Reklama

Jechałam tam z jedną walizką i głową pełną zmartwień. Nie byłam pewna, czy jeszcze kiedykolwiek zdołam schylić się bez grymasu bólu. Mój mąż został w domu, z pilotem w ręku i obojętnością, którą karmił mnie od dekady. Nie szukałam przygód. Szukałam ulgi w bólu lędźwi, zapachu borowiny i ciszy. A znalazłam jego. Emila. Człowieka, który sprawił, że po raz pierwszy od lat poczułam się kobietą, a nie tylko „pacjentką” czy „gospodynią”. Przez trzy tygodnie żyliśmy w bańce, która mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Wierzyliśmy, że dostaliśmy od losu drugą szansę. Aż do tego przeklętego popołudnia na ławce, kiedy brutalna prawda uderzyła we mnie mocniej niż diagnoza lekarska.

Zaczęliśmy rozmawiać

Kiedy pociąg wtoczył się na stację w Ciechocinku, czułam głównie zmęczenie. Moje lędźwie pulsowały tępym rytmem, który towarzyszył mi od miesięcy, przypominając o latach pracy przy biurku i dźwiganiu siatek z zakupami, których nikt inny w domu nie chciał nosić. Mój mąż, Lucjan, odwiózł mnie na dworzec, cmoknął w policzek i powiedział: „Tylko nie szalej tam, Jolu”. To było jego standardowe pożegnanie. Bezpieczne, nudne, pozbawione jakiegokolwiek ładunku emocjonalnego.

Zameldowałam się w pokoju numer 204. Widok na park, dwa łóżka, z czego jedno zajęte przez Mariolę, gadatliwą emerytkę z Radomia, która już w pierwszej godzinie opowiedziała mi o swoich trzech synowych i żylakach. Uśmiechałam się grzecznie, rozpakowując swetry. Czułam się staro. Mimo że miałam dopiero pięćdziesiąt cztery lata, moje wnętrze przypominało zakurzone muzeum, do którego nikt nie zagląda.

Pierwsze dni minęły rutynowo. Śniadanie, zabiegi, obiad, spacer, kolacja. Zapach chloru mieszał się z aromatem gotowanej kapusty. Czułam się anonimowa. Byłam tylko kolejnym numerem w karcie pacjenta, kolejnym kręgosłupem do naprawienia. I wtedy, trzeciego dnia, w poczekalni do krioterapii, ktoś potrącił moją torebkę.

— Najmocniej panią przepraszam — usłyszałam głęboki, męski głos. – Moje serce czasem traci rytm, a nogi za nim nie nadążają.

Podniosłam wzrok. Stał nade mną wysoki mężczyzna o siwych skroniach i oczach koloru wypłowiałego dżinsu. Miał w sobie coś z przedwojennego dżentelmena — sposób, w jaki trzymał teczkę z wynikami badań, lekki ukłon, przepraszający uśmiech. To był Emil.

— Nic się nie stało — odpowiedziałam, poprawiając pasek torebki.

— Emil. Serce — przedstawił się, jakby to była najważniejsza cecha jego tożsamości. — A pani?

— Jola. Plecy — odparłam, wchodząc w tę sanatoryjną konwencję.

Zaczęliśmy rozmawiać. O kolejce, o pogodzie, o tym, że kawa w automacie smakuje jak woda po płukaniu filiżanek. Kiedy wyszłam z zabiegu, on wciąż tam siedział. Czekał.

— Może skusimy się na prawdziwą kawę w kawiarni obok? — zapytał niepewnie.

Zawaham się. Lucjan w domu pewnie właśnie odgrzewał sobie gołąbki, nie myśląc o mnie ani przez sekundę. Dlaczego miałabym sobie odmawiać rozmowy?

— Chętnie — powiedziałam. I to było pierwsze „tak”, które zmieniło wszystko.

Zaczęłam się stroić

Nasze spacery stały się rytuałem. Między jego rehabilitacją kardiologiczną a moimi masażami wodnymi kradliśmy każdą wolną chwilę. Ciechocinek jesienią był piękny — złote liście dywanem ścieliły się pod tężniami, a chłodne powietrze pachniało solanką. Ale dla mnie świat nabrał barw nie z powodu przyrody, ale z powodu Emila. Okazało się, że jest inżynierem, miłośnikiem historii i człowiekiem, który potrafi słuchać. To była nowość. W moim domu monologi wygłaszał telewizor, a ja byłam tłem. Emil pytał o moje marzenia, o książki, które lubię, o to, dlaczego wybrałam księgowość. Patrzył na mnie tak, jakby widział we mnie kogoś interesującego.

— Wiesz, Jolu — powiedział pewnego razu, gdy siedzieliśmy na ławce przy fontannie Grzybek. — Kiedy człowiek otrze się o śmierć, tak jak ja, zaczyna doceniać detale. Twój uśmiech na przykład. Jest taki... ciepły. Jak słońce po burzy.

Zarumieniłam się jak nastolatka. Serce, to fizyczne, biło mi mocniej niż po najcięższych ćwiczeniach na sali gimnastycznej. Zapomniałam o bólu pleców. Endorfiny działały lepiej niż najsilniejsze leki przeciwbólowe. Czułam się lekka i pożądana — nie w fizycznym, wulgarnym sensie, ale emocjonalnie. Ktoś pragnął mojego towarzystwa. Zaczęłam się stroić. Mariola z pokoju 204 mrugała do mnie porozumiewawczo, gdy nakładałam szminkę przed wyjściem na wieczorek zapoznawczy.

— Ten wysoki? — zapytała, chichocząc. — Przystojny. Bierz, póki dają, kochana. Życie jest za krótkie na same seriale.

Na dancingu Emil poprosił mnie do tańca. Orkiestra grała stare przeboje, a on prowadził mnie pewnie, choć delikatnie, uważając na swoje serce i mój kręgosłup. Jego dłoń na mojej talii parzyła przez materiał sukienki.

Dawno nie tańczyłam — szepnęłam.

— Ja też. Myślałem, że moje tańce skończyły się na oddziale intensywnej terapii — zaśmiał się cicho, ale w jego oczach widziałam smutek. — Dziękuję, że przywracasz mnie do życia, Jolu.

W tamtej chwili byłam gotowa uwierzyć we wszystko. Że to przeznaczenie. Że nasze spotkanie nie jest przypadkiem. Że mamy prawo do szczęścia, nawet jeśli w dowodach osobistych widnieją inne nazwiska i adresy. Byłam jak uśpiona królewna, którą pocałunek, w tym przypadku mentalny, obudził z wieloletniego letargu.

Emil czasem znikał

Wpadliśmy w pułapkę iluzji. Sanatorium to specyficzne miejsce. Czas płynie tu inaczej, problemy zostają za bramą ośrodka, a ludzie stają się tymi, którymi chcieliby być, a nie tymi, którymi są na co dzień. Emil był dla mnie rycerzem, a ja dla niego damą serca. Unikaliśmy rozmów o rodzinach. Wiedziałam, że ma żonę, on wiedział o Lucjanie. Ale te tematy były jak tabu, jak czarne chmury na horyzoncie, które ignorowaliśmy, ciesząc się słońcem.

Pewnego popołudnia, gdy spacerowaliśmy wzdłuż Wisły, Emil zatrzymał się i wziął moją dłoń w swoje ręce. Jego palce były chłodne, ale uścisk mocny.

— Nie chcę wracać, Jolu — powiedział, patrząc na rzekę. — Tam, w domu... Tam jest tylko nuda i cisza. Tutaj czuję, że oddycham. Z tobą oddycham.

— Ja też, Emilu — odpowiedziałam szczerze. — Moje życie w domu to pusta skorupa. Jesteśmy z Lucjanem jak dwoje obcych ludzi w jednym mieszkaniu.

— Może... — Zawiesił głos, a moje serce zamarło z nadziei. — Może moglibyśmy się spotkać po turnusie? W połowie drogi? Nie chcę, żeby to się skończyło na peronie w Ciechocinku.

Ta propozycja zawisła w powietrzu jak obietnica innego życia. Zaczęłam snuć w głowie scenariusze. Rozwód? Separacja? A może po prostu podwójne życie, które da mi siłę do przetrwania codzienności? Nie obchodziło mnie to. Chciałam tylko, żeby to uczucie trwało.

Przez następne dni żyliśmy jak w transie. Piliśmy wino w małej kawiarence, śmialiśmy się z żartów, które rozumieliśmy tylko my, a podczas seansów filmowych w sali klubowej siedzieliśmy ramię w ramię, chłonąc swoje ciepło. Jednak zauważyłam też coś niepokojącego. Emil czasem znikał na długie rozmowy telefoniczne. Wracał z nich przygaszony, z szarą twarzą, trzymając się za klatkę piersiową.

— Wszystko w porządku? — pytałam z troską.

— Tak, tak... To tylko sprawy urzędowe. ZUS, recepty... wiesz, jak jest. — Zbywał mnie machnięciem ręki.

Wierzyłam mu, bo chciałam wierzyć. Ignorowałam sygnały ostrzegawcze, bo byłam głodna miłości.

Siedziałam oniemiała

Ostatni dzień turnusu. Walizki były już prawie spakowane. Mariola wyjechała rano, zostawiając mi na pamiątkę słoik lokalnego miodu i życzenia „owocnego romansowania”. Ja miałam pociąg dopiero wieczorem. Emil też. Umówiliśmy się na pożegnalny spacer w naszym ulubionym parku. Powietrze było ostre, zwiastujące nadchodzącą zimę. Czułam w żołądku ucisk — mieszankę lęku przed powrotem i ekscytacji planami na przyszłość, które snuliśmy.

Usiedliśmy na tej samej ławce, na której po raz pierwszy trzymaliśmy się za ręce. Emil milczał. Jego wzrok błądził gdzieś po koronach drzew. Nie patrzył na mnie.

— Jolu... — zaczął chrapliwym głosem. — Muszę ci coś powiedzieć.

— Słucham. — Uśmiechnęłam się, choć w środku poczułam chłód. — O tym spotkaniu w Krakowie? Sprawdziłam połączenia, mogę przyjechać w przyszłym miesiącu...

— Nie — przerwał mi ostro. Zbyt ostro. Potem spuścił głowę. — Nie będzie żadnego Krakowa, Jolu. Nie będzie spotkań.

Zamarłam. Świat na chwilę przestał wirować.

— O czym ty mówisz? Przecież... przecież mówiłeś, że tam się dusisz. Że przy mnie odżyłeś.

— I to prawda. — Spojrzał na mnie, a w jego oczach zobaczyłam łzy. Prawdziwe, bolesne łzy. — To były najpiękniejsze trzy tygodnie od lat. Ale to była iluzja, Jolu. Bajka, którą sobie opowiedzieliśmy, żeby nie zwariować.

— Dlaczego iluzja? Możemy to zmienić! — Chwyciłam go za rękę, ale on delikatnie ją cofnął. To odrzucenie zabolało bardziej niż cokolwiek fizycznego.

Nie mogę zostawić żony — powiedział cicho.

— Ale mówiłeś, że nic was nie łączy! Że to tylko przyzwyczajenie! — Mój głos drżał. Czułam, jak histeria podchodzi mi do gardła.

— Kłamałem — westchnął ciężko. — To znaczy... uczucie wygasło dawno temu, to prawda. Ale jest coś, czego ci nie powiedziałem. — Wziął głęboki oddech, jakby brakowało mu powietrza. — Ona jest chora, Jolu. Bardziej niż ja. Ja... ja jestem jej opiekunem. Przyjechałem tu tylko dlatego, że córka mnie zmieniła na trzy tygodnie, żebym sam nie padł na serce i mógł dalej się nią zajmować.

Słowa spadły na mnie jak kamienie. Patrzyłam na niego i nagle zobaczyłam nie tego szarmanckiego dżentelmena z dansingu, ale zmęczonego, udręczonego człowieka, który na chwilę uciekł z więzienia własnego życia. Siedziałam oniemiała. W głowie miałam mętlik. Z jednej strony czułam wściekłość — dał mi nadzieję, pozwolił mi uwierzyć w nas, wiedząc, że ma związane ręce. Z drugiej strony... czy mogłam konkurować z litością? Z poczuciem obowiązku? Z przysięgą „w zdrowiu i w chorobie”, którą on traktował śmiertelnie poważnie, w przeciwieństwie do emocjonalnej pustki w moim małżeństwie?

— Więc byłam tylko odskocznią? — zapytałam szeptem. — Plastrem na twoje zmęczenie?

Byłaś moim słońcem, Jolu — powiedział, próbując znowu dotknąć mojej dłoni, ale tym razem to ja ją cofnęłam. — Dzięki tobie przypomniałem sobie, jak to jest czuć radość. Będę ci za to wdzięczny do końca życia. Ale muszę wracać do niej. Tam jest moje życie. Prawdziwe życie. To tutaj... to był tylko sen.

Wstałam. Nogi miałam jak z waty.

— Sny się kończą po przebudzeniu, Emilu. Szkoda tylko, że nie obudziłeś mnie wcześniej — rzuciłam gorzko.

Jestem zdolna do miłości

Odeszłam w stronę budynku sanatorium, nie oglądając się za siebie. Słyszałam, jak woła moje imię, ale nie zatrzymałam się. Czułam, jak łzy spływają mi po policzkach, mieszając się z chłodnym wiatrem. Czułam się oszukana, wykorzystana, ale też głęboko, przeraźliwie smutna — nie tylko z powodu siebie, ale i z powodu jego losu. Był uwięziony w swojej szlachetności, w swoim tragizmie.

Spakowałam resztę rzeczy mechanicznie. W pociągu powrotnym siedziałam przy oknie, patrząc na przesuwające się ciemne krajobrazy. Mój kręgosłup znów zaczął boleć. Ból wrócił ze zdwojoną siłą, jakby ciało zrozumiało, że dusza straciła swoją ochronę. Kiedy weszłam do domu, Lucjan siedział w tym samym fotelu, co trzy tygodnie temu.

— O, jesteś — mruknął, nie odrywając wzroku od telewizora. — Jak tam plecy? Lepiej?

Postawiłam walizkę w przedpokoju. Spojrzałam na niego, na jego obojętną twarz, na ten znany mi do bólu układ mebli, na kurz na szafce, którego nie starł pod moją nieobecność.

— Plecy trochę lepiej — odpowiedziałam cicho, zdejmując płaszcz. — Ale serce, Lucjan... Serce chyba nigdy nie przestanie boleć.

— Co mówiłaś? — zapytał głośniej, bo w telewizji właśnie padł gol.

— Nic. Zrobię herbatę — powiedziałam.

Poszłam do kuchni. Wstawiłam wodę. Oparłam się o blat i zamknęłam oczy. Przed oczami miałam Emila, jego smutny uśmiech i dłonie, które przez chwilę trzymały moje życie. Zrozumiałam wtedy brutalną prawdę. Sanatorium wyleczyło moje ciało tylko na chwilę, ale otworzyło ranę w duszy, która być może nigdy się nie zagoi. Emil wrócił do swojej chorej żony, by być bohaterem we własnym dramacie. Ja wróciłam do męża, który nawet nie zauważył, że wyjechałam inna, a wróciłam jeszcze inna.

Czy żałuję? Czasem, gdy ból kręgosłupa nie daje mi spać w nocy, myślę o tym. I dochodzę do wniosku, że nie. Mimo bólu, mimo kłamstwa i rozczarowania, przez te trzy tygodnie żyłam. Naprawdę żyłam. I to wspomnienie, choć gorzkie jak piołun, jest jedynym skarbem, jaki mam na starość. Wiem teraz, że jestem zdolna do miłości, do pasji, do czucia. I choć to uczucie nie ma przyszłości, świadomość, że ono w ogóle istnieje we mnie, daje mi dziwną siłę, by każdego ranka wstawać z łóżka, parzyć kawę i trwać dalej.

Jola, 54 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama