Reklama

Zawsze budzę się przed wschodem słońca, tak już mam. Nie dlatego, że muszę – od kilku lat już nie pracuję – ale tak się przyzwyczaiłem. W mojej pracy nie było miejsca na spóźnienia. Organizmu nie da się tak po prostu przestawić, nawet jeśli już nie ma dokąd się spieszyć.

Żyłem sam

Wstaję po cichu, jakbym nie chciał nikogo obudzić, ale przecież w domu od dawna już nikt nie śpi. Od kiedy moja zona Zosia odeszła, mieszkam sam. Siedem lat, cztery miesiące i pięć dni. Nie liczę z obsesją, po prostu wiem. Niektóre rzeczy się pamięta, czy się tego chce, czy nie. Pierwsze kroki kieruję do kuchni. Kawa – czarna, mocna, żadnych dodatków. Siadam przy oknie i patrzę na śnieg. Sypie gęsto, cicho. Lubię to. Dźwięki tłumi, jakby świat brał głęboki wdech i na chwilę przestawał mówić. A z dźwiękami znikają też myśli.

Po kawie zakładam ciepłą kurtkę, czapkę, rękawice. Szufla stoi przy drzwiach. Odśnieżanie podjazdu to moja poranna rutyna – punktualna, dokładna, jak w zegarku. Nie muszę tego robić, ale lubię. To czynność, w której jest sens. Ruch, który niczego nie wymaga, ale coś daje – porządek, a porządek to jedyne, co mi zostało.

Z sąsiadami nie rozmawiam, nikt tu zresztą nie szuka kontaktu. Nowa sąsiadka pojawiła się jesienią. Kobieta w moim wieku, może trochę młodsza, zawsze ubrana elegancko, nawet gdy idzie tylko do sklepu. Widziałem ją parę razy przez okno. Nie rozmawialiśmy.

Nie odmówiłem

Któregoś dnia odśnieżałem jak zwykle – równo, systematycznie, najpierw brzegiem, potem środkiem. Nie było tego dużo, może z pięć centymetrów, ale dla mnie to i tak wystarczająco. Lubiłem widzieć czysty beton, granicę między śniegiem a porządkiem. Szufla w rękach chodziła mi już niemal automatycznie. Rytm, oddech, spokój. Kątem oka zobaczyłem, jak sąsiadka wychodzi z domu i idzie w moją stronę, ostrożnie stawiając kroki. Zatrzymała się koło mnie za ogrodzeniem.

– Dzień dobry. Przepraszam, że przeszkadzam… Czy mógłby pan odśnieżyć też mój podjazd? Oczywiście zapłacę.

Nie lubiłem, kiedy ktoś od razu mówi o pieniądzach. To jakby zakładał, że dla każdego wszystko ma swoją cenę. Spojrzałem na nią krótko, bez uśmiechu.

– Odśnieżę. Nie musi pani mi płacić.

Następnego dnia wstałem jak zawsze o tej samej porze. Kawa, kurtka, szufla. Kiedy skończyłem u siebie, przeszedłem na jej stronę. Roleta w jednym oknie była lekko podciągnięta, komin dymił. Odśnieżyłem jej podjazd, a potem wróciłem do siebie, nie oglądając się.

Odwdzięczyła się

Mimo wszystko czułem, że coś mnie tam ciągnie. Jakaś ciekawość, która pojawiała się wtedy, gdy patrzyłem na podciągniętą roletę albo gdy widziałem jej ślady w śniegu prowadzące do furtki. Była obecna, choć milcząca. Zastanawiałem się, po co mi to było – przecież miałem spokój, ciszę, porządek.

Minął tydzień. Podjazd u niej znałem już na pamięć. Gdzie kostka nierówna, gdzie lód zbity, gdzie szufla odbija się z trzaskiem. Tego dnia, gdy skończyłem, odłożyłem łopatę i już miałem ruszyć do siebie, kiedy sąsiadka wyszła przed dom.

– Wie pan co… Niech pan dziś nie idzie jeszcze. Zrobiłam rosół. Zje pan ze mną?

Patrzyłem na nią i nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio ktoś zaproponował mi obiad. Spojrzałem w dół.

– Dobrze.

Weszliśmy do jej kuchni. Było ciepło, pachniało czosnkiem. Stół był już nakryty dla dwóch osób. Zwyczajnie. Usiadłem, a ona nalała rosół do talerzy. Nie było pytań, nie było opowieści, tylko zapach, gorący bulion i stukanie łyżek o porcelanę. Jedliśmy w milczeniu.

Myślałem o niej

Po powrocie do domu nie mogłem zasnąć. Chodziłem w kółko. Myślałem o jej dłoniach, o tym, jak pachniał rosół. W kolejnych dniach wszystko zaczęło się układać jak w rozkładzie jazdy. Każdego dnia po odśnieżaniu zostawałem na herbatę albo na zupę. Potem już nikt nie musiał mnie zapraszać. Siadałem w jej kuchni, jakby to było miejsce, do którego zawsze należałem. Kiedyś zapytała:

– Michał, był pan żonaty?

Nie uciekłem wzrokiem. Pokiwałem głową.

– Przez dwadzieścia lat. Sześć lat temu moja żona zmarła.

– Mój mąż trzy zimy temu. Przestałam wtedy lubić śnieg.

Patrzyłem na nią inaczej. Już nie przez okno, nie z dystansu. Mówiła, że zima ją dusi. Ja zawsze uważałem, że zima daje spokój, ale w tym momencie zrozumiałem, że to była tylko wymówka przed samotnością.

Była mi bliska

Zaczęliśmy wspominać, bez ckliwości, jak ona się kłóciła z mężem o sposób wieszania firan i jak ja wracałem po nocy z pracy i znajdowałem na stole kanapki zawinięte w gazetę. Mówiliśmy o ludziach, którzy zniknęli, a przy tym siedzieliśmy coraz bliżej siebie. Przestałem do niej chodzić, zanim cokolwiek mogło się rozwinąć, bo wiedziałem, że jeśli zrobię choć jeden krok dalej, nie będzie odwrotu. A ja nie byłem pewien, czy chcę znowu coś zaczynać, czy potrafię.

Pewnego ranka nie wyszedłem wcale. Śnieg padał gęsto, cicho, jakby nie chciał mi przeszkadzać. Leżałem w łóżku w ubraniu, patrząc w sufit. W głowie dudniła cisza, nieprzyjemna, taka, której nie da się uciszyć nawet ruchem łopaty. Nie poszedłem do sąsiadki, bo wiedziałem, że jeśli ją zobaczę, stanie się coś nieodwracalnego. Nie miałem odwagi, żeby spojrzeć jej w oczy i zobaczyć tam rozczarowanie, a może smutek albo, co gorsza, wyrozumiałość.

Wszystko się zmieniło

Któregoś dnia usłyszałem pukanie do drzwi – ciche, ale stanowcze. Otworzyłem. Stała tam sąsiadka w płaszczu zawiązanym niedbale, w rękach trzymała garnek.

– Zrobiłam dziś rosół. Bez pana mi nie smakuje.

Chciałem coś powiedzieć, ale nic nie przyszło mi do głowy. Głos zawisł w gardle.

– Może to nie powinno tak wyglądać – rzuciłem szorstko.

Nie ruszyła się, nie spuściła wzroku. Uśmiechnęła się lekko. Zrobiłem krok w bok.

– Wejdź.

Usiedliśmy blisko. Jadłem powoli, smak był ostry, czysty, gorący. Patrzyłem na nią – na ruch ust, na gest, jak poprawia włosy i wiedziałem, że ten smak nie ma nic wspólnego z przyprawami. Uśmiechnąłem się pierwszy raz od lat.

Michał, 55 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama