„Rodzina wpada do mnie na ferie jak do jakiegoś pensjonatu. Jeszcze tylko brakuje, by chcieli pobudkę na życzenie”
„Mieszkam tu od kilku lat. Sama. Bez męża, bez dzieci, za to z wiecznie cieknącym dachem. I choć kocham to miejsce i to, co robię, bywa, że marzę, by ktoś choć raz ogarnął to wszystko za mnie. Znajomi z miasta zwykle są zachwyceni. Bo >>jak tu sielsko, jak domowo<<. A ja z każdą zimą czuję się coraz bardziej styrana”.

- Redakcja
Zimą gospodarstwo w Beskidach wygląda jak z pocztówki – bielutko, cicho, sielsko. Ale tylko dla tych, którzy przyjeżdżają tu na ferie. Dla mnie to okres intensywnej pracy: łopata do śniegu zamiast śniadania, karmienie kóz i kur, grzanie domu, sprawdzanie bojlera. Mieszkam tu od kilku lat. Sama. Bez męża, bez dzieci, za to z wiecznie cieknącym dachem. I choć kocham to miejsce i to, co robię, bywa, że marzę, by ktoś choć raz ogarnął to wszystko za mnie. Znajomi z miasta zwykle są zachwyceni. Bo „jak tu sielsko, jak domowo”. A ja z każdą zimą czuję się coraz bardziej styrana. Któregoś dnia zadzwonił telefon. Marta. Młodsza siostra, miastowa matka dwójki żywiołowych dzieci.
– Ankaaa! Wpadamy! Na tydzień! Dzieci chcą śniegu, a u ciebie to jak w bajce!
Zamarłam. Od razu usłyszałam w głowie echo:
– „Dzieci chcą śniegu, a ty przecież wszystko ogarniesz, jak zwykle.”
Oczywiście, że dzieci chcą śniegu. A ja, jak zwykle, dostanę do ogarnięcia wszystko – od skarpetek po grzanie kaloryferów. Rodzina. Ta, co się pojawia wtedy, kiedy jej wygodnie. Miałam nadzieję, że choć tym razem się mylę.
Przyjechali na gotowe
Wjechali z takim impetem, jakby przyjechali na własną posesję. Auto jeszcze dobrze nie zgasło, a drzwi już się otworzyły. Dzieci wyskoczyły pierwsze – rozkrzyczane, rozbiegane, bez rękawiczek, jakby mróz ich nie dotyczył. Tomek wysiadł spokojnie, wyjął z bagażnika trzy walizki i dwie torby z zabawkami, a Marta krzyknęła z wnętrza samochodu:
– Anka! Kakao masz? Mała pije tylko z mlekiem migdałowym. Nie zapomniałaś?
Wyszłam z kuchni, w fartuchu, z dłońmi mokrymi od ciasta drożdżowego. Spojrzałam na nią bez słowa. Marta wysiadła z auta, w modnych butach nieprzystosowanych do śniegu. Przeszła po podjeździe ostrożnie, jakby była na wybiegu, nie na wsi.
– Ale tu pięknie – rzuciła, rozglądając się na boki. – Dzieci będą miały raj.
Nie odpowiedziałam. Weszliśmy do środka. Marta rzuciła torbę na kanapę, a Tomek zostawił walizki w przedpokoju.
– Zaraz się rozpakujemy – mruknął z uśmiechem i zniknął w łazience.
Dzieci już buszowały po pokojach. Starszy wlazł na łóżko w buciorach, młodsza wylała sok na świeżo wyprany obrus. Marta zauważyła to, ale tylko się uśmiechnęła.
– Zostaw, Anka. Ja potem przetrę.
Potem nie nadeszło. Wieczorem przyrządzałam im kolację.
– Możesz mi pomóc nakryć do stołu? – zapytałam Martę.
– Wiesz, muszę jeszcze ogarnąć kilka wiadomości– odpowiedziała, nie podnosząc wzroku znad laptopa.
Tomek zerknął na mnie z miną „co poradzę?”, ale nie powiedział ani słowa. Usiadłam później w swoim pokoju, wykończona. Od rana odśnieżałam podjazd, potem robiłam zakupy, piekłam chleb, ogrzewałam domek, szykowałam kolację, a teraz... Teraz byłam gosposią dla własnej siostry. Nie przyszli do mnie. Przyjechali na gotowe.
My jesteśmy na urlopie
Następnego dnia wstałam o szóstej. Śniegu dosypało w nocy. Odgarnęłam schody, posypałam piaskiem wejście do domku i wróciłam do kuchni, żeby nastawić wodę na jajka. Piekarnik już się nagrzewał, chleb wyrastał, kawa parzyła się w kawiarce. W międzyczasie sprawdziłam, czy dzieciaki nie porozrzucały butów po całym korytarzu. Porozrzucały. Ułożyłam, choć nie powinnam. Wstali dopiero po ósmej.
– Śniadanie na stole za dziesięć minut – rzuciłam cicho.
Przyszli o dziewiątej. Usiedliśmy przy stole.
– Marta, mogłabyś mi pomóc potem z gotowaniem obiadu?
Marta spojrzała na mnie zaskoczona.
– Wiesz, na później mamy już plany. Chcemy trochę rozejrzeć się po okolicy.
Odeszłam bez słowa. Po obiedzie jedno z dzieci wylało kompot na podłogę. Poprosiłam Tomka:
– Możesz przetrzeć? Ściereczka jest pod zlewem.
– Jasne, zaraz – powiedział. Ale zaraz nie nadeszło.
Tomek siedział z nosem w laptopie. Wieczorem poprosiłam Martę, żeby pomogła mi z podłogą – dzieci naniosły błoto, widać było ślady w całym domu.
– Anka, daj spokój, naprawdę? Przecież to będzie zaraz znowu brudne. Wyluzuj trochę – rzuciła, opierając się o drzwi.
Poczułam, jak we mnie narasta coś ciężkiego. Nawet nie złość. Raczej... zmęczenie. To zmęczenie, które gromadzi się przez lata, aż w końcu nie da się go już zignorować.
– Naprawdę nie możesz raz czegoś zrobić? Przez tydzień tylko ja tu działam – powiedziałam, z trudem utrzymując równy ton.
– Ale halo, my jesteśmy na urlopie.
Nie odpowiedziałam. Wyszłam na zewnątrz, choć mróz szczypał w policzki. Stanęłam przy płocie i patrzyłam w dolinę, gdzie wszystko było przykryte śniegiem. Cicho, pięknie, jak w bajce. Tylko że bajki są dla dzieci. A ja miałam do uprania dwie pościele, całą podłogę do umycia i jeszcze kolację. I nikogo, kto by mnie zobaczył. Po prostu potrzebowałam, żeby ktoś przez chwilę mnie zauważył. Mnie – a nie tylko talerze, koce i gorącą herbatę.
Może powinnam ich potraktować tak samo
Tej nocy nie spałam. Leżałam w łóżku i patrzyłam w sufit. Wstałam po czwartej. Ubrałam się szybko, wzięłam łopatę i poszłam odśnieżać schody przed domem. Mimo mrozu nie przestawałam. Rytmiczne uderzenia łopaty zagłuszały wszystko, co huczało mi w głowie. Po godzinie wróciłam do kuchni, rozpaliłam piec, nastawiłam kawę. I usiadłam przy stole. O dziewiątej drzwi otworzyły się z hukiem.
– Ale się zrobiliśmy głodni! – zawołała Marta, wchodząc do kuchni jak do baru mlecznego. – Masz może coś na szybko? Tosty, owsiankę, coś ciepłego?
Nie odpowiedziałam. Wstałam, poszłam do lodówki, wyjęłam mleko, płatki, wstawiłam wodę. W ciszy. Bez uśmiechu, bez komentarza. Tomek wszedł chwilę później. Nawet nie spojrzałam na niego. Podałam dzieciom śniadanie, potem im, potem zaczęłam sprzątać po nich, jak zwykle. Marta rozłożyła się na kanapie z telefonem. Tomek wziął laptopa i usiadł przy stole. Nikt nie zapytał, czy czegoś potrzebuję. Nikt nie zauważył, że ledwo stoję na nogach. Spojrzałam na bałagan w domu. Kurtki wisiały rozwieszone na moim kaloryferze, z butów ciekła woda. W salonie leżały klocki, kredki, resztki popcornu. Marta siedziała w fotelu.
– Zrobiłabyś nam herbatę z cytryną? – powiedziała.
Zrobiłam. Bez słowa. A potem poszłam do swojego pokoju. Usiadłam na skraju łóżka. Cicho. W końcu westchnęłam i powiedziałam to, co myślałam od dwóch dni:
– Jeśli rodzina mnie nie szanuje, to może powinnam ich potraktować tak samo.
W tej chwili nie czułam już żalu. Czułam decyzję.
To podsumowanie waszego pobytu
Wyjechali w sobotę rano. Marta rzuciła: „Było świetnie”, a Tomek dodał: „Dzięki za wszystko, Anka, na pewno jeszcze wrócimy”. Dzieci machały mi z auta. Wrzucili walizki, pomachali jeszcze raz i pojechali. Zostały po nich brudne ręczniki, mokre pościele, ślady buciorów na schodach, resztki jedzenia w lodówce i śmieci, które obiecywali wyrzucić, ale „zapomnieli”. Zamknęłam drzwi i wróciłam do kuchni. Zaparzyłam sobie mocną kawę i wzięłam kalkulator.
Zaczęłam wszystko podliczać. Siedem noclegów dla dwóch dorosłych i dwójki dzieci. Dwa śniadania dziennie. Korzystanie z kominka. Ręczniki – wymiana co drugi dzień. Pranie dodatkowej pościeli. Herbata, mleko migdałowe, owoce. Wszystko punkt po punkcie. Na końcu dodałam: „Zniżki rodzinne już nie obowiązują.” Wysłałam jej wiadomość. Bez wstępu. Bez emotek. Bez uśmiechów. Po prostu zdjęcie kartki z podsumowaniem. Odpisała niemal od razu.
– Co to ma być? To chyba jakiś żart?
Zaczęła dzwonić. Odrzuciłam.
– To podsumowanie waszego pobytu – napisałam.
Potem wyciszyłam telefon i wyszłam na zewnątrz. Powietrze było czyste, ostre, słońce odbijało się od śniegu. Jeśli moja praca jest niewidzialna, to niech przynajmniej będzie policzalna.
Nie chodziło o jedno przepraszam
Po wiadomości była cisza. Telefon milczał, żadnego dzwonka, żadnej kolejnej wiadomości. Minęły dwa dni, potem trzy. W czwartym, wieczorem, przyszła krótka wiadomość od Tomka.
– Przepraszam za wszystko. Powinniśmy inaczej się zachować.
Nie odpisałam. Nie chodziło o jedno przepraszam. Nie chodziło nawet o herbatę, odśnieżanie, pościel. Chodziło o to, że przez tydzień czułam się jak służąca, nie jak siostra. Jak opiekunka, nie jak gospodyni. Jak tło dla ich wygody. Byłam rozdarta. Część mnie miała ochotę zadzwonić do Marty i powiedzieć jej wszystko. Wylać w końcu te lata przemilczeń, zlekceważonych telefonów, szybkich odwiedzin, w których chodziło tylko o świeże powietrze, nie o mnie. Ale druga część... Ta druga milczała. I dobrze jej było z tym milczeniem.
Wieczorem usiadłam z kubkiem kawy przy kuchennym stole. Myśli wracały, krążyły. Co to znaczy być siostrą? Czy to jest jakaś wieczna umowa, że trzeba się poświęcać, bo „rodzina”? Czy bycie kobietą naprawdę oznacza, że trzeba wszystko ogarniać, z uśmiechem, bez słowa? Nie miałam odpowiedzi. Ale po raz pierwszy od dawna czułam, że choć trochę postawiłam granicę.
Siedziałam na tarasie z kubkiem kawy, patrzyłam na góry pokryte śniegiem. Wzięłam głęboki wdech. Marta się nie odezwała. Nie zadzwoniła, nie napisała. Nie pytała, dlaczego rachunek, dlaczego tak, dlaczego w ogóle. Może się obraziła. Może uznała, że przesadziłam. Może właśnie tyle warte było nasze „jesteśmy rodziną”. Nie miałam siły analizować. Przez ostatnie lata zbyt często tłumaczyłam cudze zachowania. Byłam cierpliwa, wyrozumiała, dostępna. I już nie chcę.
Anna, 43 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mam za złe dzieciom, że zabrały mnie ze wsi do miasta. Wolę swój mały domek pod lasem niż ich zimne pałace”
- „Pojechaliśmy z rodziną do Austrii w Alpy, by spędzić ferie marzeń. Wróciłam jako samotna matka i zdradzona kobieta”
- „Wyjechałam z ukochanym w Tatry, ale do domu wróciłam sama. Czułam, że kręci i w końcu złapałam go na gorącym uczynku”

