„Rodzice się mną nie interesowali, więc znalazłam sobie rozrywkę. Z głupoty wpadłam w łapy oślizgłego typa”
„Nie mogę powiedzieć, że to tylko wina rodziców, ale gdyby traktowali mnie inaczej, nie wpadłabym w takie towarzystwo. Ostatecznie sama podjęłam decyzję, której będę żałowała do końca życia”.

Galeria handlowa była całym moim życiem. Szklana kopuła, pod nią fontanna, a dookoła sklepy. Prestiżowy, barwny świat. W domu byłam przezroczysta. Przynajmniej dla rodziców. Zauważali mnie tylko wtedy, gdy coś szło nie tak.
Nie tak – w ich mniemaniu. A więc gdy z zachowania groził mi dobry albo z matematyki czwórka. Wtedy było gadanie, jakieś kretyńskie szlabany, starzy przypominali sobie nagle, że są rodzicami i zaczynali się czepiać. Dla świętego spokoju wolałam więc nie budzić ich z zimowego snu. W szkole byłam szarym i nijakim kujonem, w domu równie szarym duchem i tylko w galerii, z innymi „blacharami” nareszcie czułam puls życia.
Spytacie, co to są te „blachary”? Żadna tajemnica. To dziewczyny takie jak ja, które robią dobrze „tatuśkom” w ich autach zaparkowanych na sklepowym parkingu. Z tego powodu nazywałyśmy się też „razówkami” – bo tych panów w wieku naszych ojców obsługiwałyśmy zwykle tylko raz.
Nie czułam się wtedy prostytutką. Dziwki to są na pigalaku albo w internecie dają ogłoszenia na specjalnych stronach. My, wyluzowane dziewczyny, robiłyśmy to za prezenty – markowe ciuchy, najnowsze modele telefonów i inne gadżety, z którymi obnoszą się celebrytki.
Zgrywałyśmy naiwniaczki
Zwykle kręciłyśmy się całą kilkuosobową paczką, wypatrując samotnych, dobrze ubranych facetów. Jak już takiego wyczaiłyśmy, szłyśmy za nim, zerkając, co kupuje, za ile, jakie ma w portfelu karty. Przy okazji nawiązywało się z takim jakiś kontakt. Spojrzenie, uśmiech, kilka banalnych słów. Jak reagował, to był już nasz. Jak nie – to nie! Szukałyśmy innego.
I prawie zawsze się jakiś trafił. Bo faceci, ci trochę starsi, to jakieś głupki. Za dwie minuty wątpliwej przyjemności na tylnym siedzeniu własnego auta, gotowi są szarpnąć się na szmatkę za kilkaset lub elektronikę za tysiąc i więcej złotych! A jaka to przyjemność, kiedy to wybierasz, przymierzasz, gdy skacze koło ciebie ekspedientka w wieku szkolnej nauczycielki!
Przez całe lato niemal nie wychodziłyśmy z galerii. Iwona, Justa, Ada i ja. Dobrze ubrane, wyluzowane, poza zasięgiem gołodupców w typie szkolnych kolegów. Na „tatuśków” miałyśmy opracowaną dobrą metodę. Kiedy się już jakiś „przyjmował”, szybko wyczuwałyśmy, na którą z nas leci. Ale ciągle zgrywałyśmy naiwniaczki. Zamiast się więc rozdzielić, właśnie trzymałyśmy się razem.
Facet wił się, pocił i podniecał, a my naciągałyśmy go na pizzę, hamburgera, lody dla wszystkich. Potem wspólnie szłyśmy jeszcze wybrać prezent dla tej, która miała z nim pójść, a kiedy cudowny gadżet był już kupiony, ostentacyjnie machałyśmy tej z nas, na którą padło.
W ten sposób wysyłałyśmy kolesiowi czytelny sygnał: zapamiętałyśmy twoją twarz! Żeby mu nawet przez myśl nie przeszło, że mógłby bezkarnie zrobić jej krzywdę!
Chwilę za nim chodziłyśmy, śmiejąc mu się w oczy
Tamtego dnia wybór padł na mnie. Jestem najniższa z naszej paczki, a do tego szczupła. Nie wyglądam nawet na 14 lat (choć jestem starsza)! Niektórzy faceci lubią takie filigranowe dziewczynki.
Facet powiedział, że ma na imię Adam. Ubrany był na luzie, ale w drogie ciuchy. Szybko obliczyłyśmy, że ma na sobie co najmniej 5 tysiaków. Do tego dobry zegarek, na szyi złoty łańcuch i aviatory zasłaniające mu pół twarzy (drugie pół zasłaniała broda). Jaką fryzurę nosił, nie dało się sprawdzić, bo miał na głowie dość pretensjonalną, ale markową bejsbolówkę.
Przypominał trochę aktora, co to w takim serialu grał policjanta pod przykryciem. Cholera zresztą wie? Może to nawet i ten aktor? Bo w czapce, brodzie i okularach sprawiał wrażenie jakby się trochę ukrywał. Nasza egzaltowana wyobraźnia podpowiedziała więc od razu, że może do naszego miasta zawitał jakiś celebryta?
Adam nie płacił kartą. Z kieszeni wyjmował po prostu gruby rulon banknotów i brał, co chciał, nie prosząc o resztę. Był średniego wzrostu, ale szeroki w barkach, na pewno silny. Miał duże, jakby chłopskie dłonie. Ale teraz to przecież nie wiadomo. Faceci miewają nagniotki nie tyle od wideł i szufli, ale od sztangi i ciężarów podnoszonych w salonach fitness.
Chwilę więc za nim pochodziłyśmy, śmiejąc mu się w oczy. Chyba znał dobrze zasady tej gry, bo ani się specjalnie nie speszył, ani długo nie wahał. Jakby do galerii przyjechał właśnie na łowy.
– Co chciałabyś dostać od Mikołaja, skarbie? – od razu zwrócił się do mnie z pytaniem.
– Marzy mi się notebook z rysunkiem nadgryzionego jabłuszka! – odpowiedziałam z bezczelną śmiałością.
Bo taki sprzęt kosztował minimum 3 tysiące! Dziewczyny zamarły w oczekiwaniu, spodziewając się, że kolo zacznie się ze mną targować. Ten jednak skinął ze zrozumieniem głową, sięgnął do kieszeni i wyciągnął swój cudowny rulon spięty gumką recepturką. Rany! Ale miał hajsu! Bez słowa odliczył sześć banknotów (każdy po 500) i włożył mi w rękę. Szybkim ruchem schowałam je do torebki. Ada na ten widok aż zagwizdała, a Justa wydała z siebie przeciągły jęk. Nie ulegało wątpliwości, że je przegoniłam o kilka długości boiska w naszej konkurencji.
– Postawi nam pan lody? – bezczelnie przymówiła się Iwona, na co Adam, nawet na nią nie patrząc, wyciągnął jeszcze setkę i jej wręczył.
– To co? Idziemy? – wciąż patrzył tylko na mnie zza swych lustrzanek.
– Jasne! Lećcie! – Iwona zerwała się na równe nogi. A na odchodnym dodała, odwracając się do mnie: – Czekamy w cukierni na górze!
I poleciały. Rozszczebiotane, chichoczące. Nie miałam nawet do nich pretensji, że złamały naszą żelazną zasadę, nakazującą śledzić tę „wybrankę”, która szła z facetem, dopóki nie wsiądą do samochodu.
Jaki dżentelmen
W milczeniu zjechaliśmy windą na parking. Próbowałam go nawet zagadywać, w końcu wypada być miłą, gdy ktoś obsypuje cię hajsem, on jednak milczał i tylko bacznie się wokół rozglądał. Zauważyłam też, że przechodząc obok kamer monitoringu zasłaniał się albo daszkiem czapki albo akurat drapał po głowie, tak żeby się przed nią zasłonić.
Lekko mnie to wtedy zaniepokoiło, ale pomyślałam, że najdalej za kwadrans znów będę bezpieczna w gronie przyjaciółek. Poza tym robiłam to już wiele razy, one też, i jak dotąd nigdy nic złego żadnej z nas się nie przytrafiło. A już zupełnie się uspokoiłam, kiedy Adam poprowadził mnie do wielkiego mercedesa. No… kto to słyszał, żeby zboczeniec jeździł tak wypasioną bryką!
Uśmiechnęłam się, kiedy otworzył przede mną tylne drzwi. Proszę, jaki dżentelmen. Większość facetów ładuje się pierwsza, ściąga portki i dopiero każe wchodzić. Zrobiłam krok i wtedy poczułam, że mnie uderzył w tył głowy. Zablokował drzwi i kazał robić ze sobą rzeczy, których nie chcę pamiętać.
Potem przeszedł na przednie siedzenie i wyjechał z galerii. Z samochodu wyrzucił mnie w jakiejś bocznej uliczce.
Nie wiem, co dalej
Ocknęłam się w szpitalu z koszmarnym bólem całego ciała. Później mama wyjaśniła mi, że ktoś mnie znalazł i wezwano pogotowie.
Miesiąc później poszłam nawet do szkoły. Ale w środku nadal byłam w rozsypce. Bałam się, bo policji nie udało się złapać tego typa. Moje zeznania niewiele im dały. Jego samochód też nie jest żadnym tropem. Był kradziony. A zdjęcia z monitoringu w galerii pokazują faceta w czapce, z brodą i w okularach. Nie do rozpoznania.
Od tych zdarzeń minęły cztery lata, a ja nadal oglądam się za siebie, trudno mi zbudować trwałą relację i komuś zaufać. Nadal chodzę na terapię i nie wiem, czy kiedykolwiek zdecyduję się na dzieci. Boję się, że jeśli będę miała córkę, nie będę umiała jej dać tego, czego sama potrzebowałam od rodziców i ona pójdzie w moje ślady.
Czytaj także:
„Nastoletnia miłość bywa tragiczna. Nie wiem, jak pomóc synowi uporać się z rozczarowaniem i tęsknotą”
„Mąż mówił, że nie jestem go godna, wytykał mi brak wykształcenia. A jednak nie odeszłam, bo był dobrym ojcem”
„Szwagierka nam zazdrości, bo nam się dobrze powodzi. Lafirynda ma chrapkę na naszą część spadku po rodzicach”

