„Rodzice zmusili mnie do ślubu, żeby ubić wspólny interes. Porzuciłem miłość życia dla warsztatu samochodowego”
„Ożeniłem się z Dorotą, bo tak chciała mama, bo ojciec z teściem wymarzyli sobie wielki rodzinny biznes, bo nie miałem odwagi zaprotestować. Żona mnie zdradzała, a ja płakałem w poduszkę”.

Elenę spotkałem na czwartym roku studiów. W październiku poznaliśmy się na jakiejś imprezie, zaczęliśmy ze sobą rozmawiać i nagle coś między nami zaskoczyło, gwiazdy na niebie stały się bardziej błyszczące, księżyc namawiał do marzeń przed snem. Innymi słowy: zakochałem się.
W grudniu mieliśmy razem wyjechać na sylwestra organizowanego przez studentów w górskim zajeździe, ale wcześniej były święta i oczywiście pojechałem do domu.
No i w wigilijny ranek dowiedziałem się, że rodzice chcą mnie wyswatać z córką właściciela zakładu wulkanizacyjnego, który przylegał do warsztatu samochodowego mojego ojca. Przy piwie, a może i czymś mocniejszym, obaj panowie wymarzyli sobie fuzję jak z dawnych wieków.
– Jak połączymy obie firmy – emocjonował się tata – to staniemy na mocnych finansowych nogach.
– No to się połączcie – powiedziałem. – Mało to spółek z o.o. czy innych? Nie trzeba od razu wciągać w to dzieci. Wystarczy notariusz.
– Oj, Tobiaszu, w ogóle nie myślisz. Po co się robi biznes? Dla dzieci. Ty jesteś moim dzieckiem i moim obowiązkiem jest zapewnić ci dobrą przyszłość. Poza tym ty też masz swoje obowiązki – spłodziłem cię, wychowałem, poświęcałem swój czas i pieniądze. Miałeś, co chciałeś. Czas się odpłacić.
Patrzył na mnie tym swoim specyficznym wzrokiem, który żądał i wymagał.
Znałem to spojrzenie od dziecka i chociaż nie miałem już ośmiu lat, nadal mnie obezwładniało. A jednak spróbowałem:
– No tak, tylko że ja właśnie poznałem cudowną dziewczynę, chodzimy ze sobą… – ale sam czułem, że wypadam słabo. Zresztą trzeba było znać mojego ojca i siłę jego osobowości, by zrozumieć, że rzadko kto był w stanie się mu oprzeć, jak zafiksował się na jakimś pomyśle.
– Daj spokój – ojciec machnął obojętnie ręką. – Miłość jest dobra dla nastolatków. No i tak szybko mija, a w życiu liczy się co innego.
Tamtą Wigilię spędziliśmy wspólnie z rodziną wulkanizatora. Jego córka, Dorota, siedziała obok mnie i niczym troskliwa żona dbała, żeby mój talerz był stale pełny. W spojrzeniach rodziców widziałem satysfakcję, a także gotowość stłumienia najlżejszych objawów buntu.
Nie potrafiłem sprzeciwić się ojcu
Tak więc jadąc na sylwestra, byłem właściwie po słowie i powinienem był o tym powiedzieć Elenie. A jednak tego nie zrobiłem. Postąpiłem źle i podle, wiem. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Nawet miłość nie wszystko tłumaczy.
Każdą chwilę spędzałem z Eleną, czułem przepełniającą mnie desperację, jakbym chciał, by te godziny wystarczyły mi na całe życie. Kiedy nadeszła północ i czas noworocznych życzeń, Elena powiedziała, patrząc mi w oczy z uśmiechem:
– Chciałabym, żebyśmy za pięć lat byli w tym samym miejscu i czuli się tak samo szczęśliwi jak teraz. Obiecaj mi to.
– Obiecuję – powiedziałem, choć chciało mi się płakać.
Pół godziny po północy był zaplanowany kulig. Kiedy wszyscy zbierali się do drogi, udałem, że zwichnąłem nogę. Chciałem posiedzieć przy kominku, żeby jeszcze raz zastanowić się nad wszystkim. Może znajdę jakieś wyjście z tej sytuacji, kombinowałem w duchu. Namówiłem Elenę, żeby pojechała na kulig.
Kiedy umilkł dźwięk dzwoneczków przyczepionych do końskich uprzęży, usiadłem w ciszy przed ogniem i poczułem, jak po twarzy płyną mi łzy. Rozmyślałem o wszystkich aspektach sytuacji i poczułem własną bezsilność.
Nie potrafiłem sprzeciwić się ojcu. Byłem zbyt słaby. Nie zasługiwałem na miłość Eleny. Nagle poczułem oplatające mnie ramiona ukochanej.
– Nie mogłam pozwolić, żebyś był sam – powiedziała.
Powinienem był powiedzieć jej wtedy prawdę. Ale ona mnie pocałowała, poczułem zapach jej włosów i odpłynąłem. Przestałem myśleć.
Trzy tygodnie później Elena dowiedziała się przypadkiem o moich zaręczynach. Nim odeszła, spojrzała na mnie załzawionymi oczami i wyszeptała z bólem:
– Dlaczego prawdę musiałam usłyszeć od kogoś innego?
Milczałem. Myślę, że w tym momencie straciłem szacunek do samego siebie.
Paprałem się w bagnie
Dalej żyłem jak automat – skończyłem studia, ożeniłem się z Dorotą. Udawaliśmy normalne małżeństwo, co niedziela chodziliśmy raz do jednych, raz drugich rodziców na obiad, przyjmowaliśmy przyjaciół. Kiedy jednak drzwi za gośćmi się zamykały, każde z nas szło do swojego pokoju, do własnych zajęć. Spędzaliśmy czas oddzielnie.
Nie udało się nam zaprzyjaźnić, nic nie „zagrało”. Nie umieliśmy ze sobą rozmawiać, a w łóżku było jeszcze gorzej, więc tu też przestaliśmy udawać.
Trzy lata po ślubie dowiedziałem się, że Dorota ma kochanka. Poczułem ulgę i zażądałem rozwodu. Wtedy ojciec przyjechał do mnie, postawił na stole butelkę koniaku i wziął mnie na męską rozmowę. Tłumaczył, że w małżeństwie można popełnić jedną pomyłkę, ale dla dobra i w imię przyszłości rodziny należy winnemu wybaczyć.
– Poza tym, synu, ja i twój teść włożyliśmy sporo pieniędzy w ten interes. Wszystko to robimy dla was. My harujemy, a jutro wy będziecie odcinać od tego kupony. Powinieneś zatem wybaczyć swojej żonie, a zaręczam ci, że za kilka lat zrozumiesz, że to była najrozsądniejsza decyzja, która ci się bardzo opłaci. Kobieta musi się wyszumieć, ty też, jak masz ochotę… Co ci będę tłumaczył. Masz moje pozwolenie.
Ta rozmowa pozostawiła we mnie nieprzyjemny osad. Jakbym upaprał się we wstrętnie cuchnącym bagienku.
Kilka miesięcy później okazało się, że Dorota jest w ciąży. A moi rodzice stwierdzili, że nieważne, że to nie moje dziecko. Przecież potrzebujemy dziedzica, a ludzie w miasteczku już zaczynają gadać. Nagle poczułem się zdradzony. Mało ważny. I zrozumiałem, jakim do tej pory byłem matołem. Ojciec miał mnie za nic. A ja poświęciłem miłość swojego życia, żeby mógł spełnić swoje biznesowe marzenie.
– Nie – powiedziałem stanowczo. – Dosyć.
Następnego dnia wyprowadziłem się z domu. Pojechałem do Gorzowa Wielkopolskiego, gdzie wynająłem sobie mieszkanie, znalazłem pracę. Nie chciałem brać od ojca nawet złotówki. Próbowałem znaleźć Elenę, ale jakby zapadła się pod ziemię.
Co za spotkanie!
Minął rok, zbliżał się sylwester. Pięć lat po tamtym ostatnim balu w górach. Pamiętałem, co obiecałem Elenie, i postanowiłem dotrzymać słowa. Nawet jeśli ona nigdy się o tym nie dowie. Już dwa miesiące wcześniej wykupiłem miejsce na balu w tamtym zajeździe.
Tej nocy siedziałem przy stoliku, jadłem i wspominałem. Patrzyłem na rozbawionych ludzi. Nie dałem się jednak namówić na kulig. Kiedy wszyscy wyjechali, usiadłem przy kominku. Obok paliły się światła na choince. W myślach znów kochałem się z Eleną, jak wtedy, pięć lat temu.
W pewnym momencie za oknem rozległ się dźwięk dzwoneczków. Sanie zajechały przed zajazd. Rozległ się gwizd przeciągu i czyjeś buty zatupały w sieni.
– Chyba się spóźniłyśmy, mamusiu – usłyszałem dziecięcy głos.
– Ale w końcu dojechałyśmy – odpowiedziała jakaś kobieta.
Ponieważ właściciele pojechali z całą grupą na kulig, wstałem z krzesła i wyszedłem do holu, żeby pomóc. Zobaczyłem Elenę, która rozpinała kurteczkę małej dziewczynce w śmiesznej czapce z kocimi uszkami. Stanąłem jak wryty i gapiłem się na kobietę z moich snów. Wreszcie mnie zauważyła i także znieruchomiała.
– Co tu robisz? – spytała niepewnie.
– Spełniam twoje życzenie sprzed pięciu lat – powiedziałem. – Pamiętasz?
Patrzyła na mnie nieodgadnionym wzrokiem.
– Chyba się wiele nie zmieniłeś – powiedziała wreszcie.
– To źle? – spytałem.
Popatrzyła na córeczkę, która wlepiała we mnie wielkie, brązowe oczka. Bardzo senne.
– Muszę położyć małą spać. Ledwie trzyma się na nogach. Śnieżyca nas opóźniła. Może spotkamy się rano przy śniadaniu.
Zrozumiałem. Patrzyłem, jak Elena bierze dziecko na ręce i idzie na piętro. Ogarnął mnie wielki smutek. Jak łatwo zmarnować swoje życie… Gdybym pięć lat temu zachował się jak mężczyzna, to ta dziewczynka byłaby teraz moją córeczką. Serce ścisnął mi wielki żal.
Usiadłem przy choince i bezmyślnie wpatrywałem się w płomienie furkoczące w kominku. Nie wiem, ile czasu minęło – pół godziny, godzina. Nagle ktoś usiadł przy mnie. Elena.
– Wszystko pamiętam – powiedziała cicho.
– Kto jest jej ojcem?
Oczekiwałem opowieści o nieszczęśliwym małżeństwie. Zaskoczyła mnie.
– Ty. Poczęliśmy Rozalkę w tamtą sylwestrową noc przed pięciu laty. Ty wtedy nie potrafiłeś o mnie walczyć, a ja uniosłam się honorem. O mało nie popełniłabym teraz tego błędu po raz drugi. Chciałam jutro z samego rana wyjechać, ale Rozalka, zanim zasnęła, powiedziała: „Mamusiu, ten pan ma miły uśmiech. Chciałabym, żeby był moim tatusiem” – Elena westchnęła. – Rozalka ma cztery lata i obsesję na punkcie tatusia. To przez przedszkole. A że chciałabym, żeby była szczęśliwa, to pomyślałam sobie…
Zamknąłem jej usta pocałunkiem, a potem przytuliłem i znowu byłem szczęśliwy jak dawniej. Czego chcieć od życia więcej?
Czytaj także:
„Zmusiłam chłopa do ślubu, choć mnie nie kochał. W końcu znalazł miłość, a ja zostałam na lodzie z głodowymi alimentami”
„Ojciec zmusił mamę do ślubu szantażem. Porzuciła miłość swojego życia i cierpiała w milczeniu, by ratować mojego dziadka”
„Córka chce się rozwieść, bo zięć pije. Jej ojciec też za kołnierz nie wylewał, ale przy nim trwałam i w końcu zmądrzał”

