Reklama

Nigdy nie byłam wielką fanką gór zimą, ale Piotr miał zupełnie inne zdanie na ten temat. Od kilku miesięcy co rusz wspominał o wyjeździe na ferie do Zakopanego, aż w końcu poddałam się jego namowom. Chciał, żebyśmy pojechali razem, zostawili codzienność i w końcu odpoczęli od pracy, miasta i rutyny.

Wydawało się, że wyjazd to po prostu spełnienie jego marzenia o idealnym, romantycznym czasie tylko we dwoje. W głowie już układałam sobie scenariusze: gorąca czekolada, spacery w śniegu, wieczory przy kominku. Nigdy nie przypuszczałam, że wyjazd ten okaże się dla mnie momentem zwrotnym. Ferie w górach miały być dla nas okazją do umocnienia związku. Dopiero później zrozumiałam, że w tym wszystkim chodziło o coś zupełnie innego.

Czułam rosnący niepokój

Pierwszy dzień wyjazdu powitał nas gęstą śnieżycą i przemoczoną kurtką, bo Piotr koniecznie chciał nieść wszystkie bagaże sam. Sapał, przeklinał pod nosem, kiedy w końcu udało nam się dotrzeć do pensjonatu.

– No, zobacz jak tu pięknie – rozpromienił się, jakby zapomniał o wszystkim, co działo się po drodze. – Widzisz, mówiłem, że będziesz zadowolona.

Stałam w progu pokoju, rozglądając się niepewnie. Dziwny był ten pokój: surowy, mało romantyczny, dość zimny. Za to widok na góry – bajka. Piotr, jak tylko rzucił torby, zabrał się za rozpakowywanie. Chyba pierwszy raz widziałam go takiego energicznego i… trochę spiętego.

– Chodź, pójdziemy zobaczyć okolicę – nalegał. – Nie ma sensu siedzieć tutaj.

Przeszliśmy przez zasypane podwórze, Piotr co chwilę zerkał w telefon, odpowiadał krótko na moje pytania.

– Dziś tylko rozpoznanie terenu – rzucił, gdy przystanęłam przy sankach stojących przy wejściu. – Jutro czeka nas prawdziwa zabawa.

Miałam wrażenie, że coś ukrywa. Niby czułam się wyjątkowa, bo przecież wyjazd był „dla nas”, a jednak jakaś niepokojąca nuta nie dawała mi spokoju. Jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek.

Coś mi nie pasowało

Drugi dzień od rana miałam wrażenie, że jestem statystką w czyimś spektaklu. Piotr obudził mnie wcześnie, wyciągnął z łóżka, wręczył świeżo zaparzoną kawę i podał plan dnia.

– Najpierw narty, potem termy, wieczorem kolacja – wyrecytował z uśmiechem.

Niby wszystko brzmiało jak bajka, ale on patrzył na mnie nerwowo, jakby czekał na moją reakcję.

Nie potrafiłam odmówić. Próbowałam się rozluźnić, udawałam, że cieszę się z każdego pomysłu. Gdy założyłam kombinezon, a Piotr już stał z nartami gotowy do wyjścia na stok, poczułam się nieswojo. On szusował jak dziecko, ja natomiast, ślizgając się niezdarnie, widziałam tylko jego plecy znikające na zakręcie.

– Dasz radę! – krzyczał wesoło z góry. – Ja wiem, że to dla ciebie nowość, ale się nauczysz.

W środku coś mnie uwierało. Miał być czas dla nas, tymczasem czułam się jak balast. Gdy w końcu zeszliśmy ze stoku, Piotr rozmawiał przez telefon, oddalając się ode mnie na tyle daleko, bym nie mogła usłyszeć ani słowa.

– Idziemy coś zjeść? – zapytałam, gdy wrócił.

– Zaraz, muszę coś jeszcze załatwić. Poczekaj chwilę.

Wtedy po raz pierwszy poczułam, że naprawdę nie wiem, po co tu jestem.

Czułam się nieswojo

Kolejny dzień przyniósł jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi. Piotr stał się wręcz nadgorliwy – miał rozpisane godziny posiłków, zaplanowane atrakcje, rezerwacje na termy i wieczorne kuligi. Wydawało się, że nie ma miejsca na spontaniczność, o której marzyłam. Zamiast wspólnego odpoczynku wszystko wyglądało jak zorganizowana wycieczka dla grupy szkolnej, a nie dla zakochanej pary.

– Dzisiaj musimy zdążyć na kulig, więc nie ma mowy o przeciąganiu obiadu – instruował, marszcząc brwi, kiedy powiedziałam, że chętnie posiedziałabym dłużej przy kominku.

W drodze na kulig telefon Piotra dzwonił bez przerwy. Z każdym kolejnym połączeniem stawał się bardziej spięty, w końcu odsunął się ode mnie na bok, przykrywając usta rękawiczką.

– To tylko znajomy z pracy, wiesz, sprawy firmowe… – rzucił, widząc moje spojrzenie.

Nie drążyłam, chociaż narastał we mnie niepokój. Obserwowałam, jak podczas kuligu rozgląda się wokół, nie bardzo zwracając uwagę na to, co do niego mówię. Gdy dotarliśmy na polanę, Piotr nagle odsunął się od grupy, znikając za drzewami.

Stałam sama, patrząc na roziskrzone śniegiem góry, z poczuciem, że nie pasuję do tego miejsca. Zamiast romantycznej przygody czułam rosnący chłód – i to wcale nie przez zimę.

Nie byłam dla niego partnerką

Czwartego dnia wyjazdu nie miałam już złudzeń. Obudziłam się sama w pokoju – Piotra nie było. Jego telefon leżał na stoliku. Za oknem panowała jeszcze cisza, a ja przez chwilę łudziłam się, że może poszedł tylko po kawę. Po godzinie wrócił, dziwnie rozpromieniony.

– Chodź, śniadanie czeka w jadalni! – oznajmił, unikając mojego spojrzenia.

Podczas posiłku rozmawiał z kelnerką, zachwalał górskie sery, pytał o polecane trasy, jakby był tu gospodarzem. Ja czułam się niewidzialna. Nie wytrzymałam i wyszłam na zewnątrz zaczerpnąć powietrza. Szybko do mnie dołączył.

– O co ci chodzi? – zapytał z irytacją. – Mieliśmy się dobrze bawić!

– Chciałam być tu z tobą, a nie jako dodatek do twojego wyjazdu – wyrzuciłam.

Piotr machnął ręką, jakby nie miał czasu na takie rozmowy.

– Przesadzasz. Wszystko jest super, tylko ty masz wiecznie jakieś „ale”.

Odeszłam bez słowa, coraz bardziej pewna, że nie jestem tu dla niego partnerką, tylko mało istotnym punktem jego własnego planu. Tego dnia, na termach, Piotr znowu był zajęty telefonem i rozmowami z obcymi. Czułam się coraz bardziej wyobcowana.

Farsa dobiegła końca

Ostatniego dnia ferii wiedziałam już, że coś się wydarzy. Piotr znów wcześnie wyszedł, zostawiając mnie samą. Postanowiłam nie czekać biernie – ubrałam się, zeszłam do recepcji i usiadłam w kącie jadalni z kubkiem gorącej herbaty. Z dala widziałam, jak Piotr rozmawia z jakąś kobietą w holu. Byli zaabsorbowani sobą, ich gesty nie pozostawiały złudzeń. Podszedł do mnie później, jakby nic się nie stało.

– Spotkałem znajomą jeszcze z czasów studiów... Nie wiedziałem, że tu będzie – rzucił lekko.

Nie odpowiedziałam. Czułam się rozczarowana, ale przede wszystkim… zdradzona nie tyle przez brak jego wierności, co z powodu jego intencji. Przez cały wyjazd Piotr grał rolę idealnego organizatora, ale nie miał dla mnie ani odrobiny uwagi, ani czułości. Nagle zrozumiałam, że to wszystko był tylko teatr. Stworzył pozory romantycznego wyjazdu we dwoje, by podtrzymać iluzję. Bym dalej wierzyła, że wszystko jest idealnie.

Wieczorem spakowałam swoje rzeczy szybciej niż zwykle. Piotr zdziwiony patrzył, jak znoszę walizkę do samochodu.

– Już chcesz wracać? – spytał, udając zaskoczenie.

– Tak, bo nie chcę być statystką w twoim życiu – odpowiedziałam cicho.

Droga powrotna była długa i zimna. Po raz pierwszy poczułam ulgę, że ta farsa dobiega końca.

Musiałam pozbyć się złudzeń

Po powrocie do domu długo nie mogłam się otrząsnąć z goryczy tego wyjazdu. Przez pierwsze dni chodziłam jak cień, próbując zrozumieć, dlaczego pozwoliłam sobie na rolę drugoplanową w historii, która miała być moją własną. Piotr zachowywał się tak, jakby nic się nie stało – od razu rzucił się w wir pracy, zostawiając mnie z milczeniem i niedopowiedzeniami. Ani razu nie zapytał, co czuję, nie zauważył nawet, jak bardzo oddaliliśmy się od siebie przez te kilka dni.

Wieczorami patrzyłam na nasze zdjęcia z gór. Wyglądaliśmy na szczęśliwych – sztuczne uśmiechy, pozowane miny. Wspomnienie ferii w Zakopanem, które miałam w swoim sercu, wyglądało jednak zupełnie inaczej.

Kiedy w końcu zebrałam się na odwagę, powiedziałam Piotrowi wprost, że nie chcę już uczestniczyć w jego „idealnych planach”, jeśli mam je dzielić z kimś innym. Spojrzał na mnie zdziwiony, może nawet trochę zaniepokojony. Chyba naprawdę nie rozumiał, o co mi chodzi.

Wyjazd w góry miał nas zbliżyć, a ostatecznie pokazał, jak daleko od siebie jesteśmy. Może tak właśnie miało być – lepiej dowiedzieć się wcześniej, niż tkwić w iluzji przez kolejne lata.

Eliza, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama