„Sama namawiałam męża na sanatorium, a on wykręcił taki numer. Na stare lata mam do wyboru rozwód albo upokorzenie”
„Patrzyłam na telefon, jakby mnie okłamał. Przez kilka dni milczał. Potem wróciły wiadomości, ale rzadsze. Zaczęłam łapać się na tym, że czekam na dźwięk telefonu. Cisza, która wcześniej była ulgą, teraz robi się ciężka. Co tam się działo?”.

Kiedy pakowałam Antoniemu koszule do walizki, czułam ulgę, której się wstydziłam. Miał pojechać do sanatorium, podreperować zdrowie, rozprostować plecy i poprawić humor. Ja miałam mieć wreszcie ciszę i spokój. Bez narzekania, bez ciągłych pretensji o byle co. Mówiłam sobie, że robię to dla niego. W głębi serca wiedziałam jednak, że równie dobrze robię też coś dla siebie.
Wpadłam na pewien pomysł
Antoni siedział w fotelu, jakby wrósł w niego na dobre. Pilot w jednej ręce, druga bezwładnie oparta na poręczy. Telewizor grał, ale on nawet nie patrzył, co leci.
– Antek, a może ty byś pojechał do sanatorium? – rzuciłam niby mimochodem, stawiając przed nim herbatę.
Spojrzał na mnie spod krzaczastych brwi.
– Nigdzie nie jadę. Co ja tam będę robił?
– Jak to co? Zabiegi, spacery, ludzie. Lekarz sam mówił, że by ci się przydało.
– Lekarz zawsze coś tam mówi – mruknął i zwiększył głośność.
To był ten moment, kiedy poczułam znajome ukłucie. Kiedyś rozmawialiśmy. Teraz każde zdanie było jak pchanie wózka pod górę. Moja przyjaciółka, Ela, powiedziała mi wprost:
– Janina, on ci zdziadział. Wyślij go gdzieś, niech zmieni powietrze albo ty zwariujesz.
Myślałam o tym kilka dni. Kręciłam się po mieszkaniu, sprzątałam już czyste półki, gotowałam zupy, których nikt nie doceniał. W końcu wróciłam do tematu.
– Antek, tam są też rozrywki. Karty, wieczorki, spacery. Nie będziesz siedział sam.
– A ty? – zapytał podejrzliwie. – Chcesz się mnie pozbyć?
– Chcę, żebyś był zdrowszy. I weselszy – odpowiedziałam spokojnie, choć w środku aż mnie ścisnęło.
Milczał długo. Myślałam, że znowu odmówi. W końcu westchnął.
– Dobra. Ale tylko na ten jeden turnus.
Kiedy wyjechał, mieszkanie jakby odetchnęło razem ze mną. Nie musiałam gotować obiadu na konkretną godzinę. Nikt nie komentował, że kurz wraca, że telewizor śnieży. W końcu zaczęłam trochę się niepokoić. Zadzwoniłam pierwszego dnia.
– Jak dojechałeś? – zapytałam.
– Normalnie. Jestem zmęczony – uciął.
Rozłączył się szybko. Poczułam ukłucie niepokoju, ale tłumaczyłam sobie, że potrzebuje czasu. Po kilku dniach zadzwonił sam.
– Wiesz, nawet nie jest tak źle – powiedział z energią, jakiej dawno u niego nie słyszałam. – Chodzimy na spacery, gram sobie w karty.
Uśmiechnęłam się do słuchawki. Mój plan działał. Dla jego dobra. Na pewno. A przy okazji dla mojego.
Coś się w nim zmieniło
Na początku było mi dobrze, aż za bardzo. Rano wstawałam bez pośpiechu, jadłam śniadanie przy oknie, a talerz po sobie mogłam zostawić w zlewie bez wyrzutów sumienia. Nikt nie pytał, co na obiad. Nikt nie marudził, że zupa za rzadka albo ziemniaki nie takie. Myślałam, że tak właśnie wygląda odpoczynek.
Dzwoniłam do Antoniego co kilka dni. Rozmowy były krótkie, konkretne.
– Wszystko w porządku? – pytałam.
– Tak, Janka. Mam zajęcia, zaraz wychodzę – odpowiadał i już go nie było.
Potem zaczął częściej pisać wiadomości zamiast dzwonić. „Gram w karty z chłopakami”. „Poznałem fajnych ludzi”. „Idziemy na spacer”. Uspokajałam się. W końcu o to chodziło. Żeby wyszedł do ludzi, żeby mu się chciało.
Któregoś dnia, tak zupełnie bez zastanowienia, napisałam: „A może ja też bym kiedyś pojechała do sanatorium? Razem byłoby weselej”. Nie odpisał. Zadzwoniłam. Odebrał, ale głos miał nagle obcy.
– Janka, nie mam czasu, później pogadamy – rzucił i się rozłączył.
Patrzyłam na telefon, jakby mnie zdradził. Przez kilka dni milczał. Potem wróciły wiadomości, ale rzadsze. Zaczęłam łapać się na tym, że czekam na dźwięk telefonu. Cisza, która wcześniej była ulgą, teraz robi się ciężka.
Kiedy wrócił, ledwo go poznałam. Wyprostowany, ogolony, z jakimś dziwnym błyskiem w oczach. Wniósł walizkę, rozejrzał się po mieszkaniu.
– Dobrze być z powrotem w domu – powiedział i uśmiechnął się do mnie tak jak dawniej.
Ucieszyłam się. Był czulszy. Pytał, czy czegoś nie potrzebuję. Sam proponował spacer. Jednocześnie co chwilę dzwonił telefon. Wychodził do drugiego pokoju, mówił ciszej.
– Kto to? – zapytałam raz.
– Znajomi z sanatorium – machnął ręką. – Fajni ludzie.
Cieszyłam się, a jednocześnie czułam, że stoję jakby obok własnego życia. Kiedy rozpakowywałam jego torbę, palce natrafiły na coś miękkiego. Damska apaszka. Delikatna, pachnąca obco. Serce mi zamarło. Gdy mu ją pokazałam, zmrużył oczy.
– Antek, co to ma być?
– Nic takiego, nie to, co myślisz – powiedział wymijająco.
– A co mam myśleć?! – głos mi zadrżał.
Nie przyznał się. Nie zaprzeczył. Zrozumiałam jedno: do sanatorium już nie pojedzie. Ja mu na to nie pozwolę. Tylko jak mam żyć z tą myślą, że na stare lata zrobił mi coś takiego?
To on miał ultimatum
Przez kilka dni chodziłam po domu jak cień. Apaszka leżała schowana w szufladzie, ale czułam ją wszędzie. Antoni zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Robił herbatę, pytał, czy nie jest mi zimno, a wieczorem siadał obok mnie na kanapie.
– Janka, czemu ty jesteś taka milcząca? – zapytał w końcu.
Spojrzałam na niego długo. Na tego „nowego” Antoniego, pewnego siebie, spokojnego. Nagle poczułam, że mam dość.
– Bo nie wiem, z kim ja teraz żyję! – odpowiedziałam z wybuchem.
Westchnął, jakby to on był zmęczony.
– Przesadzasz. To był tylko wyjazd. Ludzie się poznają, rozmawiają.
– Rozmawiają i zostawiają sobie apaszki? – rzuciłam ostro.
Zamilkł. Wstał i podszedł do okna. Stał plecami do mnie.
– To jakiś przypadek. Nic ci nie muszę tłumaczyć – powiedział po chwili. – Ale jedno musisz wiedzieć. Ja już nie chcę wracać do tego, co było.
Serce zaczęło mi bić jak oszalałe.
– Do czego? Do małżeństwa? – zapytałam.
Odwrócił się powoli.
– Do stagnacji. Do ciągłego siedzenia w czterech ścianach. Tam… poczułem, że jeszcze żyję.
– A ja? – wyszeptałam. – Ja się już nie liczę?
Podszedł bliżej, ale między nami była jakaś niewidzialna ściana.
– Liczysz się. Dlatego mówię uczciwie. Albo zaakceptujesz, że będę żył po swojemu, spotykał się z ludźmi, jeździł… albo się rozstaniemy.
Słowo „rozstaniemy” zawisło w powietrzu. Sześćdziesiąt lat na karku, wspólne mieszkanie, lata przyzwyczajeń. Upokorzenie albo rozwód. Taki wybór mi zostawił.
– Chcesz, żebym udawała, że nie widzę? – zapytałam.
– Chcę tylko spokoju – odpowiedział bez wahania.
Tej nocy nie spałam. Leżałam obok niego i myślałam, jak to możliwe, że wysłałam męża do sanatorium, a wrócił ktoś obcy. I że teraz to ja muszę zdecydować, ile jeszcze jestem w stanie znieść.
Wszystko zepsuł na stare lata
Rano wstałam pierwsza. Zaparzyłam kawę tylko dla siebie i usiadłam przy stole. Antoni jeszcze spał, spokojny, jakby nic się nie wydarzyło. Patrzyłam na jego twarz i próbowałam odnaleźć w niej mężczyznę, z którym spędziłam większość życia. Tego, który kiedyś trzymał mnie za rękę na targu, bo bałam się tłumu. Tego, który potrafił śmiać się do łez z byle głupstwa. Nie znalazłam go.
Kiedy wstał, spojrzał na mnie uważnie.
– I co? – zapytał. – Przemyślałaś to?
– Tak – odpowiedziałam spokojnie, choć serce waliło mi jak młot.
Usiadł naprzeciwko mnie, pewny siebie. Czekał.
– Nie zgodzę się na życie w ciągłym domyślaniu się i zaciskaniu zębów – powiedziałam. – Nie będę udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest.
Zmarszczył brwi.
– Czyli co, rozwód?
Pokręciłam głową.
– Na razie nie. Ale nie dlatego, że się boję. Tylko dlatego, że muszę najpierw stanąć na własnych nogach. I ty też musisz wiedzieć jedno – nie będziesz mnie stawiał pod ścianą. Nigdy więcej.
Milczał długo. Pierwszy raz zobaczyłam w jego oczach niepewność.
– A jeśli nie potrafię żyć inaczej? – zapytał ciszej.
– To wtedy naprawdę się rozstaniemy – odpowiedziałam. – Bez krzyków, bez upokorzeń. Z godnością.
Nie wiem, co będzie dalej. Wiem tylko, że wysyłając męża do sanatorium, nie spodziewałam się, że to ja będę musiała nauczyć się żyć na nowo. Ale może właśnie tego było mi trzeba. Nie ciszy za wszelką cenę. Tylko szacunku. Także do samej siebie.
Janina, 60 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałem, że wyjazd do sanatorium będzie nudny jak oglądanie schnącej farby. Piękna kuracjuszka dała mi zajęcie”
- „Przez 40 lat byliśmy z żoną jak papużki nierozłączki. Na starość znalazła sobie kochanka i chce mnie puścić z torbami”
- „Na kolejne ferie zamkniemy z mężem dom na klucz. Synowa podrzuca nam dzieci na 2 tygodnie i nic więcej ją nie obchodzi”

