„Rodzice chcieli, żebym zrobiła wielką karierę, a ja wolałam układać bukiety z róż. Zawsze będę ich życiową porażką”
„Kiedy pojawiła się oferta na intensywny weekendowy kurs florystyki, serce mi przyspieszyło. Trzy dni warsztatów z mistrzynią z Niemiec, certyfikat i prace do portfolio. Koszt: 690 zł. Cała moja wypłata z wakacji i coś z oszczędności z komunii. Nie zastanawiałam się długo”.

Nigdy nie zapomnę miny mojej mamy, kiedy powiedziałam jej, że chcę zostać florystką. Jakby usłyszała, że planuję zamieszkać pod mostem. W naszym domu wszystko musiało być logiczne, zaplanowane i, przede wszystkim, zgodne z oczekiwaniami rodziców. Ja miałam iść na prawo, najlepiej na Uniwersytecie Warszawskim, a potem zrobić aplikację. Od dziecka mi to powtarzali. Problem w tym, że nie czułam tego kompletnie. Kiedy tylko zbliżał się koniec liceum, serce zaczynało mi bić mocniej, bo wiedziałam, że nadchodzi moment, w którym albo się podporządkuję, albo powiem im prawdę. I wszystko się zawali.
Uwielbiałam komponować bukiety
— Jak się przyłożysz, to może nawet dostaniesz się na stypendium w Oxfordzie — mówił ojciec, podając mi rosół.
Mama dodała z dumą:
— Pani Basia z kancelarii wspominała, że potrzebują młodych aplikantów. Już jej zapowiedziałam, że nasza córka będzie idealna.
Siedziałam wtedy z łyżką zawieszoną w powietrzu i nie potrafiłam z siebie wydusić ani słowa. Niby wszystko brzmiało tak imponująco. Oxford, aplikacja, prestiżowa kancelaria. Normalnie jak sen... Tyle że nie mój. Oni od lat mieli na mnie plan, a ja marzyłam tylko o jednym: żeby w końcu powiedzieć głośno, że to nie jest moje życie.
W naszym domu nie rozmawiało się o emocjach. Rozmawiało się o sukcesie, osiągnięciach, planie na przyszłość. Jak o jakimś projekcie korporacyjnym. Mama pracowała w sądzie, ojciec był adwokatem. Miałam to kontynuować. Prowadzić elegancką, kompetentną, ułożoną misję. Tylko że mnie od zawsze bardziej pociągały zapachy kwiatów niż zapisy kodeksów. Uwielbiałam komponować bukiety, godzinami siedziałam nad zdjęciami aranżacji ślubnych, ale nigdy nie miałam odwagi powiedzieć, że właśnie to chciałabym robić. Bo dla nich... to byłby obciach.
Uczyłam się żyć w ukryciu
Prawdziwe życie zaczynało się dla mnie dopiero po szkole. Wkładałam dżinsy, polar, czapkę i pędziłam na praktyki do kwiaciarni pani Haliny. Formalnie to był wolontariat, a naprawdę ucieczka.
— Ty to masz rękę do tych kwiatów — mówiła, gdy kończyłam kolejny bukiet z róż, eustom i lawendy. — Kompozycje robisz, jakbyś to wszystko czuła.
I tak właśnie było. Każdy kolor coś znaczył, każdy kształt mówił coś o człowieku, który go wybierał. Tam oddychałam pełną piersią. A potem wracałam do domu i udawałam, że czytam "Wstęp do prawoznawstwa". W piątkowe popołudnia przeglądałam w tajemnicy kursy florystyczne, a w weekendy, kiedy rodzice jechali na działkę, ćwiczyłam w domu układanie kwiatów do ramek i wieńców ślubnych. Raz zrobiłam bukiet i zostawiłam go na parapecie.
— Kto to przyniósł? — zapytała mama, mrużąc oczy.
— Znajoma z klasy… — skłamałam.
Nawet taki bukiet był podejrzany. Przecież nie miałam czasu na takie rzeczy. Przecież miałam się przygotowywać do olimpiady z WOS-u. Rodzice żyli swoją wizją, a ja uczyłam się żyć w ukryciu.
Zajęcia były jak sen
Kiedy pojawiła się oferta na intensywny weekendowy kurs florystyki, serce mi przyspieszyło. Trzy dni warsztatów z mistrzynią z Niemiec, certyfikat i prace do portfolio. Koszt: 690 zł. Cała moja wypłata z wakacji i coś z oszczędności z komunii. Nie zastanawiałam się długo.
— W ten weekend mam projekt z Majką z biologii, musimy się przygotować do prezentacji — powiedziałam w piątek przy kolacji, starając się nie patrzeć rodzicom w oczy.
— Dobrze, byle byś nie marnowała czasu — skwitował ojciec.
W sobotę o siódmej rano wsiadłam do autobusu. Jechałam przez miasto, ściskając wydrukowane zgłoszenie w dłoni, jakby to był bilet do mojego prawdziwego życia. Zajęcia były jak sen. Zapach frezji, zieleń eukaliptusa, róże herbaciane. I ja pośród tego wszystkiego, z nożyczkami w ręce, z dłońmi ubrudzonymi od łodyg, ale z uśmiechem, który nie schodził mi z twarzy. Czułam, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam.
Po warsztatach wracałam zmęczona, ale szczęśliwa. Ukrywałam certyfikat w starej teczce po angielskim. W domu nikt nie zadawał pytań. Nikt się nie domyślał, że właśnie pierwszy raz w życiu zrobiłam coś tylko dla siebie. I że to był dopiero początek.
Wstałam od stołu
Wszystko posypało się na wiosnę. Siedzieliśmy przy stole: mama, tata, babcia i ja. Toczyły się rozmowy o polityce, cenach i „dzisiejszej młodzieży”. Nagle babcia zapytała:
— A ty, kochanie, na jakie studia chciałabyś pójść najbardziej?
Chciałam odpowiedzieć dyplomatycznie. Że jeszcze się zastanawiam. Że prawo jest jedną z opcji. Ale coś mnie tknęło. Może to wiosna, może tamto poczucie szczęścia z warsztatów, które nie dawało mi spokoju.
— Chciałabym iść na florystykę. Jest taka szkoła policealna w Krakowie...
Zapadło milczenie. Na moment nawet zegar na ścianie jakby przestał tykać. Babcia uśmiechnęła się z zaskoczeniem, ale nie powiedziała nic. Mama odłożyła sztućce.
— Kaja, nie rób sobie żartów — powiedziała cicho, ale stanowczo.
— Mówię poważnie — odpowiedziałam, nagle czując, że mam ściśnięte gardło.
— Myślałem, że jesteś rozsądniejsza — rzucił ojciec. — Przecież to jakiś zawód… sezonowy.
— Czy ty rozumiesz, co ty chcesz z tym zrobić? Bukieciki na cmentarz? — dokładała mama.
— To nie jest wstydliwa praca — próbowałam się bronić.
— Jest. Dla ciebie powinna być — powiedziała mama bez mrugnięcia okiem.
Wstałam od stołu i już nie wróciłam.
Nie dostanę od nich ani złotówki
Przez kolejne dni nie rozmawialiśmy prawie wcale. Mama udawała, że nic się nie stało. Ojciec patrzył na mnie z takim rozczarowaniem, jakbym ogłosiła, że planuję karierę złodziejki. Babcia próbowała ratować sytuację, przysyłając mi do pokoju herbatę i czekoladki, ale cisza wisiała w powietrzu jak ciężka kotara.
W szkole też było mi trudno. Koleżanki rozmawiały o maturze z matmy, korepetycjach z historii, a ja wciąż widziałam przed oczami kompozycję, którą zrobiłam na warsztatach — bukiet ślubny z róż angielskich i bzu, ułożony jak marzenie. Zaczęłam szukać pokoju do wynajęcia w Krakowie. Na razie nie mówiłam nikomu. Wiedziałam jedno: nie dostanę od nich ani złotówki.
Zrezygnowałam z korepetycji, poszłam do pracy w cukierni na weekendy. Każdą zarobioną złotówkę chowałam do koperty z napisem „moja przyszłość”. Kiedy któregoś wieczoru mama zajrzała do mojego pokoju, by z pretensją rzucić:
— Myślałam, że już przemyślałaś tę swoją głupotę...
Odpowiedziałam spokojnie:
— Właśnie dlatego przemyślałam. I już wiem, że jadę.
— Gdzie? — zapytała lodowatym tonem.
— Tam, gdzie nikt się nie wstydzi, że jestem sobą.
Wreszcie jestem sobą
Wyjechałam tydzień po maturze. Spakowałam walizkę, zostawiłam kartkę na biurku. Nie chciałam kłótni. Nie liczyłam na zrozumienie. Wiedziałam, że jeśli zostanę, znów wciągnie mnie ich plan — jak lej błotny, z którego nie da się uciec bez szwanku.
W Krakowie nie było łatwo. Pokój miał cienkie ściany i zimne kaloryfery. W szkole florystycznej byłam najstarsza, ale za to najbardziej zdeterminowana. Po miesiącu miałam już staż w kwiaciarni, a po trzech pierwsze zlecenie na dekorację komunijną. Rodzice zadzwonili po dwóch tygodniach. Mama mówiła chłodno. Ojciec pytał, czy mi „przeszło”. Nie przeszło. Wreszcie czułam, że żyję po swojemu. Może mniej wygodnie. Może mniej dumnie w ich oczach, ale prawdziwie.
Czasem mam wrażenie, że wciąż próbują się pogodzić z tym, kim jestem. A może po prostu nadal im wstyd. Trudno. Wolę być dla nich zawodem niż własnym więźniem. Dziś prowadzę swoją pracownię. Kiedy dziewczyny przychodzą po bukiety ślubne, słucham ich historii i układam dla nich emocje z płatków, zieleni i zapachów. Nie jestem córką, którą chcieli. Ale wreszcie jestem sobą.
Kaja, 21 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Obiecałam córce, że zapłacę za jej studniówkę. Zostałam wrogiem numer 1, bo nie spełniłam wszystkich jej wymagań”
- „Obiad na Dzień Babci do dziś odbija mi się czkawką. To wtedy przejrzałam na oczy, że rodzina ma mnie w nosie”
- „Moja córka uciekła z balu karnawałowego. Zrobiła coś głupiego, ale to nie powód, by wytykać ją palcami”

