.
Wstałem, podszedłem do śmietnika przy drzwiach i wyrzuciłem kartkę bez zagięć, prosto, jakby była tylko kolejnym wydrukiem z błędem. Pękło we mnie coś, ale udawałem, że to tylko herbata ostygła za szybko. Zadzwonił telefon. Mama.
— Tomek, jesteś już po pracy?
— Tak. Już wychodzę — mruknąłem.
— Myślałam, że może przyjedziesz na weekend. Babcia się ucieszy. U nas spokojnie, śnieg spadł. Tato odśnieżał dziś pół dnia.
— Zobaczę, mamo. Nie wiem, jak z grafikiem.
— Nigdy nie wiesz — westchnęła. — Tomek, ja wiem, że próbujesz sobie tam ułożyć życie. Ale może… może lepiej byłoby wrócić? Tu też jest market, tylko bliżej domu. I byłbyś wśród swoich.
Zamilkłem. Nie wiedziałem, jak jej powiedzieć, że powrót do rodzinnego miasta nie jest dla mnie rozwiązaniem, tylko kapitulacją.
— Nie chodzi tylko o pracę — ciągnęła dalej. — Ty tam jesteś sam, Tomek. My tu się martwimy. To nie jest życie. Pracujesz w soboty, wracasz zmęczony. Kiedy ostatnio zrobiłeś coś dla siebie?
— Mamo, nie teraz, dobrze? Jestem zmęczony.
— Tomek, życie to nie tylko marzenia. Może czas przestać gonić za czymś, co nie działa? — Jej głos był cichy, nie oskarżycielski. Raczej zatroskany.
— Zobaczymy się niedługo. Zadzwonię jutro — uciąłem.
Rozłączyłem się i przez chwilę siedziałem bez ruchu. W myślach próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio usiadłem do rysunku, nie dla pracy, tylko tak po prostu. Kiedy ostatni raz otworzyłem swój stary notes? Nie pamiętałem.
Podniosłem się z ławki, zgasiłem światło i wyszedłem. Śnieg sypał gęsto, wiatr uderzał prosto w twarz. Kiedy przechodziłem obok kontenera ze śmieciami, zerknąłem do środka. Kartka z projektem leżała na samym wierzchu, trochę wilgotna, ale nadal czytelna. Zignorowałem to. Poszedłem dalej.
Zrobiło mi się gorąco
Następnego dnia rano śnieg sypał dalej, jakby uparł się zasypać miasto na amen. Szło się ciężko, pod butami skrzypiało, a ja czułem w klatce coś nieprzyjemnie ciasnego, jakbym wyszedł z domu z zapiętą za wysoko kurtką. W pracy było już jasno, głośno i nerwowo. Ktoś od rana szukał łopat do odśnieżania, ktoś inny kłócił się o sól, bo „w tamtym roku była tańsza”, a ja próbowałem skupić się na tym, co zawsze: być tłem, być pomocny, nie myśleć.
Przeszedłem obok kosza na papier przy wejściu dla pracowników, tego samego, do którego wczoraj wrzuciłem szkic. Odruchowo spojrzałem do środka. Było pełno ulotek, kartonów po dostawie i pogniecionych kartek. Mojego rysunku nie było. Zatrzymałem się na moment, udając, że poprawiam rękawice. Serce zaczęło mi walić szybciej, zupełnie bez sensu, bo co mnie to obchodziło. Przecież sam go wyrzuciłem. Sam zdecydowałem, że nie ma znaczenia.
Wtedy usłyszałem znajomy głos, spokojniejszy niż wczoraj:
— Dzień dobry.
Odwróciłem się. Stała przy regale z deskami tarasowymi, w tym samym płaszczu, tylko bez czapki. Włosy miała lekko wilgotne od śniegu. W rękach trzymała moją kartkę. Trzymała ją tak, jakby to był dokument, a nie coś, co miało się zaraz rozpaść od wilgoci.
— Pani… — zacząłem, ale nie dokończyłem, bo coś zapiekło mnie w gardle.
— Wróciłam, bo nie mogłam przestać o tym myśleć — powiedziała Marta. — Znalazłam to. Nie wiem, czy pan to wyrzucił, czy to przypadek, ale… to było w koszu. I ja… ja to wzięłam.
Zrobiło mi się gorąco, mimo że w markecie zawsze było zimno od drzwi, które co chwilę się otwierały.
— Chciałabym, żeby pan poprawił tu jedną rzecz. — Wskazała palcem fragment rysunku. — Tylko ten narożnik. I może wersję z innymi schodami. Pan to widzi, prawda?
Patrzyłem na papier, ale litery z cenników za jej plecami rozmazywały mi się przed oczami. Czułem, jak moje ręce zaczynają drżeć. To nie było wzruszenie ani radość. To było coś gorszego. Strach, że jeśli powiem „tak”, to będę musiał przyznać, że umiem. A jeśli umiem, to znaczy, że przez ostatnie lata po prostu uciekałem.
— Nie — powiedziałem w końcu. Głos miałem suchy i obcy. — Nie zrobię tego.
Marta zmrużyła oczy, jakby się upewniała, czy dobrze usłyszała.
— Ale dlaczego? — zapytała ciszej. — Przecież pan to wyrzucił… Naprawdę pan to wyrzucił? To jest świetne. Ja nie mówię tego z grzeczności. To jest po prostu… dobre.
Byłem zrezygnowany
Przełknąłem ślinę. Nie chciałem patrzeć na nią, bo miała w oczach coś, czego już dawno nikt mi nie dał: wiarę, że to ma sens.
— Bo to nic nie zmienia — odpowiedziałem. — Nawet jak narysuję pięć wersji, nawet jak pani powiesi to sobie na lodówce, jutro i tak wrócę tu i będę tłumaczył komuś, czym się różni wkręt do drewna od wkrętu do metalu. To nie jest… — Urwałem. — To nie ma znaczenia.
Marta zamilkła. Złożyła kartkę powoli, bardzo ostrożnie, jakby nie chciała jej zniszczyć. Potem spojrzała na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto właśnie odmówił ratunku, chociaż mógł z niego skorzystać.
— Pan chyba nie rozumie, że to może mieć znaczenie właśnie dla pana — powiedziała. — Nie dla mnie. Dla pana.
Nie odpowiedziałem. Zrobiłem krok w tył, jakbym chciał się odsunąć nie od niej, tylko od całej tej sytuacji. Zanim odeszła, zdążyła powiedzieć jeszcze jedno:
— Szkoda.
Kiedy zniknęła między alejkami, poczułem, że brakuje mi powietrza. Nie tak, jak przy zwykłym zdenerwowaniu. Serce waliło, dłonie miałem mokre, a w głowie zaczęło mi się kręcić. Oparłem się o regał i próbowałem oddychać równo, ale nie mogłem złapać rytmu. Miałem wrażenie, że ludzie dookoła patrzą, że zaraz ktoś podejdzie i zapyta, czy wszystko w porządku, a ja nie będę w stanie nawet odpowiedzieć.
Schowałem twarz w dłoniach, udając, że poprawiam coś przy identyfikatorze. Wtedy dotarło do mnie, że nie bałem się jej oceny. Bałem się tego, że miała rację.
Siedzieliśmy chwilę w milczeniu
Zmyłem się z pracy przed czasem, nawet nie zgłaszając tego Zbyszkowi. Nie miałem siły z nikim rozmawiać. Poszedłem do parku, gdzie kiedyś, jeszcze na studiach, lubiłem szkicować. Miałem tam swoją ławkę, za krzewami, z widokiem na drzewa i stare schody, które ktoś kiedyś chciał wyremontować, ale nikt się nie zgłosił.
Usiadłem. Zimno wsiąkało w uda przez dżinsy, ale nie ruszałem się. Otworzyłem notes. Pusty. Nie rysowałem od miesięcy. Może nawet od roku. Próbowałem coś narysować, cokolwiek: liść, detal balustrady, ale ręka nie słuchała. Wszystko wychodziło sztucznie, jakby już nie było moje. Nagle usłyszałem:
— Tomek?
Podniosłem głowę. Przede mną stał Bartek, znajomy z uczelni, chudy, z kilkudniowym zarostem. Miał fartuch z logo kawiarni na rogu. Uśmiechnął się.
— Kurczę, ile lat. Co ty tu robisz?
Wzruszyłem ramionami.
— Szkicuję.
— Architektura?
— Już raczej nie.
Bartek usiadł obok i wyjął papierosa.
— Wiesz, że połowa z naszej grupy pracuje w knajpach? Architektura padła. Albo masz nazwisko, albo robisz kawę. Tyle z marzeń.
Siedzieliśmy chwilę w milczeniu, a potem dodał:
— Marzenia są dla tych, których na nie stać.
Nie zaprzeczyłem.
Tomek, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Spotkałam byłego przyjaciółki i coś zaiskrzyło. Nie wierzyłam, by jeden zimowy wieczór miał coś zmienić”
- „Nasze małżeństwo od dawna kręci się tylko wokół kanapy i telewizora. Mąż każdą inną rozrywkę uznaje za moją fanaberię”
- „Miałam spędzić sylwestra z byłym dla dobra dziecka. Nie przypuszczałam, że to może być tak cudowna noc”

