Reklama

Siedziałem w przeszklonej sali konferencyjnej na dwudziestym piętrze wieżowca w centrum Warszawy, a w kieszeni marynarki wibrował telefon. Wiedziałem, kto dzwoni. To nie był rekruter z konkurencyjnej firmy ani Kamila z pytaniem o plany na wieczór. To był ojciec. Dzwonił, bo była czternasta trzydzieści – pora, kiedy w gospodarstwie kończy się doić krowy i zaczyna planować robotę na następny dzień.

Zazdrościli mi

Dla niego czas zatrzymał się w cyklu wschodów i zachodów słońca, siewów i żniw. Dla mnie czas mierzyło się deadlinami i wypitymi espresso. Nigdy nie zapomnę tego specyficznego uczucia dysonansu poznawczego, które towarzyszyło mi przez całe pięć lat studiów. Za dnia byłem Filipem, studentem zarządzania i marketingu, który sypał anglicyzmami jak z rękawa i wiedział, gdzie w stolicy serwują najlepszy drip.

Wieczorami, kiedy wracałem do wynajmowanej kawalerki i zamykałem drzwi przed światem, zmywałem z siebie miejski kurz, a spod spodu wyłaził chłopak ze wsi. Chłopak, który wiedział, jak odebrać poród u krowy, jak naprawić rozrzutnik gnoju przy użyciu młotka i drutu, i który znał ciężar worka ze zbożem zarzucanego na plecy setki razy dziennie. Moi znajomi z roku zazdrościli mi „startu”. Wiedzieli, że rodzice mają pieniądze.

– Stary, ty to masz życie. Starzy mają hektary, sprzęt za miliony. Ty jesteś ustawiony do końca życia. Tylko wracasz na włości i jesteś królem wsi. Panem na włościach.

Uśmiechałem się wtedy krzywo. Dla nich wieś to była sielanka z reklam serków, zielona trawka i szczęśliwe krowy. Dla mnie to był kierat. Złota klatka, owszem, ale wciąż klatka. Rodzice nie wysłali mnie na studia po to, żebym robił karierę w korporacji. Wysłali mnie, żebym nabrał ogłady, nauczył się liczyć pieniądze i wrócił, by przejąć imperium, które budowali przez trzydzieści lat. To była inwestycja. Ja byłem inwestycją. A inwestycja ma się zwrócić.

Nic nie rozumieli

Tamtego dnia w biurze właśnie dostałem awans. Junior Brand Manager brzmiało dumnie, wiązało się z podwyżką i, co najważniejsze, z umową na czas nieokreślony. To był mój bilet do wolności. Tyle że wibrujący telefon w kieszeni przypominał mi, że moja definicja wolności drastycznie różni się od definicji mojego ojca.

Odebrałem dopiero w samochodzie, jadąc już w stronę rodzinnego domu. Był piątek. „Weekend w domu” – to hasło brzmiało niewinnie tylko dla kogoś z zewnątrz. Dla mnie oznaczało zmianę warty. Zrzucenie garnituru, włożenie roboczych ciuchów i harówkę od świtu do nocy.

– Będziesz na kolację? – głos matki był oschły, konkretny, bez czułości. Na wsi nie ma czasu na czułości, kiedy mleczarnia spóźnia się z odbiorem, a cena nawozów idzie w górę o dwieście procent.

– Będę, mamo. Wyjeżdżam z Warszawy.

– To dobrze. Ojciec czeka. Chce gadać o nowym ciągniku i o tym polu pod lasem. Mówi, że to dla ciebie by kupił, na start.

Właśnie zostałem managerem w międzynarodowej firmie, a oni chcieli mi kupić pole pod lasem, żebym sadził tam kukurydzę. Absurd tej sytuacji dławił mnie w gardle.

Wiedziałem, co się święci

Kamila siedziała obok, przeglądając media społecznościowe. Była ze mną od roku. Piękna, ambitna, miejska do szpiku kości. Dla niej wyjazd do moich rodziców to była egzotyka, rodzaj agroturystyki, tylko że za darmo i z lepszym jedzeniem. Nie miała pojęcia, co się święci. Nie wiedziała, że wiozę ją nie na niedzielny rosół, ale na pole minowe.

– Myślisz, że twoja mama zrobi pierogi z jagodami? – zapytała, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

– Zrobi – mruknąłem. – Ale najpierw zapyta mnie, kiedy się oświadczę i kiedy wracamy na stałe.

Kamila zaśmiała się perliście.

– Przestań. Przecież wiedzą, że pracujesz. To tylko takie gadanie starszych ludzi.

Spojrzałem na nią z politowaniem, którego na szczęście nie zauważyła. Jakże bardzo się myliła. Dla moich rodziców moja praca w Warszawie to była zabawa w biuro, tymczasowa fanaberia, którą tolerowali, dopóki się nie wyszumię. Czas szumienia właśnie dobiegł końca. Dyplom odebrany, obrona zaliczona na piątkę. Termin karencji minął.

Dom moich rodziców to nie jest skromna chatka. To była nowobogacka twierdza. Wielki, piętrowy dom z kolumnami, kostka brukowa ciągnąca się hektarami, podwórko wypełnione maszynami rolniczymi, z których każda kosztowała więcej niż luksusowy apartament w stolicy. To wszystko krzyczało: sukces. Ale też krzyczało: obowiązek.

Przeczuwałem kłopoty

Wjechaliśmy na podwórko. Psy zaczęły szczekać, z obory dobiegał monotonny szum dojarek. Ten specyficzny zapach kiszonki i gnojowicy, który dla ojca był zapachem pieniądza, dla mnie był zapachem więzienia. Poczułem, jak żołądek ściska mi się w supeł. Ojciec wyszedł przed dom. Postawny mężczyzna, z brzuchem, ale twardy jak dąb. Ręce miał jak bochny chleba, zniszczone ciężką pracą, której nigdy się nie bał.

– Dojechałeś – stwierdził, nie siląc się na uśmiech. Podał mi rękę. Jego uścisk był miażdżący. – Cześć, Kamila.

– Dzień dobry, panie Stanisławie – Kamila szczebiotała, nieświadoma napięcia wiszącego w powietrzu.

Kolacja była torturą. Matka nakładała nam góry jedzenia, a ojciec milczał, przeżuwając schabowego. Wiedziałem, że zbiera siły. Wiedziałem, że czeka na odpowiedni moment. Ten moment nadszedł wraz z kompotem.

– Byłem w agencji dzisiaj – zaczął, patrząc prosto w moje oczy. – Przepisanie gospodarstwa to nie jest taka prosta sprawa, papierkowa robota, biurokracja… Ale do jesieni zdążymy. Chcę, żebyś przejął stery przed orkami zimowymi. Ja już nie mam siły. Kręgosłup mi siada, matka też ledwo chodzi. Czas na młodych.

Zapadła cisza

Słychać było tylko tykanie zegara w kuchni i muchę odbijającą się od szyby. Kamila zamarła z widelcem w połowie drogi do ust. Spojrzała na mnie pytająco.

– Tato… – zacząłem, czując suchość w ustach. – Musimy porozmawiać.

– O czym tu gadać? – przerwał mi, machając ręką. – Wszystko jest ustalone. Górę wam wyremontowaliśmy, łazienka nowa jest. Kamila też się tu odnajdzie, księgowość poprowadzi, w końcu to bystra dziewczyna. A ty wreszcie zaczniesz żyć jak człowiek, na swoim, a nie na garnuszku u jakiegoś korpoludka w Warszawie.

To był ten moment. Wiedziałem, że jeśli teraz nie powiem prawdy, to już nigdy się stąd nie wydostanę. Zostanę wessany przez tę ziemię, przez te obowiązki, przez oczekiwania pokoleń przodków, którzy orali ten kawałek gruntu.

– Nie wracam, tato – powiedziałem cicho, ale stanowczo.

Ojciec przestał żuć. Matka odstawiła szklankę z takim hukiem, że bałem się, iż pękła.

– Co ty gadasz? – zapytał ojciec, mrużąc oczy. Jego głos był niebezpiecznie spokojny.

– Nie wracam na wieś. Zostaję w Warszawie. Dostałem awans. Mam dobrą pracę, dobre perspektywy. To jest moje życie. Nie chcę być rolnikiem.

Powiedziałem im prawdę

Eksplozja nie nastąpiła od razu. Najpierw było niedowierzanie.

– Jak to nie chcesz? – zaśmiał się nerwowo. – Co ty bredzisz? Widziałeś ty, co my tu mamy? Dwieście hektarów najlepszej ziemi w powiecie! Sprzęt, o jakim ludzie marzą! A ty mi mówisz o jakiejś pracy w biurze? Za ile? Za pięć tysięcy? Tutaj jeden sezon rzepaku daje ci tyle, co tam zarobisz przez pięć lat!

– Nie chodzi o pieniądze, tato – próbowałem tłumaczyć, choć wiedziałem, że to jak rozmowa ze ścianą. – Chodzi o styl życia. Ja tego nienawidzę. Nienawidzę zapachu obory, nienawidzę wstawania o czwartej rano, nienawidzę tego ciągłego strachu o pogodę, o ceny skupu. To jest twoje marzenie, nie moje.

Wtedy ojciec uderzył pięścią w stół. Talerze podskoczyły, a Kamila wzdrygnęła się i odsunęła krzesło.

– Moje marzenie?! – ryknął, wstając. Jego twarz poczerwieniała. – To jest twoja ojcowizna! Twój obowiązek! Myślisz, że ja to robiłem dla siebie? Że ja tyrałem świątek, piątek i niedziela, żeby sobie nową furę kupić? Ja to robiłem dla ciebie! Żebyś ty miał lżej! Żebyś był panem! A ty mi w twarz plujesz?

– Nikt ci nie każe tyrać! – krzyknąłem, też wstając. Emocje wzięły górę. – Możesz to sprzedać! Wydzierżawić! Przejść na emeryturę i zwiedzać świat! Masz miliony w ziemi i maszynach, a żyjesz jak niewolnik! Ja tak nie chcę!

Nie chciałem tak żyć

Matka zaczęła płakać. To nie był cichy szloch, to było zawodzenie, które miało wywołać we mnie poczucie winy tak wielkie, bym padł na kolana i błagał o wybaczenie.

– Synku, co ty mówisz… – łkała, chowając twarz w dłoniach. – Myśmy sobie żyły wypruwali, żeby cię wykształcić… Żebyś mądry wrócił… Co ludzie powiedzą? Że syn uciekł do miasta i zostawił rodziców starych na pastwę losu? Sąsiedzi nas wyśmieją! Staszek już się pytał, czy sprzedamy ziemię, bo słyszał, że z ciebie żaden gospodarz. Chcesz nas zhańbić?

Spojrzałem na Kamilę. Była przerażona. Nigdy nie widziała takiej awantury. W jej domu, w inteligenckiej rodzinie, konflikty rozwiązywało się chłodną dyskusją, a nie krzykiem i waleniem pięścią w stół. Wstydziłem się rodziców, wstydziłem się tej mentalności, ale najbardziej wstydziłem się tego, że gdzieś w głębi duszy czułem, że mają rację. Że jestem zdrajcą.

– Kamila, powiedz mu coś! – ojciec zwrócił się niespodziewanie do mojej dziewczyny. – Przecież wy tam w tym mieście zgnijecie. Tu będziecie mieli dom, świeże powietrze, dzieci będą miały gdzie biegać. Chcesz mieszkać w klitce 40 metrów?

Rozpętała się kłótnia

Kamila przełknęła ślinę. Widziałem, jak jej umysł pracował na najwyższych obrotach.

– Panie Stanisławie… – zaczęła niepewnie. – Filip jest bardzo dobry w tym, co robi. Jego szef go ceni. To jego pasja. Ja też nie widzę siebie na wsi. Mam pracę w agencji reklamowej, nie znam się na rolnictwie.

Ojciec spojrzał na nią tak, jakby zobaczył insekta.

– Nie znasz się, to się nauczysz. A jak nie, to w domu posiedzisz, dziećmi się zajmiesz. Tu nie potrzeba filozofii, tu trzeba rąk do pracy.

– Dość! – uciąłem, widząc, dokąd to zmierza. – Nie będziesz ustawiał życia mi ani jej. Decyzja jest podjęta. Nie wracam.

Noc była koszmarem. Spaliśmy w moim starym pokoju, na wersalce, którą pamiętałem z czasów liceum. Ściany były cienkie. Słyszałem, jak rodzice kłócą się na dole. Matka płakała, ojciec klął, rzucał czymś, chodził tam i z powrotem.

– Filip… – Kamila szeptem przerwała ciszę. – Może powinniśmy wyjechać teraz?

– Nie – odpowiedziałem w ciemność. – Jeśli ucieknę w nocy, to przyznają sobie rację, że jestem tchórzem. Wyjadę rano, z podniesioną głową.

Wydziedziczył mnie

Rano wcale nie było łatwiej. Kiedy zeszedłem na dół, ojciec już nie krzyczał. Siedział przy stole w kuchni, ubrany w roboczy drelich. Wyglądał na starszego o dziesięć lat niż jeszcze wczoraj.

Nie spojrzał na mnie.

– Masz się spakować i wynosić – powiedział chłodno, patrząc w blat stołu.

– Tato…

– Nie jestem dla ciebie żaden tato. Skoro nie szanujesz mojej pracy, mojej woli i tradycji tego domu, to nie masz tu czego szukać. Pieniądze na studia dałem? Dałem. Mieszkanie opłacałem? Opłacałem. Skoro teraz jesteś taki wielki miastowy pan, to radź sobie sam. Odcinam cię. Samochód, który kupiłem ci na drugim roku, ma zostać. Kluczyki na stół.

Zrobiło mi się zimno. Ten samochód, stary Volkswagen, był moją własnością, ale faktycznie – kupił go ojciec.

– To mój samochód – powiedziałem.

– Kupiłem go za pieniądze ze świń, którymi tak gardzisz. Zostawiasz kluczyki, albo dzwonię na policję, że go ukradłeś. Znam komendanta.

Postawiłem na swoim

To był cios poniżej pasa, ale znałem ojca. Zrobiłby to. Był w amoku, urażona duma wiejskiego patriarchy była potężniejsza niż miłość rodzicielska. Wyjąłem kluczyki z kieszeni i rzuciłem je na stół. Brzęk metalu o drewno był jak ostateczny wyrok.

– Dobrze. Ale wiedz jedno. To ty wybrałeś ziemię, a nie syna.

– Ziemia nigdy mnie nie zdradziła – mruknął, nie podnosząc wzroku. – Ziemia zawsze odda, jak się o nią dba. A ty? Ty jesteś jak chwast.

Musieliśmy wezwać Ubera, żeby dojechać do najbliższego miasta powiatowego na pociąg. Sytuacja była tak absurdalna, że aż groteskowa. Manager z Warszawy, stojący z walizką na żwirowym podjeździe wielkiego gospodarstwa, podczas gdy w garażu stały samochody za setki tysięcy.

Matka nie wyszła się pożegnać. Widziałem tylko drgającą firankę w oknie sypialni. Ojciec poszedł do obory. Kiedy odjeżdżaliśmy, widziałem go w oddali. Stał przy wielkim, zielonym ciągniku. Gładził ręką jego maskę, jakby to było jego dziecko. Jedyne dziecko, które mu zostało i które go nie zawiodło. Maszyna. Posłuszna, potężna, bezwolna.

Obrazili się

W pociągu do Warszawy Kamila trzymała mnie za rękę. Milczeliśmy przez pierwszą godzinę. Krajobraz za oknem zmieniał się z pól i lasów na podmiejskie osiedla, a w końcu na betonową dżunglę. Z każdym kilometrem czułem, jak puszcza ten straszny ucisk w klatce piersiowej.

– Filip… – zaczęła ostrożnie. – Dadzą sobie spokój. Przejdzie im. To tylko emocje.

– Nie znasz ich – pokręciłem głową. – Dla nich ziemia jest święta. Odrzucenie dziedzictwa to grzech śmiertelny. Właśnie stałem się czarną owcą. Wyklętym.

Minęły dwa lata. Ojciec nie zadzwonił ani razu. Matka dzwoni potajemnie, kiedy on nie widzi, zazwyczaj w okolicach świąt. Płacze do słuchawki, opowiada, że ojciec podupadł na zdrowiu, że musieli sprzedać część stada, bo nie ma kto przy tym robić. Że zatrudnili ludzi, ale to nie to samo, co gospodarz. Każda taka rozmowa to szpila w moje serce, ale nie uległem.

Czy żałuję? Czasami, gdy w korporacji dopada mnie burnout, a szef drze się o targety, myślę o ciszy, jaka panuje na polu o świcie. Myślę o zapachu skoszonej trawy, ale potem przypominam sobie ten wzrok ojca, tę zaborczość, to przekonanie, że jestem własnością gospodarstwa, kolejnym trybikiem w maszynie do produkcji mleka i zboża.

Jestem wolny. Żyję z kredytem na 30 lat za mieszkanie, stoję w korkach, oddycham smogiem, ale to są moje korki i mój smog. Mój wybór. Kamila wciąż jest ze mną, planujemy ślub. Oczywiście w Warszawie. Nie wiem, czy ojciec przyjedzie. Pewnie nie, bo akurat będą żniwa, albo wykopki, albo krowa będzie się cielić. Zawsze znajdzie się powód, by wybrać ziemię zamiast syna.

Filip, 27 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama