„Rzuciłam narzeczonego, gdy w walentynki wręczył mi prezent z bazaru. Nie spędzę życia z facetem bez klasy”
„Wyciągnął foliową reklamówkę. Taką zwykłą, szeleszczącą, z logo popularnego dyskontu. Już sam ten widok sprawił, że serce podeszło mi do gardła. Z reklamówki wyjął coś owiniętego w szary papier, niedbale zaklejony taśmą klejącą. – Przechodziłem przez ten bazarek koło dworca. I pomyślałem o tobie”.

Wszyscy mówili, że przesadzam. Że w dzisiejszych czasach znalezienie faceta, nie znika na całe noce i ma stałą pracę, to jak wygrana na loterii. Moja matka powtarzała, że miłość to sztuka kompromisu, a ja powinnam przymknąć oko na jego drobne wady. Ale tamtego wieczoru, siedząc w zatłoczonej restauracji, patrząc na ten tandetny przedmiot leżący na białym obrusie, poczułam, jak coś we mnie pęka. To nie był tylko prezent. To była wizytówka naszej przyszłości. Przyszłości byle jakiej, taniej i pozbawionej wyrazu. Wiedziałam już, że jeśli teraz nie wstanę i nie wyjdę, zdradzę samą siebie na zawsze.
Estetyka zderza się z bylejakością
Zawsze uważałam, że sposób, w jaki otaczamy się przedmiotami, mówi wiele o szacunku do nas samych i do ludzi, z którymi dzielimy życie. Nie chodziło mi nigdy o luksusy, metki czy snobizm, o który często mnie posądzano. Chodziło o staranność. Pracuję jako dekoratorka wnętrz, więc moje oko jest wyczulone na detale. Widzę różnicę między starym, dębowym stołem z duszą a sklejką, która udaje drewno. I niestety, zaczęłam dostrzegać tę samą różnicę w mojej relacji z Pawłem.
Byliśmy razem od trzech lat. Paweł był, jak to określali moi znajomi, „bezpieczną opcją”. Solidny, pracowity informatyk, który twardo stąpał po ziemi. Na początku ta jego przyziemność mnie pociągała. Ja bujałam w obłokach, dobierając odcienie zasłon, a on potrafił naprawić cieknący kran i zorganizować przegląd samochodu. Wydawało się, że się uzupełniamy. Jednak z biegiem czasu zaczęłam zauważać, że jego pragmatyzm ociera się o zwykłe niechlujstwo życiowe.
Zaczęło się niewinnie. Od ubrań rzucanych byle gdzie, od talerzy zostawianych na stole „na później”, które stawało się kolejnym rankiem. Potem przyszły prezenty. Na moje urodziny dostałam bon do supermarketu, bo „przecież i tak musisz robić zakupy”. Na rocznicę wręczył mi zestaw kosmetyków z wyprzedaży w drogerii, nawet nie zdejmując ceny promocyjnej.
– Kochanie, liczy się gest – mówił wtedy z tym swoim rozbrajającym uśmiechem, a ja gryzłam się w język.
Tłumaczyłam go przed sobą. Mężczyźni tacy są, myślałam. Nie rozumieją niuansów. Ale w głębi duszy czułam, że to nie jest kwestia płci. To kwestia klasy. Klasy, której nie kupuje się za pieniądze, ale wynosi z domu lub wypracowuje wrażliwością. Czułam, że powoli, systematycznie, obniżam swoje standardy, byle tylko dopasować się do jego wizji świata, w której jakość nie miała znaczenia, o ile coś spełniało swoją funkcję.
Sygnały, które ignorowałam przez lata
Pamiętam rozmowę z moją przyjaciółką, Anitą, która odbyła się na dwa tygodnie przed tymi nieszczęsnymi Walentynkami. Siedziałyśmy w mojej ulubionej kawiarni, gdzie kawa podawana jest w cieniutkiej porcelanie, a zapach świeżo pieczonych rogalików unosi się w powietrzu.
– Kinga, ty po prostu wymagasz od niego, żeby był kimś, kim nie jest – powiedziała Anita, mieszając latte. – Paweł to prosty facet. On nie rozróżnia beżu od ecru.
– Tu nie chodzi o kolory – westchnęłam, patrząc przez okno na padający śnieg. – Chodzi o wysiłek. O to, czy komuś się chce. Wiesz, ostatnio byliśmy u jego rodziców. Jego ojciec podał matce płaszcz. Tak po prostu, naturalnie. Paweł stał obok i grzebał w telefonie, czekając, aż ja się ubiorę. Kiedy zwróciłam mu uwagę, powiedział, że mam dwie ręce.
– Może miał gorszy dzień? – próbowała go bronić.
– On ma gorszy dzień od trzech lat – odparłam gorzko. – Zaczynam się czuć przy nim niewidzialna. Jak mebel, który po prostu stoi i ma być funkcjonalny.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zbliża się moment, który przeleje czarę goryczy. W pracy miałam akurat bardzo wymagający projekt – renowację starej willi pod miastem. Właściciel, starszy pan o nienagannych manierach, opowiadał mi o swojej zmarłej żonie. O tym, jak pisał do niej listy, jak sadził dla niej jej ulubione hortensje. Słuchając go, czułam ukłucie zazdrości. Nie o majątek, ale o tę atencję. O to, że dla kogoś drugi człowiek był wart wysiłku.
Paweł w tym czasie planował nasz wspólny wyjazd na majówkę. Jego propozycja? „Pojedziemy tam, gdzie będzie najtańszy nocleg”. Kiedy zasugerowałam, żebyśmy odwiedzili jakąś winnicę albo pojechali w góry, machnął ręką.
– Po co przepłacać? Góry są wszędzie takie same – stwierdził, wpatrzony w telewizor.
To zdanie dźwięczało mi w uszach przez kolejne dni. „Wszędzie takie same”. Dla niego wszystko było takie samo. Kawa to kawa, nieważne czy z ekspresu, czy rozpuszczalna. Buty to buty, nieważne czy skórzane, czy z plastiku, w którym noga się poci. I kobieta... czy dla niego też każda była „taka sama”?
Dzień rozczarowań, nie zakochanych
Nadeszły Walentynki. Wiem, że to komercyjne święto. Wiem, że miłość okazuje się na co dzień. Ale mimo wszystko, lubiłam ten dzień. Lubiłam pretekst, by ubrać się ładniej, wyjść gdzieś, celebrować to, że jesteśmy razem.
Zarezerwowałam stolik w nowej, włoskiej restauracji. Nie była najdroższa w mieście, ale miała świetne opinie i piękny wystrój. Chciałam, żeby było miło. Kupiłam Pawłowi elegancki, skórzany portfel. Zauważyłam, że jego stary się rozpada, a on ciągle narzekał, że gubi drobne. Wybrałam taki z dyskretnym grawerem jego inicjałów w środku. To był drobiazg, ale przemyślany. Kosztował mnie trochę wyrzeczeń, bo styczeń w mojej branży był martwym sezonem, ale chciałam mu sprawić przyjemność.
Paweł odebrał mnie z pracy spóźniony dwadzieścia minut. Nawet nie przeprosił.
– Korki są, co zrobisz – rzucił tylko, gdy wsiadałam do jego samochodu, w którym na wycieraczce walały się puste butelki po napojach.
– Mogłeś zadzwonić – powiedziałam cicho, zapinając pasy.
– Oj, przestań marudzić. Jest święto, uśmiechnij się – klepnął mnie w kolano.
W restauracji czułam się nieswojo. Paweł głośno komentował ceny w menu.
– Pięćdziesiąt złotych za makaron? Przecież w domu zrobiłbym ci to za dychę – parsknął, rzucając kartę na stół.
– Paweł, proszę cię. To wyjście. Płacimy za atmosferę, za obsługę, za smak – tłumaczyłam, czując, jak policzki mi płoną ze wstydu, gdy kelner nalewał nam wodę.
– Płacimy za snobizm – poprawił mnie.
Zamówiliśmy jedzenie. Atmosfera była gęsta. Próbowałam rozmawiać o planach na wakacje, o mojej pracy, ale on zbywał mnie półsłówkami, co chwilę zerkając na telefon. Czułam, jak narasta we mnie gula w gardle. Czy tak ma wyglądać reszta mojego życia? Czy zawsze będę musiała przepraszać za to, że chcę czegoś więcej niż byle co?
Czas się zatrzymał
Kiedy skończyliśmy posiłek, nadszedł czas na prezenty. Wyjęłam małe, starannie zapakowane pudełko. Paweł otworzył je, spojrzał na portfel i pokiwał głową.
– Fajny. Skóra? – zapytał, wąchając go.
– Tak, włoska. I zobacz do środka – zachęciłam go.
Zauważył inicjały.
– No, no. Postarałaś się. Dzięki. Mój stary już faktycznie ledwo żył – schował portfel do kieszeni marynarki, którą założył chyba tylko dlatego, że go zmusiłam.
– A to dla ciebie – powiedział, sięgając pod stół.
Wyciągnął foliową reklamówkę. Taką zwykłą, szeleszczącą, z logo popularnego dyskontu. Już sam ten widok sprawił, że serce podeszło mi do gardła. Z reklamówki wyjął coś owiniętego w szary papier, niedbale zaklejony taśmą klejącą.
– Nie miałem czasu biegać po galeriach, wiesz jak jest w robocie – zaczął się tłumaczyć, zanim jeszcze zdążyłam dotknąć paczki. – Ale jak wracałem, to przechodziłem przez ten bazarek koło dworca. I pomyślałem o tobie.
Drżącymi rękami rozerwałam papier. W środku znajdowało się pudełko z przezroczystym, pękniętym wieczkiem. A w nim... zestaw biżuterii. Jeśli można to było tak nazwać. Był to naszyjnik i kolczyki z jaskrawego, żółtego metalu, który udawał złoto, wysadzany wielkimi, plastikowymi kamieniami w kolorze wściekłego różu. Całość wyglądała jak zabawka dla pięciolatki, a nie prezent dla dorosłej kobiety. Na spodzie pudełka wciąż widniała naklejka z ceną: „15,99 zł”.
Zamarłam. Patrzyłam na ten przedmiot i nie mogłam wydusić słowa. To nie chodziło o to, że to była tania biżuteria. Gdyby dał mi własnoręcznie zrobioną bransoletkę z rzemyka, byłabym wzruszona. Gdyby kupił mi jedną różę od kwiaciarki, byłabym szczęśliwa. Ale to... to było coś gorszego. To był dowód na to, że kompletnie mnie nie zna. Że nie ma za grosz gustu, wyczucia, a przede wszystkim – szacunku.
– I co? Podoba się? – zapytał, przeżuwając resztkę pizzy. – Ten sprzedawca mówił, że to teraz modne. Że to jakiś tam stop, co nie czernieje.
– Paweł... – zaczęłam, a mój głos był dziwnie spokojny. – Czy ty naprawdę myślisz, że ja bym to założyła?
Jego uśmiech zgasł.
– No a czemu nie? Błyszczy się. Baby lubią, jak się błyszczy.
Jego definicja klasy
To zdanie było jak policzek. „Baby lubią, jak się błyszczy”. W tym jednym zdaniu zawarł całą swoją filozofię życiową. Spłycił mnie, moje potrzeby, moją estetykę do poziomu sroki, która leci na byle świecidełko z bazaru.
– Nie jestem „babą”, Paweł – powiedziałam, odsuwając od siebie ten plastikowy koszmar. – Jestem twoją narzeczoną. Kobietą, z którą planujesz życie. I to, co tu widzę, to nie jest prezent. To jest obelga.
– O co ci znowu chodzi?! – podniósł głos, zwracając uwagę stolików obok. – Kupiłem prezent? Kupiłem. Pamiętałem? Pamiętałem. Czego ty znowu wymagasz? Mam ci kupować diamenty? Nie śpię na pieniądzach!
– Nie chodzi o pieniądze! – syknęłam, nachylając się nad stołem. – Chodzi o to, że ten prezent kupiłeś w przelocie, między budką z kebabem a przystankiem autobusowym. Chodzi o to, że wziąłeś pierwsze lepsze badziewie, byle tylko „odfajkować” temat. Zostawiłeś na tym cenę! Piętnaście złotych! Tyle dla ciebie jestem warta? Mniej niż pizza, którą właśnie zjadłeś?
– Jesteś materialistką – prychnął, odchylając się na krześle. – Zawsze wiedziałem, że jesteś snobką.
– Nie jestem materialistką. Jestem estetką. I mam godność – wstałam od stołu. – Nie spędzę życia z facetem, który uważa, że zasługuję na plastik z bazaru. Nie spędzę życia z kimś, kto nie ma klasy. Kto nie potrafi się zachować, nie potrafi się postarać, nie potrafi słuchać.
– Jak wyjdziesz, to nie wracaj – rzucił za mną, pewny, że blefuję. Że zaraz usiądę, przeproszę i będziemy dalej trwać w tej bylejakości.
Ale ja nie usiadłam. Wzięłam torebkę, położyłam na stole połowę kwoty za rachunek (bo klasę zachowuje się do końca) i wyszłam.
Powrót do pustego mieszkania
Spacer do domu zajął mi godzinę. Było zimno, wiatr smagał mnie po twarzy, ale nigdy nie czułam się tak trzeźwa. Płakałam, oczywiście. Płakałam nad trzema latami, które poświęciłam na próbę oszukania samej siebie. Płakałam nad marzeniami o wspólnym domu, które właśnie legły w gruzach. Ale pod tymi łzami czułam coś jeszcze. Ulgę.
Kiedy weszłam do naszego – teraz już tylko mojego – mieszkania, uderzyła mnie cisza. Paweł został w restauracji, pewnie dojadając deser. Rozejrzałam się po salonie. Zobaczyłam stertę jego magazynów motoryzacyjnych na stoliku kawowym, jego brudne skarpetki przy kanapie. Do tej pory to tolerowałam. Teraz widziałam to jako symbole chaosu, którego już nie chciałam w swoim życiu.
Zaczęłam się pakować. Nie, właściwie to zaczęłam pakować jego. Wrzucałam jego rzeczy do worków na śmieci. Może to było mało eleganckie, ale w tamtym momencie czułam, że to adekwatne. Skoro on traktował nasz związek jak coś, co można załatwić byle jak, to ja tak samo potraktuję jego wyprowadzkę. Wrócił dwie godziny później. Był lekko wstawiony. Zobaczył worki w przedpokoju i zbladł.
– Co ty odwalasz? – zapytał, bełkocząc.
– To, co powinnam zrobić dawno temu. Kończymy to. Zabieraj swoje rzeczy. Ten portfel możesz sobie zatrzymać na pamiątkę. Może kiedyś nauczysz się, że jakość ma znaczenie.
Próbował się kłócić, próbował mnie przepraszać, a na koniec zwyzywał mnie od księżniczek. Słuchałam tego ze spokojem. Każde jego słowo tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że podjęłam jedyną słuszną decyzję. Tej nocy spał u kolegi. Następnego dnia przyjechał po resztę rzeczy. Oddałam mu pierścionek zaręczynowy. Nawet nie zapytał dlaczego. Wiedział, że przegrał, choć pewnie w swojej głowie to ja byłam tą złą.
Nowy początek bez plastiku
Minęło pół roku. Walentynki wspominam teraz jako dzień wyzwolenia. Moje mieszkanie wreszcie wygląda tak, jak chciałam. Jest w nim harmonia, spokój i porządek. Nie ma brudnych skarpet i tanich rozwiązań. Spotkałam się ostatnio z tym starszym panem od renowacji willi. Zaprosił mnie na wernisaż. Nie jesteśmy parą, to raczej relacja mentor-uczennica, ale obserwując go, widzę, jak powinien zachowywać się mężczyzna. Otwiera mi drzwi. Słucha, gdy mówię. Kiedy przyniósł mi książkę o architekturze, była zapakowana w piękny papier, a w środku była dedykacja napisana wiecznym piórem.
Zrozumiałam, że „klasa” to nie kwestia urodzenia czy grubości portfela. To stan umysłu. To szacunek do siebie i do świata. To dbanie o to, by życie nie było byle jakie. Paweł podobno spotyka się teraz z jakąś dziewczyną z jego osiedla. Widziałam ich raz w galerii handlowej. On szedł przodem, ona dreptała za nim z siatkami. Wyglądali na... dopasowanych. I dobrze. Niech będą szczęśliwi. Ja wybrałam inną drogę.
Czasami, gdy patrzę na swoją dłoń, na której nie ma już pierścionka, czuję lekki smutek. Ale potem przypominam sobie ten różowy plastik z bazaru i uśmiecham się do siebie. Uratowałam się przed życie w wersji demo. I to był najlepszy prezent, jaki mogłam sobie sprawić.
Warto czekać na kogoś, kto zrozumie, że nie jestem sroką. Że nie wszystko złoto, co się świeci. I że prawdziwa miłość, tak jak dobre wnętrze, wymaga staranności, dbałości o detale i przede wszystkim – autentyczności. Nie żałuję ani chwili. Bo lepiej być samą z klasą, niż z kimś, kto zamienia twoje życie w tani bazar.
Kinga, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zimą bardziej niż kaloryfer grzeje mnie miłość kochanka. Mąż i dzieci nie wiedzą, że mamusia ma swoje za uszami”
- „Gdy w walentynki pękła w mieszkaniu rura, zalałam męża pretensjami. Ten wieczór był najlepszą randką od dnia naszego ślubu”
- „Przesiąkłem zapachem perfum kochanki, więc szybko kupiłem takie same żonie. Kłamstwo wyszło na jaw”

