„Rodzice zaglądają mi do portfela i komentują moje zakupy. Według nich część pieniędzy mogłabym dać im w prezencie”
„Zaczęłam coraz rzadziej ich odwiedzać. Dzwonili – nie odbierałam. Pisałam, że jestem zmęczona, że mam pracę, że się nie wyrabiam. Nie chciałam już słuchać tych aluzji, tych szeptanych komentarzy i przeciągłych spojrzeń. Zamiast czułości – krytyka. Zamiast wsparcia – rozliczenia”.

Moi rodzice od jakiegoś czasu regularnie komentowali moje zakupy. Niby przypadkiem zaglądali mi do portfela, ale za każdym razem kończyło się to serią uwag. Każda moja decyzja była przez nich analizowana, jakby nie mieli własnych spraw. Twierdzili, że powinnam wydawać mniej na swoje przyjemności, a więcej przeznaczać na ważniejsze cele – czyli na nich. Kiedy kupiłam nową sukienkę albo poszłam do fryzjera, mama przewracała oczami, a tata wzdychał znacząco. Coraz częściej słyszałam, że mogłabym im coś sprezentować, skoro mnie stać. I wtedy coś we mnie zaczęło się buntować.
Oko na mój portfel
Zaczęło się zupełnie niewinnie – od momentu, gdy zostawiłam portfel na stole w kuchni. Mama weszła do pokoju, spojrzała na niego, a potem, niby od niechcenia, otworzyła i zajrzała do środka. Kiedy wróciłam, paragon z kawiarni wystawał z kieszonki w zupełnie innym miejscu niż wcześniej.
– Na co znowu wydajesz pieniądze? – zapytała od razu, z miną pełną dezaprobaty.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo już leciała cała litania: że kawa na mieście to fanaberia, że kosmetyki są niepotrzebne, że lepiej byłoby, żebym dorzuciła się do rachunku za prąd.
– To przecież tylko kawa – powiedziałam cicho.
– Kawa za szesnaście złotych. Za tyle to można zrobić gar kawy w domu! – odpowiedziała z oburzeniem. – Jakbyś nie miała gdzie pieniędzy wkładać…
Od tamtej pory było tylko gorzej. Każdy paragon, który przypadkiem zostawiłam w kieszeni, był pretekstem do kolejnej tyrady. Mama potrafiła nawet przetrząsnąć moją torbę w poszukiwaniu gum do żucia, tylko po to, żeby później zapytać, czy naprawdę potrzebuję tylu nowych rzeczy. Najgorsze było to, że tata też się w to wciągnął. Przeglądali moje wydatki jak księgowi, tylko nie z troski, ale z niezdrowego poczucia, że mają do tego prawo.
Zaczęły się aluzje
Któregoś dnia mama znowu zaczęła temat podczas obiadu. Wzięła widelec do ręki, westchnęła głęboko, po czym spojrzała na mnie tym swoim spojrzeniem pełnym wyrzutu, jakbym właśnie zrobiła coś okropnego.
– Nie mówię, że źle robisz, że sobie coś kupujesz – zaczęła niby łagodnie. – Ale my z tatą też przecież istniejemy. Może byś czasem pomyślała o innych?
Tata podłapał od razu.
– Nie żebyśmy coś sugerowali, ale nowy czajnik by się przydał. I mikrofalówka. Nasza to jeszcze chyba z innych czasów – zwrócił się do mamy.
– No i te poduszki w salonie… – dodała mama, podnosząc brwi. – Takie modne widziałam ostatnio w Ikei. Ty to się znasz na stylu, mogłabyś nam wybrać. I… może zasponsorować?
Przestałam jeść. Wiedziałam już, do czego zmierzają. Oni naprawdę uważali, że moją pensję powinnam w części przekazywać im. Jak podatek od bycia ich dzieckiem. Bo przecież mnie wychowali, mnie karmili, na mnie wydali…
– My cię przecież nie zmuszamy – powiedziała mama, widząc moją minę. – Ale rodzina też człowiek. Też bym chciała coś od życia.
I wtedy zrozumiałam, że to nie są tylko żarty.
Ciągłe ciche pretensje
Po tamtym obiedzie nie wracałam do tematu. Milczałam, gdy mama znowu komentowała mój płaszcz – „Elegancki, ale chyba nie z taniej sieciówki?” – i kiedy tata zapytał, czy planuję kolejne wakacje, choć przecież „Polska też piękna, po co za granicę?”. Nie chciałam się kłócić. Uciekałam w obojętność, w pozory, w udawanie, że nie słyszę. Problem w tym, że to milczenie zaczęło między nami narastać jak mur. Któregoś wieczoru przyszłam do nich z ciastkami z dobrej cukierni. Ot, taki gest. Mama otworzyła pudełko, zajrzała do środka i powiedziała:
– To ile cię to kosztowało? Bo chyba nie mniej niż dwie dyszki. Oj, Basia, ty to się z pieniędzmi nie liczysz…
Nie odpowiedziałam nic. Położyłam pudełko na stole i wyszłam do łazienki. Oparłam się o umywalkę i wzięłam głęboki oddech. Dlaczego wszystko, co robiłam, musiało być analizowane? Nawet drobna przyjemność, nawet głupie ciastka?
Zaczęłam coraz rzadziej ich odwiedzać. Dzwonili – nie odbierałam. Pisałam, że jestem zmęczona, że mam pracę, że się nie wyrabiam. Nie chciałam już słuchać tych aluzji, tych szeptanych komentarzy i przeciągłych spojrzeń. Zamiast czułości – krytyka. Zamiast wsparcia – rozliczenia.
Pora na rachunek sumienia
Przyszłam do nich w niedzielę, pierwszy raz od trzech tygodni. Mama była jakby milsza, a tata mniej drażliwy. Pomyślałam naiwnie, że może coś do nich dotarło. Zjedliśmy obiad, pogadaliśmy o pogodzie, nawet się pośmialiśmy. Na koniec mama zniknęła na chwilę w sypialni i wróciła z kopertą.
– To nic wielkiego – powiedziała, wręczając mi ją. – Tylko takie rachunki… za ostatni miesiąc. Prąd, gaz, Internet. Skoro mieszkasz sama i cię stać, to może trochę pomożesz też nam?
Zamarłam.
– Chcecie, żebym wam płaciła za rachunki?
– Nie płaciła. Dorzucała się – mama wzruszyła ramionami. – W końcu często u nas bywasz. Woda się leje, światło się świeci. No i ogólnie – dobrze ci się powodzi.
Spojrzałam na tatę, ale nie zaprzeczył. Patrzył tylko na mnie wyczekująco, jakby czekał, aż sięgnę po portfel i od razu wyjmę gotówkę.
– Nie, mamo. Nie zrobię tego – powiedziałam spokojnie, choć w środku wrzałam.
– To bardzo samolubne, Basia – syknęła, biorąc kopertę z powrotem.
Wyszłam bez słowa. Na klatce schodowej ścisnęło mnie w żołądku, ale wiedziałam, że postąpiłam słusznie. To nie był rachunek za gaz. To był test, czy się złamię.
Dłużej tego nie zniosę
Następnego dnia zadzwoniła mama. Nie odebrałam. Potem SMS: „Nie chcemy się kłócić. Chcieliśmy tylko sprawiedliwości”. I drugi, po godzinie: „Kiedyś zrozumiesz, że rodzina to obowiązek, nie tylko miłe chwile”. Przeczytałam, schowałam telefon do kieszeni i poszłam do pracy. Wiedziałam, że jeśli im teraz ulegnę, jeśli wrócę z przeprosinami i pieniędzmi, to będę to robić już zawsze. A przecież nie tak wygląda miłość.
Dopiero po tygodniu zadzwoniłam. Zaprosiłam ich do siebie. Przygotowałam herbatę, usiedliśmy przy stole. Patrzyli na mnie niepewnie, jakby czekali, aż powiem „przepraszam”. Nie powiedziałam.
– Musimy ustalić granice – zaczęłam. – Jestem dorosła, zarabiam na siebie. To, co robię z pieniędzmi, to moja sprawa. Nie będę wam się z nich tłumaczyć. I nie będę wam płacić za bycie córką.
Mama zacisnęła usta. Tata odchrząknął, ale się nie odezwał.
– Kocham was. Ale jeśli chcecie być w moim życiu, to musicie przestać mnie oceniać i traktować jak bankomat. Nie dam się szantażować waszymi rozczarowaniami.
Milczeli długo. Potem mama powiedziała cicho:
– Może faktycznie trochę przesadziliśmy...
Nie odpowiedziałam. To był pierwszy raz, gdy poczuli, że mnie nie mają już na smyczy.
Moje pieniądze, moje zasady
Od tamtej rozmowy minęło kilka miesięcy. Nasze relacje nie wróciły do dawnej beztroski, ale stały się… uczciwsze. Rodzice przestali komentować moje zakupy, a jeśli coś ich kusi, by rzucić uwagę, powstrzymują się, przynajmniej przy mnie. Czasem jeszcze czuję ich spojrzenia, gdy wpadam z nową torebką albo wspomnę o weekendzie w spa, ale nic nie mówią. I to już coś.
Nie oddałam im ani złotówki. Ani z poczucia winy, ani „na odczepne”. Za to częściej przywożę domowe ciasto, zapraszam ich do siebie na kolację. Dzielę się tym, czym chcę – czasem, troską, rozmową. Nie pieniędzmi. Zrozumiałam, że jestem jedyną osobą, która może chronić swoje granice. Że jeśli nie powiem „stop”, to inni będą wchodzić mi na głowę, udając, że to tylko czułość. A to nie była czułość. To była kontrola przebrana za troskę.
Nie każdy dorosły potrafi dorosnąć do tego, by zaakceptować, że jego dziecko ma prawo żyć po swojemu. Ale ja nie muszę nikomu się tłumaczyć, ile wydałam na buty, ani czy kupiłam bilet do teatru czy do Paryża. Moje życie. Moje wybory. Moje pieniądze.
Basia, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po Dniu Dziadka mój teść przestał odbierać telefon. Bolesna prawda wyszła na jaw dopiero w czasie ferii”
- „Mąż wymyślił, że mam zrobić obiad dla księdza, jak przyjdzie po kolędzie. Miałam się postarać i nie wygłupiać z rosołem”
- „Nie znoszę gotowania, a mąż mówi, że to obowiązek kobiety. Jeszcze słowo i będzie się żywił tylko jajecznicą”

