Reklama

Całe życie marzyłam o tym dniu, ale w moich wyobrażeniach nigdy nie było miejsca na kontrakty, negocjacje i szantaże emocjonalne. Kiedy rodzice zaproponowali, że pokryją koszty naszego wesela, myślałam, że to wyraz ich miłości, ostateczny dowód na to, że akceptują moje wybory. Jakże się myliłam. To, co miało być najpiękniejszym dniem w moim życiu, zamieniło się w istny cyrk, w którym walutą była moja godność, a stawką – niezależność. Dopiero puste krzesła w pierwszym rzędzie uświadomiły mi, że czasem trzeba stracić wszystko, by odzyskać siebie.

To była inwestycja

Pamiętam ten wieczór tak wyraźnie, jakby to było wczoraj. Siedzieliśmy w salonie moich rodziców. Było duszno, mimo że okna wychodziły na szeroki taras. Ojciec, jak zwykle w idealnie wyprasowanej koszuli, siedział w swoim fotelu, a mama nerwowo poprawiała serwetki na stole, choć nikt jeszcze niczego nie rozlał. Tomek, mój narzeczony, trzymał mnie za rękę pod stołem. Jego dłoń była ciepła i pewna, co dodawało mi otuchy. Dopiero co ogłosiliśmy zaręczyny. Byliśmy gotowi na skromną uroczystość, na kredyt, na powolne budowanie wszystkiego własnymi siłami.

– Alicjo, Tomaszu – zaczął ojciec tonem, którego używał podczas zebrań zarządu. – Rozmawialiśmy z mamą. Jesteście młodymi ludźmi na dorobku. Nie chcemy, żebyście zaczynali wspólne życie od długów.

Spojrzałam na mamę. Uśmiechała się, ale w jej oczach czaiło się coś, czego wtedy nie potrafiłam nazwać. Może to była satysfakcja, a może zapowiedź nadchodzącej burzy.

– Chcemy sfinansować wasze wesele – dokończył ojciec. – W całości. To ma być wydarzenie roku. Nasza jedyna córka zasługuje na to, co najlepsze.

Serce zabiło mi mocniej. Poczucie ulgi mieszało się z euforią. Nie musieliśmy martwić się o to, czy starczy nam na fotografa, czy będziemy musieli rezygnować z wymarzonego zespołu. Tomek, choć zawsze dumny i niezależny, podziękował grzecznie, widząc moją radość. Przez chwilę czułam się jak mała dziewczynka, którą rodzice wreszcie, po tylu latach chłodu i wymagań, po prostu rozpieszczają. Nie zauważyłam wtedy, że ojciec nie użył słowa prezent. To była inwestycja.

Płacę za to wesele niemałe pieniądze

Pierwsze zgrzyty pojawiły się niespełna dwa tygodnie później. Marzyliśmy z Tomkiem o weselu w stylu rustykalnym. Znaleźliśmy piękną, odrestaurowaną stodołę pod miastem. Drewno, dużo zieleni, naturalne światło i luźna atmosfera. Byliśmy zachwyceni. Kiedy pokazałam zdjęcia mamie, skrzywiła się, jakby poczuła nieprzyjemny zapach.

– Alicjo, kochanie – zaczęła słodko, przesuwając zdjęcia po blacie stołu w stronę kosza na śmieci. – To wygląda jak… no cóż, jak stodoła. Nasi goście nie będą brodzić w błocie.

– Mamo, to jest styl boho, to teraz bardzo modne – próbowałam tłumaczyć, czując narastający ucisk w żołądku.

– Już zarezerwowałem coś bardziej luksusowego– wtrącił ojciec, nie odrywając wzroku od tabletu.

Zamarłam. Sala, którą zarezerwował była synonimem przepychu, złoceń, kryształowych żyrandoli i atmosfery tak sztywnej, że goście bali się głośniej roześmiać. To było zaprzeczenie wszystkiego, kim byliśmy ja i Tomek.

– Ale tato… my chcieliśmy coś luźniejszego – zaczęłam nieśmiało.

– Alicjo – ojciec zdjął okulary i spojrzał na mnie tym swoim wzrokiem, który sprawiał, że czułam się jak niesforna pracownica. – Płacę za to wesele niemałe pieniądze. Chcę, żeby to wyglądało porządnie. Będą moi partnerzy biznesowi, ludzie z miasta. Nie mogę ich zaprosić do szopy. Decyzja podjęta.

Wtedy powinnam była wstać i wyjść. Powinnam była powiedzieć: dziękuję, ale poradzimy sobie sami. Ale nie zrobiłam tego. Bałam się ich rozczarować. Bałam się awantury. Przełknęłam łzy i kiwnęłam głową. Tomek milczał, ale widziałam, jak zaciska szczękę. W drodze powrotnej w samochodzie panowała cisza.

– To tylko jedna noc – powiedziałam w końcu, próbując przekonać samą siebie. – Dla nich to ważne.

– Pytanie, czy to wciąż nasz ślub, czy ich bankiet firmowy – odpowiedział cicho Tomek. Nie miałam na to odpowiedzi.

Moje zdanie nie miało znaczenia

Kolejne miesiące były koszmarem. Każda, nawet najdrobniejsza decyzja musiała przechodzić przez „komitet sterujący”, jak w myślach nazywałam moich rodziców. Wybór serwetek? Musiały być z jedwabiu, a nie z lnu, jak chciałam. Dj? Wykluczone, ojciec uparł się na kwartet smyczkowy do obiadu i jakiś zespół, który grywał jazz na bankietach korporacyjnych, a nie na weselach pełnych tańców do rana. Moja suknia stała się punktem zapalnym numer jeden. Znalazłam skromną, koronkową sukienkę w małym atelier. Była idealna – lekka, zwiewna, romantyczna. Kiedy pojechałyśmy z mamą na przymiarkę, ona nawet nie pozwoliła mi w niej wyjść z przymierzalni, by pokazać się ekspedientce.

– Wyglądasz w tym jak uboga krewna – stwierdziła, podając mi ciężką suknię typu „beza”, wysadzaną kryształkami, która kosztowała tyle, co mały samochód. – To jest suknia godna mojej córki.

– Mamo, to totalnie nie mój styl, czuję się w niej niekomfortowo – protestowałam.

– Piękno wymaga poświęceń. Poza tym, co powiedzą ciotki? Że żałowaliśmy na jedyne dziecko?

Czułam się jak manekin. Moje zdanie nie miało znaczenia. Liczył się wizerunek. Liczyło się to, co powiedzą inni. Moje potrzeby, mój gust, moja osobowość – to wszystko zostało wymazane gumką myszką i zastąpione wizją moich rodziców. W międzyczasie spotkałam się z moją siostrą, Natalią. Natalia była czarną owcą w rodzinie. Wyszła za mąż pięć lat temu, uciekła z domu, wzięła ślub w górach, w trampkach, bez wiedzy rodziców. Od tamtej pory ich relacje były lodowate.

– Ala, co ty robisz? – zapytała Natalia, mieszając kawę w małej kawiarni na rogu. – Widzę, że jesteś wykończona. Schudłaś, masz cienie pod oczami. To ma być radosny czas.

– Oni chcą dobrze, Natalka. Po prostu mają swoją wizję – broniłam ich, choć słowa więzły mi w gardle.

– Oni nie mają wizji, oni mają plan marketingowy – prychnęła siostra. – Sprzedają cię. Twój ślub to okazja, żeby stary pokazał, jaki ma gest przed kontrahentami. Uciekaj, póki możesz.

– Nie mogę. Zapłacili już zaliczki. To ogromne pieniądze.

– Pieniądze rzecz nabyta. Spokój ducha jest bezcenny – powiedziała, patrząc na mnie ze smutkiem. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, jak bardzo miała rację.

Wciąż łudziłam się, że jakoś to naprawię

Apogeum absurdu nastąpiło przy ustalaniu listy gości. My z Tomkiem przygotowaliśmy listę osiemdziesięciu osób – najbliższa rodzina i przyjaciele. Ludzie, których kochaliśmy i którzy byli z nami na co dzień. Kiedy ojciec przysłał swoją wersję listy, widniało na niej trzysta nazwisk.

– Tato, kim jest ten prezes? A ci państwo? – pytałam, przeglądając arkusz kalkulacyjny, który mi przysłał. – Ja nie znam tych ludzi. Tomek też nie.

– To są ważni ludzie, Alicjo. Nie wypada ich nie zaprosić. Wesele to doskonała okazja do zacieśniania więzi biznesowych.

– Ale to jest mój ślub! – krzyknęłam do słuchawki, tracąc panowanie nad sobą. – Chcę się bawić z przyjaciółmi, a nie usztywniać przy obcych ludziach, którzy będą oceniać, czy kotlet jest wystarczająco ciepły!

– Nie unoś się. Twoi znajomi ze studiów i tak pewnie nie mają odpowiednich strojów na taką uroczystość. Skreśliłem połowę twojej listy, żeby zrobić miejsce dla gości VIP.

Zamarłam. Skreślił moich przyjaciół. Skreślił Kasię, z którą siedziałam w ławce od podstawówki. Skreślił Michała, który poznał mnie z Tomkiem.

– Jeśli ich nie będzie, to ja nie przyjdę – powiedziałam cicho, ale stanowczo.

Nastąpiła długa cisza.

– Alicjo, nie bądź dziecinna. Płacę, więc wymagam. Ci ludzie przyjdą z prezentami, które pokryją część kosztów. Twoi studenci co dadzą? Blender? Rozmowa skończona.

Rozłączył się. Siedziałam na podłodze w naszym małym mieszkaniu i płakałam. Tomek wrócił z pracy, zobaczył mnie w takim stanie i po raz pierwszy widziałam go tak wściekłego. Chciał dzwonić do ojca, chciał jechać i zrobić awanturę. Powstrzymałam go. Wciąż łudziłam się, że jakoś to naprawię. Że jakoś przetrwam ten jeden dzień.

W końcu to wasze wesele

Tydzień przed ślubem. Wszystko było dopięte na ostatni guzik – oczywiście ten guzik, który wybrali rodzice. Stres sięgał zenitu. Nie spałam po nocach, miałam mdłości na samą myśl o ceremonii. I wtedy przyszedł mail od ojca. Tytuł: „Korekta budżetowa”. Otworzyłam wiadomość drżącymi rękami. „Alicjo, wynikły pewne nieprzewidziane okoliczności w firmie. Muszę przesunąć środki na nową inwestycję. Wycofuję finansowanie dodatków: florystyki, oprawy świetlnej oraz upominków dla gości.

Musisz też zrezygnować z tego drogiego fotografa, wujek Zdzisiek ma dobry aparat, zrobi zdjęcia. Brakującą kwotę Musicie to pokryć sami lub zrezygnować z tych usług. Reszta bez zmian. Pozdrawiam, Tata.” Czytałam te słowa w kółko, nie wierząc własnym oczom. Tydzień przed ślubem. Wycofał się z rzeczy, które sam narzucił. Najdroższa kwiaciarnia w mieście, którą wybrała mama, miała umowę z karami umownymi. Oświetlenie sali, które było konieczne w tym ponurym pałacu. Zadzwoniłam do niego.

– Tato, co to ma znaczyć? Nie mamy takich pieniędzy! Przecież obiecałeś. Kwiaciarnia naliczy nam kary!

– Alicjo, biznes to biznes. Musisz nauczyć się elastyczności. Sytuacja na rynku jest dynamiczna. Poradzicie sobie. Weźcie pożyczkę, w końcu to wasze wesele.

– Nasze? – zaśmiałam się histerycznie. – Nasze? Od miesięcy nie mam nic do powiedzenia, a teraz, gdy trzeba płacić za twoje fanaberie, nagle to jest „nasze” wesele?

– Nie odzywaj się do mnie w ten sposób. Powinnaś być wdzięczna za to, co już wyłożyłem.

W tym momencie coś we mnie pękło. To nie był trzask, to była eksplozja. Wszystkie te miesiące upokorzeń, bycia marionetką, ignorowania moich uczuć. Zrozumiałam, że dla ojca nie jestem córką. Jestem projektem. A kiedy projekt przestaje się spinać finansowo, tnie się koszty, nie patrząc na konsekwencje. Spojrzałam na Tomka, który stał w progu kuchni i słyszał każde słowo. Kiwnął głową. Zrozumiał bez słów.

– Masz rację, tato – powiedziałam spokojnie, a mój głos nabrał twardości, której nigdy wcześniej nie słyszał. – To jest moje wesele. I dlatego zwalniam cię z obowiązku płacenia za cokolwiek.

– Co ty wygadujesz? – w jego głosie pojawiła się nuta niepewności.

– Odwołuję to. Wszystko. Dwór, orkiestrę, twoich prezesów. Nie będzie żadnego bankietu.

– Nie możesz tego zrobić! Zaproszenia wysłane! Co ja powiem ludziom?! To kompromitacja!

– Powiedz im prawdę. Że inwestycja w córkę okazała się nieopłacalna.

Rozłączyłam się. Wyłączyłam telefon. Podeszłam do Tomka i wtuliłam się w niego mocno.

Ale ja czułam tylko spokój

Kolejne trzy dni były szalone. Najpierw telefon do sali weselnej. Oczywiście, przepadła ogromna zaliczka wpłacona przez ojca, ale nie obchodziło mnie to. To były jego pieniądze, jego strata. Potem telefony do usługodawców. Przepraszałam, wyjaśniałam. Niektórzy byli wyrozumiali, inni wściekli. Najtrudniejsze było dzwonienie do gości. Do tych prawdziwych, naszych.

– Cześć, słuchaj, plany się zmieniły – powtarzałam w kółko. – Nie będzie typowego wesela. Jeśli chcesz z nami świętować, zapraszamy w sobotę do urzędu, a potem na obiad do naszej ulubionej włoskiej knajpki. Będzie luźno, bez garniturów.

Reakcje były niesamowite. Moi przyjaciele, ci, których ojciec chciał wykreślić, cieszyli się. Mówili: „Wreszcie!”, „To bardziej w waszym stylu!”, „Będziemy na pewno!”.

Rodzice próbowali się ze mną skontaktować. Przyjeżdżali pod blok, dzwonili domofonem. Nie otwierałam. Wysyłali wiadomości pełne frustracji, potem błagań, potem znów obelg. Matka pisała, że narobiłam im wstydu. Ojciec straszył wydziedziczeniem. Ale ja czułam tylko spokój. Jakby ktoś zdjął mi z pleców plecak pełen kamieni. Natalia przyjechała natychmiast, gdy tylko się dowiedziała. Pomogła mi znaleźć prostą, białą sukienkę w sieciówce za dwieście złotych. Kupiłyśmy bukiet polnych kwiatów na targu. Tomek wyciągnął swój stary, ale dobrze skrojony garnitur.

Miłość to nie transakcja

W dzień ślubu przed urzędem zebrała się garstka ludzi. Moja siostra z mężem, rodzice Tomka (którzy od początku mówili, żebyśmy robili po swojemu i teraz po prostu cieszyli się naszym szczęściem), nasi przyjaciele. W sumie może dwadzieścia pięć osób. Kiedy weszliśmy do sali ślubów, rozejrzałam się. Dwa krzesła w pierwszym rzędzie, te przeznaczone dla rodziców panny młodej, były puste. Przez ułamek sekundy poczułam ukłucie w sercu. Taki mały, dziecięcy żal, że nie potrafią być ze mną w najważniejszym momencie, jeśli nie jest on na ich warunkach.

Ale potem spojrzałam na Tomka. Jego oczy błyszczały, uśmiechał się do mnie z taką miłością i dumą, że wszelki smutek zniknął. Urzędnik mówił o budowaniu wspólnej przyszłości, o partnerstwie i wsparciu. Wiedziałam już, czym nie jest miłość. Miłość to nie transakcja. Miłość to nie kontrola. Po ceremonii poszliśmy pieszo do restauracji. Ludzie na ulicy machali nam, kierowcy trąbili wesoło. Nie było limuzyny, nie było ochrony. Byliśmy my, trzymający się za ręce, śmiejący się w głos.

Obiad był pyszny. Jedliśmy pizzę i makarony, wznosiliśmy toasty sokiem i wodą, śmiejąc się do rozpuku z historii opowiadanych przez przyjaciół. Nie było sztywnego sadzania gości przy stołach według hierarchii ważności. Wszyscy siedzieli razem, jak jedna wielka rodzina. W pewnym momencie Natalia wstała, by wznieść toast.

– Za moją siostrę – powiedziała, a głos jej lekko drżał. – Która pokazała, że ma więcej siły niż my wszyscy. Za odwagę bycia sobą. I za miłość, która nie ma metki z ceną.

Wszyscy wiwatowali. Spojrzałam na Tomka i wiedziałam, że podjęłam najlepszą decyzję w życiu. Nie mieliśmy luksusowego startu, nie mieliśmy kopert wypchanych pieniędzmi od prezesów. Mieliśmy długi za odwołane usługi, które musieliśmy pokryć sami, bo ojciec umył ręce. Ale mieliśmy siebie. I mieliśmy poczucie, że nasze życie wreszcie należy do nas. Wieczorem, gdy wróciliśmy do domu, zobaczyłam, że ojciec przelał mi na konto symboliczną kwotę. Jeden grosz. W tytule przelewu napisał: „Na nową drogę życia. Powodzenia bez nas”.

Uśmiechnęłam się smutno i przelałam ten grosz na fundację charytatywną, dokładając od siebie resztę naszych oszczędności. To był symboliczny koniec mojej zależności. Dziś, patrząc na zdjęcia z tamtego dnia, widzę szczęśliwą kobietę w taniej sukience, otoczoną ludźmi, którzy są przy niej bezinteresownie. Nie żałuję ani jednej chwili. Straciłam bajkowe wesele, ale zyskałam prawdziwe małżeństwo. I to jest warte każdej ceny.

Alicja, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama