Reklama

Są dni, kiedy człowiek patrzy na swoje życie i myśli: „Nie tak to miało wyglądać”. Ja mam takich dni więcej, niż chciałabym przyznać. Codzienność w naszym domu od lat przypominała dobrze naoliwioną maszynę – wszystko działało, ale bez cienia pasji. Ja, Wojtek i dzieci. Praca, przedszkole, zakupy, obiady, nocne prasowanie, poranne pytania o skarpetki. Wszystko pod linijkę. Tyle że gdzieś po drodze zgubiłam siebie. A może po prostu przestałam się sobie przyglądać.

Z Wojtkiem jesteśmy małżeństwem od ponad dziesięciu lat. Kiedyś był moim najlepszym przyjacielem. Dziś jest bardziej współlokatorem. Dobrze zarabia, nie pije, nie zdradza, nie podnosi głosu – ideał na papierze. Tylko że od lat mnie nie dotknął. Nie patrzył jak na kobietę. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz się śmialiśmy razem z czegoś głupiego. Wszystko między nami było przewidywalne i cholernie ciche.

Ferie w Zakopanem miały być odpoczynkiem. Chciałam uciec od tej szarzyzny, choćby na chwilę. Dla dzieci – śnieg, kulig, gofry. Dla mnie – może kilka godzin ciszy, może kawa na Krupówkach. Nie miałam żadnych planów. Po prostu chciałam przetrwać. Nie spodziewałam się, że właśnie ten wyjazd stanie się początkiem końca albo – początkiem czegoś nowego. Choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jedno spotkanie, jeden paragon i jedno spojrzenie wystarczą, by cała moja układanka się rozpadła.

Nie szukałam żadnych znajomości

Wojtek został z dziećmi w apartamencie. Tego dnia padał śnieg, a ja potrzebowałam zniknąć. Powiedziałam tylko:

Idę do spa. Potrzebuję chwili bez tych wrzasków.

– Jasne, odpocznij – mruknął, nawet nie odrywając wzroku od telefonu.

Wyszłam. Szłam powoli, czując ulgę na samą myśl, że przez kilka godzin nikt nie będzie ode mnie niczego chciał. Spa w hotelu nie było może luksusowe, ale czyste i ciche. Zamówiłam masaż klasyczny. Chciałam się tylko położyć i na chwilę przestać myśleć. Weszłam do poczekalni, gdzie pod ścianą siedział mężczyzna w szarym golfie. Gdy usiadłam naprzeciwko, podniósł wzrok i uśmiechnął się lekko.

Samotna turystka? – zagadnął z tym uśmiechem, który sprawia, że od razu chcesz odpowiedzieć.

– Matka dwójki dzieci uciekająca od hałasu – odparłam bez namysłu.

Zaśmiał się.

– W takim razie jesteśmy w tej samej drużynie. Maciek – podał rękę.

Zdziwiłam się, że rozmawiam z obcym facetem z taką łatwością. Z Wojtkiem nie rozmawiałam tak od dawna. Może w ogóle z nikim. Po masażu spotkaliśmy się znów w kąciku z herbatą. Usiadł obok mnie, zupełnie naturalnie.

Znam świetne miejsce na pierogi. Chcesz się przejść? – zapytał.

– A czemu nie – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się zastanowić.

Zamówiliśmy dwie porcje pierogów, kompoty i deser. Rozmawialiśmy długi i wesoło. Gdy podeszła kelnerka z rachunkiem, sięgnęłam do torebki.

Ja zapłacę. To mój dzień, moja decyzja.

Nie wiedziałam wtedy, że właśnie ten paragon będzie gwoździem do trumny mojego małżeństwa. Wtedy jednak nie wróciłam do męża i dzieci, tylko dałam się zaprosić do apartamentu Maćka. To była chwila. Myślałam, że to będzie moja tajemnica. Ot moment ucieczki od rzeczywistości.

Wszystko przez ten paragon

Po powrocie z Zakopanego wszystko wróciło do „normy”. Pranie, zakupy, korki do szkoły, zupa na dwa dni. Gdyby nie ten ułamek mnie, który jeszcze czuł dłoń Maćka na moich plecach, pomyślałabym, że nic się nie wydarzyło. Paragon z tamtego obiadu wrzuciłam luzem do torebki, nawet o nim nie myśląc. Nie schowałam go ani głęboko, ani celowo. Po prostu gdzieś był.

– Hej, Hania – zawołał mnie Wojtek z kuchni. – Co to, do cholery, jest?

Stał przy stole, trzymając w dłoni kawałek papieru. Gdy weszłam, jego brew uniosła się wysoko.

– Paragon za… coś? – zapytałam, udając lekko zdezorientowaną.

– Za pierogi na sto dziewięćdziesiąt sześć złotych? – podniósł głos. – Dwie porcje ruskich, dwa kompoty, dwa serniki i dwa espresso. Ty to wszystko zjadłaś sama?

Zacisnęłam usta.

– To Zakopane. Wiesz, jak tam wszystko kosztuje…

– I co, kompot też był po trzy dychy? – jego ton stawał się lodowaty. – Z kim tam byłaś?

Ludzie siadają razem, czasem przy jednym stoliku. Może skasowali to jako wspólne zamówienie, może kelnerka pomyliła… – zaczęłam kręcić.

Zobaczyłam, jak jego wzrok staje się coraz bardziej przenikliwy. Jakby coś mu się właśnie zaczęło układać.

– Hania, nie jestem idiotą. Ty nie jesteś idiotką. Co się wydarzyło w tym spa?

Zamilkłam. Czułam, że grunt pod nogami mięknie. Ale wtedy jeszcze nie miałam odwagi powiedzieć prawdy. Jeszcze nie.

Nic się nie wydarzyło – wyszeptałam.

Paragon zniknął w jego dłoni. Złożył go starannie i włożył do kieszeni.

– Dobrze. Na razie.

Coś się we mnie zmieniło

Nie wracał do tego przez kilka dni. Myślałam, że może dał sobie spokój, może uznał, że naprawdę to tylko był przypadek. Że po prostu za dużo dopowiedział. A potem przyszedł piątek. Dzieci spały. Oglądałam coś na laptopie, gdy usiadł naprzeciwko mnie przy stole.

Powiedz mi prawdę – powiedział cicho. – Już teraz. Bez kręcenia.

Spojrzałam na niego. Wyglądał, jakby nie spał od kilku nocy. Pod oczami miał cienie, ramiona opadnięte. Czekał.

Nie miałam już siły udawać.

Zdradziłam cię – powiedziałam spokojnie. – Nie planowałam tego. Po prostu… to się wydarzyło.

Zamknął oczy.

– Kto to był?

– Ktoś z hotelu. Nie znałam go wcześniej. Nie wiem nawet, czy kiedykolwiek jeszcze go zobaczę.

Wojtek zaśmiał się gorzko.

– Czyli po prostu pierwszy lepszy?

Nie odpowiedziałam. Nie myślałam o tym w ten sposób.

– Dlaczego? – zapytał. – Dlaczego mi to zrobiłaś?

– Bo od lat jestem w tym małżeństwie sama. Nie rozmawiamy. Nie dotykasz mnie. Przez większość czasu czuję się jak... cień.

Jesteś egoistką – wstał. – Zrujnowałaś wszystko dla jednej nocy.

– Nie zrujnowałam. To już było zepsute. Tylko nikt z nas nie miał odwagi tego powiedzieć.

Nie jesteś kobietą, którą poślubiłem – wysyczał przez zęby.

Spojrzałam mu w oczy.

– Może i tak. I może już nie chcę nią być.

Nie rzucał talerzami. Nie krzyczał. Tylko wyszedł i przez godzinę nie wracał. Siedziałam w kuchni i patrzyłam w zimny kubek po herbacie. Czy czegokolwiek żałowałam?

Po feriach podjęłam decyzję

Po tej rozmowie nic już nie było jak dawniej. Mieszkaliśmy pod jednym dachem, ale mijaliśmy się jak obcy ludzie. On wstawał wcześniej, wychodził bez słowa. Wieczorami zamykał się w gabinecie. Dzieci czuły napięcie, zaczęły się dziwnie zachowywać – młodszy częściej płakał, starsza zadawała pytania, na które nie potrafiłam odpowiedzieć.

Nie kłóciliśmy się. Nie było już energii na kłótnie. Było tylko to przejmujące milczenie. Przez tydzień próbowałam żyć „normalnie”. Chodzić do pracy, robić zakupy, pakować świąteczne ozdoby, które jeszcze zostały po grudniu. Tylko w środku mnie wszystko było puste.

W końcu pewnego ranka wzięłam wolne, pojechałam do sądu i złożyłam pozew. Nie powiedziałam mu od razu. Wróciłam do domu, zrobiłam obiad. Dzieci bawiły się klockami w pokoju, gdy podeszłam do niego z dokumentem.

Złożyłam papiery – powiedziałam cicho. – Nie chcę, żeby dzieci dorastały w takim domu. Ani żebyśmy my oboje gubili się coraz bardziej.

Spojrzał na kartkę, potem na mnie. Kiwnął głową.

– Dobrze – powiedział tylko.

– Nic więcej nie powiesz?

– A co mam powiedzieć? Że mam cię błagać, żebyś została, po tym, co się stało? Że nagle ci wybaczę?

Nie odpowiedziałam. Wieczorem rozmawiałam z Martą, moją przyjaciółką. Powiedziała dwa zdania, które zostały ze mną na długo:

– Cisza też potrafi krzyczeć, Hania. A spokój może zabijać. Tego chcesz na co dzień?

Nie było drugich szans

Minęło kilka miesięcy. Spakowałam się i wynajęłam małe mieszkanie dwie ulice dalej, żeby dzieci mogły łatwo przychodzić do ojca. Wojtek nie protestował. Podzieliliśmy się opieką – tydzień u mnie, tydzień u niego. W praktyce często i tak wszystko ustalaliśmy na bieżąco. Bez walki. Bez sądu. Nie dlatego, że było nam łatwo. Po prostu oboje byliśmy już zbyt zmęczeni, żeby walczyć.

Maciek nigdy więcej się nie odezwał. Może nawet nie pamiętał mojego imienia. Może to dobrze. To nie był żaden książę z bajki. To był impuls. Lustro, w którym na chwilę zobaczyłam siebie jako kobietę – nie matkę, nie żonę, nie logistyczną machinę.

Z Wojtkiem widujemy się przy przekazywaniu dzieci. Rozmawiamy o sprawach praktycznych – szkolne zebranie, dentysta, nowy plecak dla Małgosi. Kiedyś, gdy dzieci się nie słuchały, siedzieliśmy razem przy kuchennym stole i omawialiśmy strategię. Teraz tylko wymieniamy kilka zdań.

Czasem jest w nim cień dawnego Wojtka. Uśmiech, jakiś komentarz, jakby chciał powiedzieć coś więcej, ale nie wiedział jak.

– Czasem myślę, że mogłem więcej... – powiedział mi któregoś dnia.

– Może. A może ja powinnam była wcześniej powiedzieć, że znikam.

Gdybyś powiedziała... może wszystko wyglądałoby inaczej.

– A może po prostu nie umieliśmy już się widzieć.

Skinął głową. Nic więcej nie powiedział. Nie było dramatów. Nie było drugich szans. Tylko cisza i świadomość, że to, co było, już nie wróci.

Nie wygrałam w tej bitwie

Teraz mieszkam sama w dwupokojowym mieszkaniu z widokiem na przystanek tramwajowy. Codzienność wygląda inaczej, ale nie jest łatwiejsza. Dzieci śpią w moim łóżku, gdy mają koszmary. Sama piję kawę na zimno, bo nikt nie przypomina mi, żeby ją dopić.

Nie czuję ulgi, choć czasem przychodzi cichy spokój. Nie jestem ani szczęśliwa, ani nieszczęśliwa. Jestem prawdziwa. Taka, jaka jestem. Nie muszę już udawać. Nie mam złudzeń. Rozwód to nie zwycięstwo. To nie koniec złej książki. To tylko nowy rozdział – pusty, z nieznanymi jeszcze słowami. Są wieczory, kiedy łzy same płyną. Są poranki, gdy budzę się z lękiem, że nie dam rady. Potem robię śniadanie, wiążę warkoczyki Małgosi, tłumaczę Filipowi matmę i przypominam sobie, po co w ogóle to zrobiłam.

Ten feralny paragon z Zakopanego mam schowany w szufladzie. Nie po to, by pamiętać zdradę. Nie po to, by się karać. On jest symbolem chwili, w której pierwszy raz od lat spojrzałam na siebie inaczej. Jako na kobietę, która jeszcze coś czuje. Która nie chce umierać każdego dnia z powodu cudzej obojętności.

Pierogi kosztowały mnie prawie dwie stówy. Rozwód – znacznie więcej. Jednak może właśnie dzięki temu przestałam żyć w iluzji i zaczęłam oddychać.

Hania, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama