Reklama

W dzieciństwie często słyszałam, jak moi rówieśnicy opowiadali z rozczuleniem o swoich babciach – jak piekły im ciasta, broniły przed rodzicami, szeptały sekrety i tuliły do snu. Ja tylko milczałam. W mojej głowie słowo „babcia” nie wywoływało żadnego ciepła, a wręcz przeciwnie – grymas niechęci i niepojętego wstydu.

Gdy inni jechali do ukochanej seniorki z bukietem tulipanów, ja z trudem zmuszałam się, by przypomnieć sobie cokolwiek dobrego na jej temat. Teraz zbliża się Dzień Babci i znów czuję tę samą niechęć. I ulgę, że nie muszę się z nikim dzielić wspomnieniami.

Nie miałam prawdziwej babci

– A twoja babcia co ci kupiła na urodziny? – zapytała mnie kiedyś Paulina, przynosząc do szkoły własnoręcznie dziergany sweterek z dopiętą karteczką: „Dla mojej najukochańszej wnusi – Babcia Jadzia”.

Pokręciłam głową. Wtedy jeszcze nie umiałam kłamać na zawołanie.

Nie mam babci – odpowiedziałam sucho.

– Um... zmarła? – zrobiła się czerwona i od razu pożałowała pytania.

– Mieszka w tym samym mieście – powiedziałam po chwili.

Paulina już więcej nie pytała. A ja nawet nie wiedziałam, czy żałuję, że nie mam się czym pochwalić, czy bardziej wstydzę, że nikt mnie nie ostrzegł, jak bardzo można nie lubić własnej babci. Bo u mnie w domu się o tym nie mówiło. Czasem, gdy inne dzieci zostawały u babć na weekend, ja siedziałam w domu z mamą, która rzucała od niechcenia:

– Lepiej, że nie jedziesz. I tak byłabyś tam tylko problemem.

Nie zaprzeczałam. Ja to czułam. Czułam od zawsze. Babcia zawsze patrzyła na mnie tak, jakby widziała w moich oczach wszystkie porażki swojej córki. A może tylko sobie to wmawiałam? Tyle że nawet dziś, po latach, mam ciarki, gdy przypomnę sobie jej zimne „dzień dobry”.

Musiałam zasłużyć na jej łaskę

Babcia lubiła porządek. Taki wojskowy. W jej mieszkaniu nie było miejsca na przypadkowo rzucony koc, na niedokręcony kran czy na dziecięce ślady palców na szybie. Zawsze pachniało tam jakąś ostrą pastą do podłogi i starą naftą. Mówiła, że czystość to oznaka moralności. Brud – lenistwa. A lenistwo to grzech.

Nigdy nie powiedziała, że mnie kocha. Nawet nie udawała, że jestem dla niej ważna. Byłam córką swojej matki, tej, która „zrujnowała sobie życie przez głupotę”, więc według babci byłam z definicji gorszym człowiekiem. Niby dawała mi zupę, ale bez słowa. Czasem rzucała drożdżówkę, ale jak psu, bez uśmiechu, bez spojrzenia. Gdy próbowałam się przytulić, odsuwała mnie, mówiąc:

– Spocona jesteś, jak wszystkie dzieciaki. Idź się umyj.

A kiedy przyniosłam jej rysunek z przedszkola, nie spojrzała nawet.

– Co ja mam z tym zrobić? Powiesić? Przecież mam czyste ściany.

Więc szybko się nauczyłam – u babci uczucia były za zasługi. Za piątki, za dobre maniery, za milczenie. Inaczej była kara – cisza, wzrok pełen pogardy i zdanie:

Takie dziecko to wstyd.

Nie wiedziałam, że można kochać kogoś bez konieczności zasługiwania na miłość.

Czułam się jak oszustka

W podstawówce pani kazała nam napisać wypracowanie o najpiękniejszym wspomnieniu z dzieciństwa. Pamiętam, że siedziałam nad kartką przez godzinę, gryząc długopis. Wszystkie wspomnienia, które miałam, były szare i ciche. Jakby nic nie miało koloru.

Paulina napisała o pieczeniu pierników z babcią, Michał o wycieczce do zoo z dziadkiem, a ja? Ja wymyśliłam historię. Napisałam, że babcia robiła mi szarlotkę i opowiadała bajki o krasnoludkach. Wymyśliłam wszystko – zapachy, słowa, nawet to, że trzymała mnie za rękę. Pani się wzruszyła, przeczytała na głos. Dzieci klaskały, a ja czułam się jak oszustka.

W domu pokazałam babci tę laurkę, chcąc – sama nie wiem czego – może jakiegoś potwierdzenia, że to mogłoby być prawdziwe. Spojrzała krótko, skrzywiła się i rzuciła:

– Kłamstwo. Po co opowiadasz brednie? Z babcią bajki? A gdzie ja miałam na to czas?

Odwróciła się i poszła do kuchni. A ja spaliłam tę kartkę jeszcze tego samego dnia w piecu. Wtedy pierwszy raz zrozumiałam, że są rzeczy, o których się w szkole nie mówi. Że moja babcia to nie temat do opowieści. Chyba że wymyślonych.

Nie byłam smutna

Na pogrzebie wszyscy mówili o niej jak o świętej. Ksiądz odczytał listę cnót: oddana rodzinie, pobożna, kochająca, sprawiedliwa. A ja stałam w ostatnim rzędzie, ściskając rękaw płaszcza i nie wiedząc, co zrobić z tą całą goryczą, która mi się aż ulewała.

Babcia była dobrym człowiekiem – szepnęła do mnie mama. Wierzyła w to. Albo chciała wierzyć. Może wtedy łatwiej było wybaczyć, że jako dziecko wysyłała mnie do niej z nadzieją, że się do siebie zbliżymy.

W czasie stypy ktoś podszedł do mnie z ciastkiem i powiedział:

– Ty to byłaś jej oczkiem w głowie. Zawsze się tobą chwaliła.

Zakrztusiłam się kompotem. Serio? Mną?

– No mówiła, że taka jesteś rezolutna. Trochę za szczera, ale ambitna.

Za szczera... Tak. Babcia mówiła, że dzieci powinny siedzieć cicho i nie wymyślać sobie bajek.

Później, kiedy już wszyscy się rozeszli, zostałam sama przy jej grobie. Stałam chwilę i pomyślałam: „Nawet teraz nie wiem, co ci powiedzieć. Nie tęsknię. I nie jestem wdzięczna. I chyba nawet nie jestem smutna”.

I to była najuczciwsza rozmowa, jaką z nią kiedykolwiek odbyłam.

Nie zapalę jej świeczki

Mama zapytała, czy w Dzień Babci pojadę na cmentarz. Że trzeba kupić znicz, może jakiś stroik. Że nie wypada nie pojechać. Że to przecież babcia.

– Wiem, że nie była idealna – dodała cicho, jakby próbując mnie uprzedzić – ale była naszą rodziną.

Rodziną, która nie mówiła „kocham cię”, tylko „załóż czyste rajstopy”. Która nie pytała, jak się czuję, tylko stale mnie oceniała. Rodziną, która przez całe dzieciństwo przypominała mi, że istnieję tylko dlatego, że moja matka miała za miękkie serce.

Spojrzałam na znicze w sklepie, tyle ich było. Małe, duże, plastikowe, szklane, tanie i przesadnie drogie. Wszystkie takie same. Bezduszne.

I pomyślałam, że ja nie chcę dla niej ani jednego, bo nic dobrego mi się nie przypomina. Nie ma jednej rzeczy, jednej chwili, za którą mogłabym powiedzieć: „dziękuję”. Ani jednej, gdy chciałabym ją znów dotknąć, przypomnieć sobie, jak pachniała, jak się śmiała, jak coś ugotowała specjalnie dla mnie.

Pamiętam za to ciszę, milczącą pogardę i chłód zimniejszy niż styczniowy wiatr. Więc nie, nie zapalę jej świeczki na grobie. Nie dlatego, że nie wypada. Tylko dlatego, że nie chcę. Bo dla mnie Dzień Babci to nie święto. To trudne wspomnienia i bolesna świadomość, że ja nigdy nie miałam babci z prawdziwego zdarzenia.

Nie mam już ochoty udawać

Stoję między półkami z bombonierkami i kubkami z napisem „Najlepsza Babcia”, obok pluszowych serc, świeczek o zapachu wanilii i gotowych laurek. Wszystko tu krzyczy, że babcia ma być dobra, uśmiechnięta. Że trzeba ją kochać i tęsknić za nią, gdy odejdzie. I nagle czuję, że ja nie mam nic, co chciałabym w ten sposób świętować.

Nie czuję potrzeby, żeby kupować jej cokolwiek „bo tak wypada”. Przez całe życie to ja byłam tą, którą trzeba było poprawiać, uciszać, zawstydzać. Dla niej byłam problemem, nie wnuczką. I nie muszę udawać, że było inaczej tylko dlatego, że w kalendarzu jest jej święto. Nie czuję potrzeby, by zapalić światło na jej grobie.

Wychodzę ze sklepu z pustymi rękami. Obok mnie jakaś dziewczynka niesie kwiaty owinięte w papier. Widzę, że się uśmiecha. Może jedzie do babci, która ją naprawdę kocha, a może do takiej, która jej nigdy nie skrzywdziła. Zazdroszczę. Wracam do domu z pustymi rękami. Mama pyta, czy kupiłam coś dla babci. Odpowiadam, że nie. Nie dopytuje, może wie, przecież też pamięta. A może woli nie poruszać tematu, bo łatwiej jest trzymać się wersji, w której babcia była „chodzącym dobrem”.

Nie jadę na cmentarz. Siedzę przy oknie i myślę: nie każda relacja zasługuje na wspomnienie. Nie każda babcia zasługuje na pamięć. A ja już nie mam ochoty udawać. Nie mam ochoty kupować kwiatów na Dzień Babci, skoro przez lata nie dostałam od niej nawet jednego ciepłego słowa.

Zofia, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama