Reklama

Cisza w moim mieszkaniu ma różny ciężar, w zależności od pory dnia i roku. Czasami przygniata mnie do fotela tak mocno, że trudno mi sięgnąć po filiżankę herbaty, a innym razem jest lekka jak puch z topoli, pozwalając myślom swobodnie błądzić. Tamtego popołudnia cisza wydawała się wyjątkowo gęsta, wręcz lepka od kurzu, który tańczył w promieniach słońca wpadających przez niedomknięte żaluzje. Nie planowałam tego — to był impuls, chwila, w której postanowiłam zmierzyć się z czymś, co odkładałam przez ostatnią dekadę. Jedno spojrzenie na kartonowe pudło na dnie szafy wystarczyło, bym zrozumiała, że nadszedł czas, aby otworzyć drzwi do przeszłości, których klamki bałam się dotykać.

Uśmiechnęłam się do tego wspomnienia

Zawsze uważałam się za osobę zorganizowaną. Moje mieszkanie lśni czystością, serwetki na ławie są zawsze idealnie wykrochmalone, a pelargonie na balkonie podlewane z zegarmistrzowską precyzją. Jednak każdy z nas ma w swoim domu takie miejsce, taki ciemny kąt, do którego zagląda się niechętnie. Dla mnie była to dolna półka w szafie w przedpokoju. To tam, upchnięte za starym odkurzaczem i walizką, z którą jeździłam do sanatorium, leżało wielkie pudło po butach zimowych. Nie było w nim jednak obuwia, lecz całe moje życie zamrożone w kadrach, na błyszczącym i matowym papierze.

Kiedy wyciągałam je na środek dywanu, poczułam ten specyficzny zapach. Woń starego papieru, odrobiny naftaliny i czegoś nieuchwytnego, co nazywam zapachem przemijania. Usiadłam na podłodze, choć wiedziałam, że moje stawy będą mi to później wypominać przez dwa dni. Ale w tamtej chwili to nie miało znaczenia. Byłam tylko ja i to pudło.

Pierwsze zdjęcia, które wzięłam do ręki, były chaotyczne. Kolorowe fotografie z lat dziewięćdziesiątych, trochę wyblakłe, przedstawiające jakieś imieniny, na których wszyscy mieli dziwne fryzury i zbyt obszerne marynarki. Zobaczyłam moją córkę, Beatę, jak zdmuchuje świeczki na torcie. Dziś Beata jest dorosłą kobietą, wiecznie zabieganą, dzwoniącą do mnie raz w tygodniu, w biegu, między pracą a zajęciami jogi. Na tym zdjęciu miała siedemnaście lat i ten buntowniczy błysk w oku, który spędzał mi sen z powiek.

Uśmiechnęłam się do tego wspomnienia. Ileż to razy kłóciłyśmy się o jej powroty do domu, o zbyt krótkie spódnice czy muzykę, której nie rozumiałam. Teraz, z perspektywy czasu, te kłótnie wydawały się takie błahe, a wręcz urocze. Odkładałam kolejne zdjęcia na bok, tworząc małe stosiki. Tu wakacje w Międzyzdrojach, tam pierwsza komunia wnuka, który teraz jest już na studiach i rzadko odwiedza babcię. Czułam lekkie ukłucie w sercu, taką szpilkę tęsknoty, ale nie pozwoliłam jej się rozgościć. Wiedziałam, że to naturalna kolej rzeczy. Dzieci dorastają, wyfruwają z gniazda, a my zostajemy w tej ciszy, ucząc się jej na nowo.

Miałam żal do świata

Grzebałam głębiej, aż moje palce natrafiły na kopertę z pożółkłego papieru. Serce zabiło mi mocniej. Wiedziałam, co tam jest, choć nie zaglądałam do środka od śmierci Tadeusza. To były czarno-białe zdjęcia, formatu pocztówkowego, z ząbkowanymi brzegami. Wyjęłam je drżącą dłonią. I wtedy je zobaczyłam. Zdjęcie nie było idealne. Ktoś, kto je robił, pewnie przyjaciel Tadeusza, lekko poruszył aparatem, przez co kontury były nieco rozmyte, co tylko dodawało fotografii onirycznego charakteru. Byliśmy na nim my. Ja i Tadeusz. To musiał być rok siedemdziesiąty trzeci albo czwarty. Byliśmy na jakiejś zabawie tanecznej, może to było wesele Krysi, mojej dawnej przyjaciółki z pracy.

Miałam na sobie sukienkę w grochy, którą uszyła mi mama. Pamiętam ten materiał, był lekki i przewiewny, idealny do tańca. Moje włosy były upięte w kok, z którego wymykały się niesforne kosmyki. Ale to nie ja byłam na tym zdjęciu najważniejsza. Najważniejszy był on. Tadeusz trzymał mnie w ramionach tak mocno, a jednocześnie tak delikatnie, jakbym była z porcelany. Jego twarz była zwrócona ku mnie, a w oczach miał to spojrzenie, które sprawiało, że czułam się najpiękniejszą kobietą na świecie.

Patrzyłam na tę fotografię i nagle poczułam zapach jego wody kolońskiej. Taniej, bo na inną nie było nas stać, ale dla mnie pachniała luksusem i bezpieczeństwem. Przypomniałam sobie szorstkość jego dłoni i to, jak prowadził mnie w tańcu. Tadeusz nie był mistrzem parkietu, często deptał mi po palcach, ale tamtego wieczoru płynęliśmy. Pamiętam, że orkiestra grała jakiś wolny kawałek, a my wirowaliśmy, ignorując resztę świata.

Przez lata po jego odejściu unikałam takich wspomnień. Bałam się, że ból mnie rozerwie, że tęsknota będzie nie do zniesienia. Tadeusz zmarł nagle, zostawiając mnie z niedokończonymi rozmowami, z planami na emeryturę, których nigdy nie zrealizowaliśmy. Przez długi czas czułam się oszukana przez los. Miałam żal do świata, że zabrał mi go zbyt wcześnie.

To nie była strata

Jednak teraz, kiedy siedziałam na dywanie w moim cichym mieszkaniu, stało się coś dziwnego. Zamiast łez, poczułam ciepło rozlewające się w klatce piersiowej. Przyjrzałam się swojej twarzy na zdjęciu. Byłam młoda, pełna nadziei, zakochana. I byłam szczęśliwa. To szczęście biło z tej fotografii tak mocno, że niemal oświetlało pokój. Uświadomiłam sobie nagle, że moje życie, mimo obecnej samotności, mimo pustych krzeseł przy stole i ciszy, która czasem dzwoni w uszach, było naprawdę piękne. Miałam to, o czym wielu marzy i nigdy nie dostaje. Miałam wielką miłość. Miałam kogoś, kto patrzył na mnie tak, jak Tadeusz na tym zdjęciu. Przeżyłam chwile, które są warte więcej niż złoto.

To nie była strata. To był dar. Fakt, że go już nie ma, nie przekreśla tego, co było. Przeszłość nie jest ciężarem, który trzeba dźwigać, ale fundamentem, na którym wciąż stoję. Zrozumiałam, że moja samotność nie jest pustką. Jest przestrzenią wypełnioną wspomnieniami, które są moje i nikt mi ich nie odbierze. Otarłam pojedynczą łzę, która spłynęła mi po policzku, ale był to łza wzruszenia, nie rozpaczy. Wstałam z podłogi, czując, jak strzykają mi kolana, i podeszłam do okna. Świat na zewnątrz wyglądał tak samo, jak godzinę temu, ale ja widziałam go zupełnie inaczej. Słońce świeciło jaśniej, zieleń drzew w parku naprzeciwko była bardziej intensywna.

Postanowiłam, że nie schowam tego zdjęcia z powrotem do pudełka. Wyjęłam z kredensu małą, srebrną ramkę, w której dotychczas trzymałam jakiś widoczek z gór, i włożyłam tam naszą fotografię. Postawiłam ją na komodzie, w centralnym miejscu. Niech patrzy na mnie codziennie. Niech przypomina mi, że byłam kochana i że potrafiłam kochać.

Znalazła tylko szczerość

Poczułam nagły przypływ energii. Mieszkanie, choć przytulne, wydało mi się nagle zbyt ciasne dla tych wszystkich emocji, które we mnie buzowały. Musiałam wyjść. Musiałam zobaczyć ludzi, poczuć wiatr na twarzy. Założyłam swój ulubiony płaszcz, ten beżowy, który kupiłam dwa lata temu na wyprzedaży, i poprawiłam fryzurę przed lustrem. Z odbicia spojrzała na mnie starsza pani z siecią zmarszczek wokół oczu, ale te oczy błyszczały tak samo, jak u tej dziewczyny w sukience w grochy.

Gdy zamykałam drzwi na klucz, usłyszałam szuranie na półpiętrze. To była pani Halinka, moja sąsiadka z dołu. Kobieta w moim wieku, ale wiecznie niezadowolona, której życiową misją było monitorowanie, kto i o której wchodzi do klatki. Zazwyczaj starałam się unikać dłuższych rozmów z nią, bo zawsze kończyły się narzekaniem na drożyznę, choroby albo na to, że młodzież nie mówi dzień dobry.

— Dzień dobry, pani Halinko! — zawołałam wesoło, schodząc po schodach.

Sąsiadka aż przystanęła z wrażenia, trzymając w ręku siatkę z zakupami, z której wystawał por. Spojrzała na mnie podejrzliwie, jakbym co najmniej wygrała w totolotka albo zwariowała.

— A co to się stało, pani Wiesiu? Taka pani wystrojona, uśmiechnięta — zapytała, mrużąc oczy. — Do lekarza pani idzie?

Zaśmiałam się głośno, co jeszcze bardziej zbiło ją z tropu.

— Nie, kochana, na spacer idę. Pogoda jest piękna, szkoda dnia na siedzenie w czterech ścianach. A pani jak się czuje?

Halinka westchnęła ciężko, gotowa do swojej standardowej litanii.

— A, daj pani spokój, w krzyżu łupie, cukier znowu skoczył, a w sklepie to ceny takie, że aż strach patrzeć. Masło znowu podrożało...

Zatrzymałam się przy niej i położyłam jej dłoń na ramieniu. Poczułam pod palcami szorstki materiał jej kurtki.

— Wiem, pani Halinko, wszystko drożeje. Ale niech pani spojrzy, jak kasztany kwitną. Pamięta pani, jak my byłyśmy młode i chodziło się na majówki? Ceny też wtedy były różne, a czasy niepewne, ale potrafiłyśmy się cieszyć, prawda?

Sąsiadka zamrugała, zbita z pantałyku. Jej twarz, zazwyczaj wykrzywiona w grymasie niezadowolenia, nagle złagodniała. Przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu, jakby szukała w mojej twarzy śladów kpiny, ale znalazła tylko szczerość.

— No... pamiętam — mruknęła, a kąciki jej ust drgnęły lekko w górę. — Mój Mietek to mi zawsze bzy przynosił w maju. Cały dom pachniał.

— No właśnie! — przytaknęłam entuzjastycznie. — I tego się trzymajmy. Niech pani zrobi sobie dobrą herbatę, odpocznie. Miłego dnia!

Ruszyłam dalej, zostawiając ją na schodach. Kiedy byłam już przy drzwiach wyjściowych, usłyszałam za sobą jej głos, trochę cichszy i cieplejszy niż zwykle:

— Miłego spaceru, pani Wiesiu!

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko

Wyszłam na ulicę i odetchnęłam głęboko. Powietrze miało zapach spalin i kwitnących lip — mieszanka typowa dla naszego miasta, ale dla mnie w tej chwili była to najpiękniejsza woń na świecie. Skierowałam swoje kroki do pobliskiego parku. To nie jest duży park, zaledwie kilka alejek, plac zabaw i stara fontanna, która rzadko działa, ale jest to serce naszej dzielnicy. Szłam powoli, delektując się każdym krokiem. Mijałam młode matki pchające wózki, słyszałam piski dzieci dobiegające z piaskownicy. Kiedyś ten hałas mnie drażnił. Wydawał mi się zbyt inwazyjny, zakłócający mój spokój. Dziś brzmiał jak muzyka. To był dźwięk życia, które toczy się dalej, nieustannie, niezależnie od naszych małych i wielkich dramatów.

Usiadłam na mojej ulubionej ławce, tej pod wielkim dębem, z której mam dobry widok na główną alejkę. Obok mnie przysiadła młoda para. Mogli mieć po dwadzieścia lat. Dziewczyna opierała głowę na ramieniu chłopaka, a on coś do niej szeptał, gładząc ją po włosach. Wyglądali na tak bardzo zatopionych w sobie, że reszta świata dla nich nie istniała. Patrząc na nich, nie czułam zazdrości. Czułam pewien rodzaj czułości i... solidarności. Wiedziałam, co czują. Znałam ten stan, kiedy dotyk dłoni drugiej osoby jest ważniejszy niż cokolwiek innego. Chciałam im powiedzieć: Cieszcie się tym. Zapamiętajcie ten moment, każdy szczegół, zapach jego bluzy, ciepło słońca na twarzy. Bo to są skarby, które zostaną z wami na zawsze.

Oczywiście nic nie powiedziałam, nie chciałam być tą wścibską staruszką, która zaczepia obcych ludzi. Ale uśmiechnęłam się do nich, a kiedy chłopak przypadkiem napotkał mój wzrok, odwzajemnił uśmiech, trochę nieśmiało. To wystarczyło. Taka mała wymiana energii między pokoleniami.

W pewnym momencie zauważyłam mężczyznę w średnim wieku, który szedł alejką, prowadząc na smyczy małego, kudłatego psa. Pies szarpał się na wszystkie strony, merdając ogonem tak mocno, że trzęsło się całe jego ciało. Mężczyzna wyglądał na zmęczonego, może wracał z pracy, miał poluzowany krawat i teczkę w drugiej ręce. Pies podbiegł do mojej ławki i oparł przednie łapy o moje kolana, brudząc mi lekko płaszcz.

— Jezus Maria! Przepraszam panią najmocniej! — krzyknął mężczyzna, szarpiąc smycz. — Tofik, nie wolno!

Schyliłam się i pogłaskałam psa po kudłatym łbie.

— Nic się nie stało, proszę pana — powiedziałam spokojnie, strzepując piasek z płaszcza. — On się po prostu cieszy. Ma w sobie tyle radości, że musi się nią podzielić.

Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony. Chyba spodziewał się awantury.

— Mało kto tak na to patrzy. Zwykle ludzie krzyczą, że pies brudzi — westchnął, ale w jego oczach pojawiła się ulga.

— Bo ludzie często zapominają, że radość czasem bywa brudna i hałaśliwa. Ale to wciąż radość.

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, a zmęczenie jakby nieco zniknęło z jego twarzy.

— Ma pani rację. Dziękuję. Miłego popołudnia.

Mam w sobie siłę

Siedziałam tam jeszcze przez godzinę. Obserwowałam świat. Widziałam staruszka karmiącego gołębie, widziałam nastolatków nagrywających jakieś filmy telefonami, widziałam kobietę czytającą książkę. Każdy z tych ludzi niósł swoją historię, swoje troski i radości. I ja byłam częścią tego obrazu. Nie byłam niewidzialna. Nie byłam zbędna. Byłam obserwatorem i uczestnikiem.

Zrozumiałam, że samotność to stan umysłu. Można być samotnym w tłumie i można czuć pełnię życia w pustym mieszkaniu. Wszystko zależy od tego, jak spojrzymy na swoje wspomnienia i na to, co nas otacza tu i teraz. Zdjęcie Tadeusza nie przypomniało mi o tym, co straciłam, ale o tym, kim jestem. Jestem kobietą, która kochała i była kochana. Jestem sumą wszystkich moich doświadczeń, uśmiechów, łez i tańców.

Wracając do domu, wstąpiłam do osiedlowego sklepiku. Kupiłam kawałek dobrego ciasta drożdżowego i świeże owoce. Nie dlatego, że ktoś miał mnie odwiedzić. Kupiłam to dla siebie. Bo zasługuję na to, by celebrować ten dzień, ten zwykły wtorek, który stał się dla mnie tak niezwykły. Kiedy weszłam do mieszkania, cisza znów mnie powitała, ale tym razem nie była ciężka. Była kojąca. Jak miękki koc. Podeszłam do komody i spojrzałam na zdjęcie w srebrnej ramce. Tadeusz uśmiechał się do mnie zza mgły lat siedemdziesiątych.

— No widzisz, Tadziu szepnęłam do fotografii. Jeszcze potrafię się cieszyć. Jeszcze zatańczę, choćby tylko w myślach.

Wstawiłam wodę na herbatę. Z radia cicho sączyła się muzyka. Jakiś stary przebój, który znałam na pamięć. Zaczęłam nucić pod nosem, krojąc ciasto. Czułam, jak w moich żyłach krąży życie. Spokojne, nieco wolniejsze niż kiedyś, ale wciąż intensywne i piękne. Mam jeszcze wiele do zrobienia. Może jutro zadzwonię do Beaty i nie będę narzekać na zdrowie, tylko zapytam, co u niej słychać, tak naprawdę. Może upiekę szarlotkę i zaniosę kawałek Halince, żeby osłodzić jej te narzekania. A może po prostu usiądę na balkonie i będę patrzeć na zachód słońca.

Mam w sobie siłę. Siłę, która płynie z przeszłości, ale napędza mnie do życia teraz. I to jest najważniejsze. Samotność nie musi być wyrokiem. Może być czasem na poznanie samej siebie na nowo, na zaprzyjaźnienie się z własnym towarzystwem. I ja tę przyjaźń właśnie zawarłam.

Wiesława, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama