Reklama

Początek stycznia był dla mnie zawsze trudny. Nie chodzi tylko o powrót do pracy czy zimowe poranki, kiedy śnieg przykleja się do butów, a palce drętwieją od chłodu. To coś głębszego. To ten moment, gdy dom po świętach nagle milknie. Już nie słychać dźwięku prezentów rozrywanych w pośpiechu, nie pachnie barszczem ani piernikiem. Wtedy zostaje tylko cisza – ta najgorsza, bo mówi najwięcej.

Siedziałam na kanapie w grubych, szarych skarpetach, z herbatą, która już dawno ostygła. Za oknem sypał śnieg – duże płatki opadały na parapet, powoli, niemal leniwie. Tak jakby świat chciał mnie zmusić do zatrzymania. Do cofnięcia się.

Trzeba się za to w końcu zabrać – powiedziałam sama do siebie i wstałam. Moje ciało nie protestowało, ale coś we mnie – coś cichszego – błagało, żeby zostać. Żeby nie otwierać tych drzwi.

Szafa w sypialni. Otworzyłam ją szybko, zanim zdążyłam się rozmyślić. Wciąż tam wisiały. Jego rzeczy. Kurtka, bluza, dwa podkoszulki. Kiedy ostatni raz go widziałam, miał na sobie tę kurtkę – granatową, z przetartymi rękawami. Nie wiedziałam, czemu jeszcze tego nie wyrzuciłam. To przecież było skończone. Choć nie przeze mnie.

Coś było w kieszeni

Ściągnęłam kurtkę z wieszaka. Starego, lekko zaciągniętego, którego miałam się już dawno pozbyć. Kurtka była trochę duża, granatowa, z przetartymi rękawami i metką, która od dawna trzymała się tylko na jednym nitce. I ten zapach. Jakiś tani dezodorant, może trochę tytoniu. Miętowy? Kuba twierdził, że „czasem zapala”. Czasem, czyli wtedy, gdy myślał, że nie widzę.

Wsadziłam ręce do kieszeni, jakby próbując poczuć, czy została jakaś resztka jego obecności. Prawa kieszeń nie była pusta. W pierwszej chwili pomyślałam, że to papierek. Może bilet. Jakiś paragon. Sięgnęłam tam odruchowo, nie spodziewając się niczego szczególnego.

A potem zamarłam. Metaliczny chłód. Mały kształt, znajomy aż do bólu. Wyciągnęłam go powoli. Jakby dotykała czegoś zakazanego. Łańcuszek. Ten sam, który miał być dowodem, że mi ufa. Ten, którego zgubienie zrobiło ze mnie w jednej chwili kłamczuchę i zdrajczynię. Szukałam go wszędzie – w torebce, pod kanapą, nawet w samochodzie. Pamiętam, jak zaryłam kolanami o podłogę w kuchni, przeszukując każdy róg. Nic. A on był tutaj. W jego kieszeni.

Tu był… cały czas… – szepnęłam, jak idiotka.

Ścisnęłam go w dłoni, aż zabolało. Przecież to nie ja zawiodłam. To on nie zapytał. Nie poszukał. Po prostu ocenił i wyszedł. Z mojej wersji. Z mojego życia. Zostawił puste miejsce i ciężar, który teraz miałam z powrotem w ręce. Zimny. Tak jak jego spojrzenie tamtego dnia.

Wysłałam mu jedną wiadomość

Usiadłam w kuchni. Łańcuszek leżał przede mną na stole, błyszczący jak coś, co nie powinno już tu być. Nie pasował do mnie, do tej przestrzeni, która przez te tygodnie uczyła się, jak wygląda życie bez Kuby. Przesuwałam go palcem po blacie – raz w lewo, raz w prawo. Jakby to było coś w rodzaju testu na rzeczywistość. Czasem człowiek musi się przekonać, że to, co czuje, naprawdę się wydarzyło.

Telefon leżał obok. Ekran czarny, jak zawsze, gdy najbardziej człowiek liczy, że coś się zaświeci. Zrobiłam zdjęcie. Bez emocji. Po prostu – kurtka, łańcuszek, cisza. Wszystko, czego nie chciał wiedzieć. Przez moment wahałam się. Przecież mogłam po prostu usunąć jego numer. Udawać, że nie mam nic do powiedzenia. To jednak nie była prawda. Nie chodziło mi o rozmowę. Nie chciałam jego tłumaczeń, jego „nie wiedziałem”. Potrzebowałam powiedzieć, że nie ja zawiniłam i że wiem.

Pisałam kilka razy. Kasowałam. Za dużo słów. Za dużo emocji. To nie miało być wyznanie. To miał być koniec. W końcu wysłałam tylko zdjęcie i podpis:

„Znalazłam go w twojej kurtce. Leżał tam cały czas. Dobrze, że to się wtedy skończyło. M.”.

Odłożyłam telefon ekranem do dołu. Nie dlatego, że się bałam odpowiedzi. Tylko dlatego, że już nie musiałam jej czytać. On już raz wybrał milczenie. Teraz ja wybrałem je ponownie.

Wyniosłam to jak śmieci

Wstałam wcześniej niż zwykle. Mieszkanie było zimne, ale nie chciałam włączać kaloryfera. Ten chłód był jak lustro – nie odbijał nic poza prawdą. Trudną. Czystą. Założyłam stary polar i wyciągnęłam z szafy czarny worek. Taki z grubego plastiku, z nieprzyjemnym szelestem. Wzięłam go do sypialni i zaczęłam wrzucać rzeczy Kuby. Najpierw kurtka. Potem bluza – ta z kapturem, w której chodził po mieszkaniu, wciskając ręce w kieszenie i znikając w sobie. Potem koszulki. Leżały tam jak wyrzuty sumienia. Albo nie – jak przypadkowe eksponaty z wystawy o przeszłych uczuciach.

Zatrzymałam się przy bluzie. Przyłożyłam ją do twarzy. Szukałam zapachu, czegoś znajomego. Nic już tam nie było. Tylko materiał. Pamiątka po kimś, kogo znało się zbyt krótko, by zapamiętać. Wzięłam rzeczy i wsiadłam do auta.

Wysiadłam przed kontenerem obok supermarketu. Stał tam jak zawsze – zielony, lekko porysowany. Teraz wyrzucałam te rzeczy. Z serca. Wszystko. Usłyszałam metaliczny trzask zamykającej się klapy. Jakby coś się przypieczętowało.

Noworoczne porządki? – zagadnął starszy mężczyzna, przechodząc obok.

– Raczej porządki po starym życiu – odpowiedziałam i nawet się nie zdziwiłam własnym głosem.

Wróciłam do samochodu bez żalu, bez dramatów. Tylko z poczuciem, że zostawiłam tam coś, czego nie muszę już dźwigać.

Nie dostałam odpowiedzi

Wieczorem mieszkanie wydawało się jeszcze cichsze niż zwykle. Jakby zniknięcie tych kilku rzeczy zabrało ze sobą cały hałas, który do tej pory trzymał się ścian. Siedziałam w fotelu, zawinięta w koc, z kubkiem herbaty, której nawet nie miałam ochoty pić.

Spojrzałam na telefon. Cisza. Zero odpowiedzi. Żadnego „Kuba pisze...”, żadnego „przeczytano”. I nie, nie było mi z tym źle. Chyba po raz pierwszy w życiu zrozumiałam, że cisza potrafi być łaskawa. Że jeśli ktoś nie chce mówić, to nie warto zmuszać się do słuchania. Odłożyłam telefon na komodę. Nie dlatego, że przestałam czekać – tylko dlatego, że nie było już na co czekać.

Wstałam. Przeszłam do kredensu i otworzyłam. Leżał tam łańcuszek. Wsunęłam palce pod chłodny metal i przez moment tylko trzymałam go w dłoni. Potem – jakby testując własną odwagę – przyłożyłam do szyi. Pasował. Tak, jakby nigdy nie powinien był z niej zniknąć.

Nie zapięłam go. Po chwili odłożyłam z powrotem – między zapasowe baterie a stare zdjęcia z wakacji. Zasłużył na miejsce wśród rzeczy, które kiedyś coś znaczyły.

Nie jestem już tą samą osobą – powiedziałam cicho. – Ona by zapytała, dlaczego nie odpisał. Ja już nie muszę.

Nie było w tym dumy. Była tylko cisza. I spokój. Taki, na który czekałam znacznie dłużej, niż się przyznałam nawet przed sobą.

Nie mogłam o tym zapomnieć

Rano śnieg przykrył świat grubą, białą kołdrą. Zapięłam płaszcz pod szyję, ten nowy – grafitowy, prosty, kupiony w pierwszym tygodniu po rozstaniu. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że stanie się symbolem czegoś więcej niż tylko impulsywnego zakupu. Teraz nosiłam go z dumą. Był mój. Nieprzesiąknięty żadnymi wspomnieniami. Tylko teraźniejszością.

Na schodach minęłam sąsiadki. Coś szeptały. Słyszałam swoje imię. Uśmiechnęłam się do nich krótko i przeszłam dalej. Nie dlatego, że byłam ponad to. Po prostu nie chciało mi się już tłumaczyć swojego życia ludziom, którzy i tak nic z niego nie rozumieli.

Na przystanku czekała para – wtuleni w siebie, śmiejący się z czegoś, czego nie dało się usłyszeć z zewnątrz. Spojrzałam na nich z lekkim zdziwieniem. Kiedyś może poczułabym ukłucie zazdrości. Teraz po prostu poszłam dalej.

Przechodziłam obok kontenera. Tego samego. Stał jak zawsze, zardzewiały i obojętny. Zatrzymałam się na moment. Nie dlatego, że coś chciałam odzyskać. Po prostu… chciałam spojrzeć jeszcze raz. Jakby upewnić się, że to naprawdę już nie moje.

Z boku przejechał samochód, rozpryskując brudną wodę. Cofnęłam się instynktownie.

Uważaj! – krzyknął ktoś obok.

– Spokojnie. Nie trafiło – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się, nie patrząc nawet, kto to był.

Nie miałam już w sobie jego rzeczy. Ani słów. Ani ciężaru. Został tylko łańcuszek – zamknięty w szufladzie. I świadomość, że już nie potrzebuję nic więcej.

Dokończyłam porządki w sercu

Wieczorem zrobiłam sobie herbatę z imbirem. Mocną, lekko ostrą – taką, jaką lubiłam, zanim ktoś mi wmówił, że słodka z cytryną „lepiej pasuje do mnie”. Usiadłam w fotelu przy oknie, owinęłam się kocem. Cicho było. Aż za cicho, jak na miasto. Może to ja w końcu przestałam się tak kurczowo wszystkiemu przysłuchiwać.

Mieszkanie – choć małe – było teraz naprawdę moje. Bez jego kurtki, jego kubka, jego zapachu. Zdjęcia z wakacji włożyłam do kartonu i wsunęłam na górną półkę szafy. Nie dlatego, że chciałam o wszystkim zapomnieć. Po prostu – nie miały już znaczenia.

Wstałam. Otworzyłam szufladę w kredensie. Łańcuszek leżał tam, dokładnie tam, gdzie go zostawiłam. Podniosłam go, spojrzałam chwilę i… nic nie poczułam. Żadnej złości. Żadnego wzruszenia. Tylko chłód metalu. Włożyłam go do małego pudełka i zamknęłam wieczko. Nie potrzebowałam go już nosić. Nie potrzebowałam też odpowiedzi.

Wracając do fotela, przystanęłam przy oknie. Za szybą sypał śnieg – duży, ciężki. Piękny. Choć przez moment miałam wrażenie, że świat naprawdę potrafi się zresetować.

Nie każda historia zasługuje na drugą szansę – powiedziałam cicho do siebie.

Czasem jedno nieporozumienie wystarczy, żeby wszystko się skończyło. A czasem… to wystarczy, żeby wreszcie zacząć żyć. Zgasiłam światło i przeszłam do sypialni. Nie obejrzałam się za siebie.

Marta, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama