Reklama

W moim domu nigdy nie brakowało pieniędzy. Miałam wszystko, czego można było chcieć: najnowszy telefon, designerskie ubrania, egzotyczne wakacje. Moi rodzice ciężko pracowali i chyba myśleli, że to wystarczy, bym czuła się kochana. Nigdy nie brakowało rzeczy, ale brakowało ich — ich obecności, zainteresowania, zwykłego pytania, jak minął mi dzień. W zamian dostawałam przelewy. Czułam się jak projekt, który trzeba utrzymać, nie jak córka, którą można przytulić. Prawdziwe ciepło, bliskość i bezpieczeństwo znajdowałam tylko w jednym miejscu: u babci. Tylko tam czułam się naprawdę ważna, wysłuchana i… kochana.

Zazdrościłam koleżankom

– Proszę, to za piątkę z matmy — powiedział tata, kładąc na stole nowiutkie sneakersy.

Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Patrzyłam na te buty, jakby miały odpowiedzieć mi na pytanie, którego nie zadawałam na głos. Wszyscy mówili, że mam super rodziców. Kupowali mi wszystko, czego chciałam, zanim zdążyłam o to poprosić. Nowy laptop, kiedy poprzedni się lekko zarysował. Torebka z logo marki, której nawet nie umiałam wymówić. Tylko że nikt nie widział, jak bardzo byłam głodna... nie jedzenia, tylko uwagi.

Gdy przychodziłam ze szkoły, dom był pusty. Mama czasem pisała SMS-a: „W lodówce obiad. Nie zapomnij odrobić lekcji. Kochamy Cię”. Nigdy nie było tam serca, emoji, nic osobistego. Po prostu funkcjonalne komunikaty. Wiedziałam, że mama jest zajęta, miała swoją kancelarię, prowadziła ważne sprawy. Tata był w ciągłych delegacjach, telefon miał zawsze przy uchu, nawet w weekendy. Kiedyś zapytał mnie, jak mi poszło na klasówce, ale zanim zdążyłam odpowiedzieć, już rozmawiał z klientem. Zazdrościłam koleżankom, których mamy dzwoniły w ciągu dnia tylko po to, by zapytać, czy wszystko w porządku. U mnie nikt nie pytał. Liczyły się wyniki.

Wyszłam bez słowa

Nasza willa miała cztery łazienki i basen w ogrodzie. Stąpałam po marmurze, a w salonie wisiał obraz, który kiedyś widziałam w jakimś katalogu dla kolekcjonerów. Mój pokój był większy niż całe mieszkanie mojej koleżanki z klasy. A mimo to czułam się jak w pustym pudełku, w którym tylko echo odpowiadało na moje myśli.

— Dlaczego nie przyjdziesz na mój występ? v spytałam mamę, kiedy przygotowywaliśmy się na koniec roku szkolnego.

— Kochanie, mam ważne spotkanie z klientem. Sama rozumiesz, to moja praca — odpowiedziała, nie odrywając wzroku od ekranu laptopa.

— A tata?

— Jest w Monachium, wróci w niedzielę.

Wyszłam bez słowa. Na występie siedziały babcie, mamy i ojcowie. W klasie dziewczyna z mojej ławki pomachała mamie, która od razu uśmiechnęła się szeroko. Ja grałam na flecie, ale nie miałam dla kogo się starać. Po wszystkim podeszła do mnie wychowawczyni i powiedziała:

— Przepięknie zagrałaś. Rodzice nie mogli być?

— Nie, są bardzo zajęci — rzuciłam i szybko poszłam do szatni.

Wielki dom, piękne rzeczy, ale żadnych świadków moich małych sukcesów. Żadnej dumy w czyichś oczach.

Nie musiałam niczego udowadniać

Każde lato spędzałam u babci. To były moje najlepsze miesiące w roku. Tam nikt nie mówił o wynikach w nauce ani o inwestycjach. Babcia nie miała dużo pieniędzy, ale miała czas. I miała mnie.

Zróbmy dziś naleśniki z dżemem, co? — zaproponowała któregoś ranka, jeszcze w szlafroku.

— A nie miałaś iść do przychodni? — zapytałam.

— Zdążę. Naleśniki są ważniejsze — odpowiedziała i puściła do mnie oko.

Rozmawiałyśmy o wszystkim. O tym, co śniło mi się w nocy, o chłopaku z klasy, który czasem na mnie patrzył, i o tym, że boję się liceum. Babcia słuchała, nie przerywała. Kiedy byłam smutna, przytulała mnie bez pytania. Jej ramiona pachniały ziołowym kremem i bezpieczeństwem. Wieczorami siedziałyśmy na ławce przed domem, patrząc w niebo.

— Wiesz, ja też nie miałam łatwego dzieciństwa — powiedziała raz. — Ale najważniejsze to dawać ludziom miłość. Bo to jedyne, czego nie da się kupić.

Te słowa zostały we mnie na długo. Tylko u babci byłam naprawdę sobą. Nie musiałam niczego udowadniać. Nie byłam projektem, tylko wnuczką, którą się kocha. Z końcem wakacji płakałam, że muszę wracać.

Pozwolili mi odejść

Babcia zmarła pół roku później, a ja długo nie mogłam się pozbierać. Po maturze rodzice chcieli, żebym poszła na prestiżowe studia za granicą. Powtarzali, że to inwestycja w przyszłość. Wysłali mi katalogi, opłacili korepetycje, załatwili konsultacje z doradcą zawodowym.

— To twoja szansa. Takie okazje nie trafiają się wszystkim — mówił tata, jakby życie było giełdą.

A ty czego chcesz? — zapytała mnie kiedyś ciocia, siostra mamy, na pogrzebie babci.

Zatkało mnie. Nikt nigdy nie pytał mnie o to, czego ja chcę. Wszyscy tylko planowali za mnie, układali przyszłość, jakby była strategią marketingową. Zdałam na uczelnię w Londynie. Spakowałam walizki, ale tuż przed wyjazdem usiadłam w swoim pokoju i spojrzałam na ścianę, gdzie wisiało zdjęcie z babcią. Miała tam uśmiechnięte oczy i ręce w mące — robiłyśmy wtedy szarlotkę.

— Nie wiem, czy tego chcę — powiedziałam w pusty pokój.

Zadzwoniłam do rodziców. Powiedziałam, że zostaję. Że chcę spróbować własnej drogi, nie tej zaplanowanej dla mnie. Zapanowała cisza. Potem mama tylko rzuciła:

— Rób, jak uważasz.

Nie krzyczeli. Nie błagali. Po prostu pozwolili mi odejść... jak zawsze.

Pogodzili się z moim wyborem

Zostałam w kraju. Wynajęłam małe mieszkanie, zaczęłam studia na kierunku, który sama wybrałam: psychologia. Chciałam zrozumieć ludzi, ich emocje, brak emocji, motywacje. Może nawet bardziej niż ludzi chciałam zrozumieć swoich rodziców. Dlaczego tak trudno było im mnie pokochać inaczej niż przelewem. Dlaczego w ich oczach bliskość równała się zależności, a zależność słabości.

Dziś wiem jedno. Żadne pieniądze nie wypełnią pustki po relacji, której nie było. Żaden prezent nie zastąpi rozmowy, w której ktoś pyta: jak się czujesz i naprawdę słucha. Tę miłość dostałam tylko od babci. Czasem, gdy gotuję sobie jej naleśniki, czuję, jakby była obok. I wtedy przestaję się bać.

Z rodzicami mam kontakt. Suchy, rzeczowy, ale spokojny. Pogodzili się z moim wyborem. Myślę, że nigdy nie zrozumieli, dlaczego ich obecność była dla mnie ważniejsza niż ich sukcesy. Może to już nie ma znaczenia. Wiem, kim jestem. Wiem, że potrafię kochać inaczej. I że nie powtórzę ich błędów.

Alicja, 21 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama