Reklama

Zawsze wydawało mi się, że sukces ma smak szampana i zapach drogich, skórzanych foteli w klimatyzowanych gabinetach. Przez dziesięć lat karmiłam się wizją tego momentu, w którym wreszcie stanę na szczycie, a wszyscy, którzy we mnie wątpili, będą musieli spuścić wzrok. Kiedy jednak dopięłam swego, okazało się, że sukces smakuje zupełnie inaczej. Ma metaliczny posmak zimnej kawy wypijanej o trzeciej nad ranem i zapach pustego domu, w którym moje własne dzieci przestały pytać, czy mama dzisiaj wróci przed ich snem. To nie jest opowieść o porażce. To historia o zwycięstwie, które okazało się cięższe od najgorszej klęski.

Zapadła krótka cisza

Pamiętam ten dzień z fotograficzną dokładnością. Deszcz bębnił o wielkie, panoramiczne okna sali konferencyjnej na trzydziestym piętrze, ale dla mnie słońce świeciło jaśniej niż kiedykolwiek. Prezes, człowiek oszczędny w słowach i gestach, uścisnął moją dłoń z rzadko spotykanym u niego uznaniem.

Gratuluję, pani dyrektor — powiedział, a te dwa słowa brzmiały w moich uszach jak najpiękniejsza symfonia.

Dyrektor Strategii Globalnej. Stanowisko, o które walczyłam kłami i pazurami przez ostatnią dekadę. Stanowisko, dla którego robiłam dodatkowe kursy w weekendy, dla którego zarywałam noce nad raportami, gdy inni oglądali seriale. Wreszcie to miałam. Nie tylko tytuł. Miałam budżet, o jakim wcześniej mogłam tylko marzyć, zespół dwudziestu najlepszych specjalistów w kraju i pensję, która pozwalała mi nie martwić się o przyszłość moich bliźniaczek, Mai i Lenki.

Wyszłam z gabinetu prezesa, czując, jak adrenalina pulsuje mi w skroniach. Pierwszą osobą, do której zadzwoniłam, był Fabian, mój mąż.

— Dostałam to — szepnęłam do słuchawki, stojąc w windzie, żeby nikt nie usłyszał drżenia w moim głosie.

— Naprawdę? Agata, to niesamowite! — Jego radość była szczera, choć wyczułam w niej nutę ostrożności. — Wiedziałem, że ci się uda. Jesteś niesamowita. O której będziesz w domu? Musimy to uczcić.

Spojrzałam na zegarek. Była szesnasta. W nowej roli dzień pracy dopiero się rozkręcał.

Dzisiaj nie dam rady, kochanie. Muszę przejąć dokumentację od poprzednika, mam spotkanie z zarządem o osiemnastej, a potem wideokonferencję ze Stanami. Będę późno.

Zapadła krótka cisza.

— Jasne. Rozumiem. To w końcu twój wielki dzień. Zjemy z dziewczynkami kolację sami. Powiem im, że mama podbija świat.

Rozłączyłam się z poczuciem dumy, ale i dziwnego ukłucia w żołądku. Zignorowałam je. Przecież robiłam to dla nich. Dla nas. Nowy dom z ogrodem, najlepsze szkoły, wakacje na Malediwach. To wszystko było teraz na wyciągnięcie ręki. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że waluta, którą przyjdzie mi za to zapłacić, nie jest wymienialna w żadnym banku.

Jak mogłam zapomnieć?

Przez pierwszy miesiąc działałam jak na autopilocie napędzanym euforią. Moje biurko przypominało centrum dowodzenia wszechświatem. Każda decyzja przechodziła przeze mnie, każdy e-mail wymagał mojej atencji. Wymagałam perfekcji od siebie i od innych, bo wiedziałam, że na moje miejsce czyhało co najmniej trzech kandydatów z wewnątrz firmy. Szczególnie Robert, ambitny trzydziestolatek, który patrzył na mnie z fałszywym uśmiechem, czekając na najmniejsze potknięcie.

Nie mogłam sobie pozwolić na błąd. Nie mogłam sobie pozwolić na słabość. Mój dzień zaczynał się o piątej rano. Szybki prysznic, przegląd rynków azjatyckich przy kawie, wyjście z domu, gdy dziewczynki jeszcze spały. Wracałam po dwudziestej drugiej, gdy zazwyczaj już spały. Widywałam je głównie w weekendy, a i wtedy często siedziałam z nosem w laptopie, odpisując na „pilne” wiadomości.

Pewnego czwartku, tuż przed ważną prezentacją budżetową, zadzwoniła moja mama, która często pomagała nam przy dzieciach.

— Agatko, dzwonię, bo Maja płacze od godziny — powiedziała z troską.

— Co się stało? Jest chora? — zapytałam, jednocześnie kreśląc poprawki na wykresie sprzedaży.

— Nie. Ale dzisiaj w szkole mieli przedstawienie z okazji Dnia Matki. Wszystkie mamy były. Tylko ciebie i mamy Piotrusia brakowało, ale mama Piotrusia jest w szpitalu.

Zamarłam. Długopis wypadł mi z ręki i potoczył się pod biurko. Dzień Matki. Jak mogłam zapomnieć? Miałam to wpisane w kalendarzu w telefonie, ale asystentka przesunęła mi spotkanie z kluczowym klientem na tę samą godzinę. Nawet nie zaprotestowałam. Priorytety same ustawiły się w mojej głowie: praca była koniecznością, przedstawienie szkolne opcją.

— Powiedz jej... powiedz jej, że bardzo przepraszam. Że mamusia ma bardzo ważną pracę, dzięki której kupimy jej ten nowy rower — powiedziałam, czując, jak słowa grzęzną mi w gardle. Brzmiały pusto i fałszywie.

— Agata, ona nie chce roweru. Ona chciała, żebyś pomachała jej z widowni. — Głos mamy stwardniał. — Robisz karierę, rozumiem. Ale nie zapomnij, po co to robisz.

Rozłączyła się. Siedziałam w moim pięknym, przeszklonym gabinecie z widokiem na panoramę Warszawy i po raz pierwszy poczułam, że te ściany nie są ze szkła, ale z lodu.

Były obojętne

Mijały kolejne miesiące. Awans ugruntował moją pozycję. Byłam szanowana, cytowana w branżowych mediach, zapraszana na panele dyskusyjne. Moje konto bankowe pęczniało, a Fabian kupił nowy samochód. Z zewnątrz wyglądaliśmy jak rodzina z reklamy funduszu emerytalnego. Sukces, uśmiechy, stabilizacja. Wewnątrz jednak nasz dom zamieniał się w hotel. Fabian przestał pytać, o której wrócę. Po prostu zakładał, że nie będzie mnie na kolacji. Przejął wszystkie obowiązki: wywiadówki, wizyty u dentysty, zakupy, odrabianie lekcji. Stał się dla dziewczynek matką i ojcem w jednym. Ja stałam się „gościem specjalnym”, który wpada w weekend, przywozi drogie prezenty, robi trochę zamieszania i znika w poniedziałek rano.

Pewnego wieczoru wróciłam wyjątkowo wcześnie, bo około dziewiętnastej. Projekt został zamknięty, mogłam odetchnąć. Weszłam do domu z uśmiechem, niosąc wielkie pudełko najlepszych lodów.

— Niespodzianka! — zawołałam od progu.

W salonie panowała cisza. Dziewczynki siedziały na dywanie i układały klocki. Fabian czytał książkę w fotelu. Na mój widok Lenka podniosła głowę.

O, cześć, mamo — powiedziała beznamiętnie i wróciła do zabawy.

Maja nawet nie spojrzała.

— Cześć — rzucił Fabian, nie odrywając wzroku od strony. — Jesteś głodna? Zostało trochę makaronu w lodówce.

Podeszłam do dziewczynek.

— Kupiłam lody waniliowe z kawałkami czekolady. Wasze ulubione — spróbowałam zachęcić je entuzjazmem, który w pracy porywał tłumy.

— Dzięki, ale jadłyśmy już deser — mruknęła Maja. — Tata upiekł ciasto.

Stałam tam z tym pudełkiem lodów, w garsonce za kilka tysięcy złotych, i czułam się jak intruz we własnym domu. One nie były złe. Nie krzyczały. To byłoby łatwiejsze. One były obojętne. Przyzwyczaiły się do mojej nieobecności tak bardzo, że moja obecność stała się dla nich czymś zbędnym, naruszającym ich ustaloną rutynę.

— Czy my w ogóle jeszcze jesteśmy rodziną? — zapytałam cicho Fabiana, gdy dziewczynki poszły myć zęby.

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem. Zobaczyłam siwe pasma na jego skroniach, których wcześniej nie zauważyłam.

— Jesteśmy, Agata. Ale to ja trzymam ten dach, żeby nie spadł nam na głowy. Ty tylko płacisz za czynsz. Chciałaś tego stanowiska, prawda? Mówiłaś, że to twoje marzenie. Więc żyjemy w twoim marzeniu. Tylko nie dziw się, że w tym marzeniu nie ma miejsca na codzienne życie.

Bankiet był wspaniały

Punkt zwrotny nastąpił w listopadzie. Firma organizowała wielki bankiet roczny. Miałam odebrać nagrodę za innowacyjność. To był szczyt moich zawodowych pragnień. Statuetka, oklaski, uznanie branży. Dzień wcześniej podczas szkolnej wycieczki do kina Lenka złamała nogę. Fabian miał wyjazd służbowy, którego nie mógł odwołać. Zostaliśmy tylko my i moja kariera.

— Musisz z nią zostać — powiedział Fabian, pakując walizkę. — Niania też jest chora. Twoja mama wyjechała do sanatorium. Nie ma nikogo innego.

Patrzyłam na zrozpaczoną buzię mojej córki i na telefon, w którym wibrowały powiadomienia od prezesa. „Przemówienie gotowe?”, „Media będą o 20:00”. To była chwila próby. Wiedziałam, co powinnam zrobić. Każdy poradnik, każdy film familijny mówiłby: zostań z dzieckiem. Ale życie to nie film.

Zamówię prywatną opiekę medyczną. Pielęgniarka przyjedzie za godzinę i zostanie z nią do rana — powiedziałam, nie patrząc mężowi w oczy.

Michał zatrzymał się w pół kroku.

— Żartujesz, prawda? Twoja córka ma złamaną nogę, nie może się ruszyć z miejsca, a ty chcesz zostawić ją z obcą kobietą, żeby odebrać kawałek szkła na bankiecie?

— To nie jest kawałek szkła! — krzyknęłam, a stres ostatnich miesięcy wylał się ze mnie falą gniewu. — To jest podsumowanie dziesięciu lat mojej ciężkiej harówki! Nie mogę tam nie być! Nie rozumiesz, ile mnie to kosztowało?!

— Rozumiem — odpowiedział spokojnie, co zabolało bardziej niż krzyk. — Kosztowało cię to nas.

Wyszedł. Zamówiłam pielęgniarkę. Profesjonalistkę, z najlepszej kliniki. Lenka spała, gdy wychodziłam w mojej jedwabnej sukni. Nawet się nie obudziła. Bankiet był wspaniały. Światła, muzyka, gratulacje. Kiedy wyczytano moje nazwisko, weszłam na scenę przy burzy oklasków. Ściskałam statuetkę, uśmiechałam się do fleszy. Czułam triumf. Czysty, nieskalany triumf. A potem spojrzałam na telefon, który trzymałam ukryty w torebce pod stołem.

Jedna wiadomość od pielęgniarki: „Lenka się obudziła. Pytała o mamę. Zrobiłam jej herbatę i zasnęła ponownie. Wszystko pod kontrolą”.

Wszystko pod kontrolą. Te słowa brzmiały jak wyrok. Wygrałam w pracy. Byłam królową korporacji. Ale w najważniejszym rankingu mojego życia spadłam na samo dno. Otoczona ludźmi, którzy klaskali mojemu sukcesowi, czułam się najbardziej samotną osobą na świecie. Robert, ten sam, który czyhał na moje stanowisko, podszedł do mnie z kieliszkiem.

— Gratuluję, Agato. Zasłużyłaś. Jesteś maszyną, nie człowiekiem. Podziwiam to.

Powiedział to jako komplement. Dla mnie zabrzmiało to jak diagnoza. Stałam się maszyną. Wydajną, niezawodną, generującą zyski maszyną, która zgubiła gdzieś po drodze funkcję „człowieczeństwo”.

Potem zadzwoniłam do Fabiana

Tamtej nocy nie zostałam na afterparty. Wróciłam do domu taksówką, wciąż w pełnym makijażu i drogiej sukni. Pielęgniarka siedziała w salonie, czytając książkę.

— Jak ona? — zapytałam szeptem.

— Śpi spokojnie. Przynajmniej się nie nudzi.

Zapłaciłam jej podwójnie i odprawiłam. Weszłam do pokoju dziewczynek. Usiadłam na brzegu łóżka Lenki. Wyglądała tak niewinnie, tak bezbronnie. Obok spała Maja. Patrzyłam na nie i płakałam. Cicho, żeby ich nie obudzić. Łzy rozmazywały mój idealny makijaż, kapały na drogą satynę sukienki. Zrozumiałam wtedy jedną rzecz. Nie rzucę tej pracy. Nie po to walczyłam dekadę, by teraz zrezygnować i udawać, że mogę być nagle domową gospodynią. To byłoby kłamstwo wobec samej siebie.

Kocham moją pracę. Kocham to poczucie sprawczości. Ale zrozumiałam też, że cena, którą płacę, jest absurdalna. Że dałam sobie wmówić, iż muszę pracować czternaście godzin, by udowodnić swoją wartość. Że pozwoliłam, by strach przed Robertem i jemu podobnymi sterował moim życiem.

Następnego dnia weszłam do gabinetu o dziewiątej, nie o siódmej. Zwołałam zespół.

— Od dzisiaj zmieniamy zasady — powiedziałam twardo. — Kończymy spotkania o siedemnastej. Żadnych maili w weekendy, chyba że budynek płonie. Efektywność to nie liczba godzin przesiedzianych przy biurku, ale rezultaty. Jeśli nie potrafimy zrobić swojej roboty w osiem godzin, to znaczy, że jesteśmy źle zorganizowani, a nie pracowici.

Patrzyli na mnie ze zdziwieniem. Robert prychnął cicho.

— A co z wynikami? Zarząd nas zje.

Spojrzałam mu prosto w oczy.

— Ja odpowiadam przed zarządem. Ty odpowiadasz przede mną. Czy to jasne?

Potem zadzwoniłam do Fabiana.

— Wiem, że to nie naprawi wszystkiego — zaczęłam bez wstępów. — Wiem, że zawaliłam i że dziewczynki traktują mnie jak obcą. Ale chcę to naprawić. Nie rzucę pracy, Fabian. Ale rzucam ten chory styl bycia w pracy. Będę w domu o osiemnastej. Codziennie.

— Uwierzę, jak zobaczę — odpowiedział chłodno.

Czasem trzeba odpuścić

Minęły dwa lata. Nie stał się żaden cud. Dziewczynki nie rzuciły mi się na szyję następnego dnia. Odbudowanie ich zaufania było najtrudniejszym projektem w mojej karierze, trudniejszym niż jakakolwiek fuzja czy przejęcie. Musiałam nauczyć się słuchać o problemach w szkole, które wydawały mi się błahe w porównaniu z wahaniami giełdowymi. Musiałam nauczyć się powstrzymywać, gdy chciałam sprawdzić maila podczas kolacji. Musiałam zaakceptować, że w firmie niektórzy uznali mnie za „mniej zaangażowaną”, mimo że wyniki mojego działu wcale nie spadły — wręcz przeciwnie, wypoczęci ludzie pracowali lepiej.

Fabian wciąż jest ostrożny. Nasze małżeństwo nosi blizny tamtego okresu. Czasem, gdy się kłócimy, wypomina mi tamten Dzień Matki albo noc z pielęgniarką. Mam do niego o to żal, ale wiem, że ma prawo. Dziś jestem dyrektorem. Mam pieniądze, prestiż i wpływy. Ale wiem już, że to tylko narzędzia, a nie cel sam w sobie. Wczoraj Maja przyszła do mnie z prośbą o pomoc w matematyce. Nie do taty. Do mnie. Siedziałyśmy nad ułamkami przez dwie godziny. Nie odebrałam w tym czasie trzech telefonów.

To był mój największy sukces w tym kwartale. Zrozumiałam, że można mieć wszystko, ale nie można mieć wszystkiego naraz w tej samej intensywności. Czasem trzeba odpuścić bycie idealnym pracownikiem, żeby być wystarczająco dobrą matką. I to „wystarczająco” musi mi wystarczyć. Dziś wieczorem znowu będę w domu o osiemnastej. I to jest fakt, który nie podlega dyskusji.

Agata, 44 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama