Reklama

Kiedy pierwszy raz przekroczyłam próg mieszkania po babci Zofii, ściskałam klucze tak mocno, jakby od tego zależało moje poczucie bezpieczeństwa. Miało być początkiem wspólnego życia z Jarkiem – bez kredytów i przeprowadzek. A jednak od progu czułam, że wchodzę w czyjąś historię, w przestrzeń, która wcale na mnie nie czekała.

To miał być nasz początek

Pierwsze dni upłynęły pod znakiem sprzątania. Otwierałam kolejne szuflady i znajdowałam w nich poukładane serwetki, stare przepisy zapisane drobnym pismem, zdjęcia Jarka z dzieciństwa. Czułam się jak ktoś, kto przegląda cudzy pamiętnik.

Zostaw to – powiedział Jarek, gdy chciałam przejrzeć jedną z teczek. – Mama może chcieć to zabrać.

„Mama może chcieć”. To zdanie wracało częściej niż się spodziewałam. Salon był ciemny. Brązowe ściany, ciężkie zasłony i masywna meblościanka sprawiały, że światło gasło, zanim zdążyło się rozlać po pokoju. Stałam tam któregoś popołudnia i wyobrażałam sobie jasne ściany, lekkie firany, półki z naszymi książkami.

– Jarek, a gdybyśmy tak to przemalowali? – zapytałam ostrożnie. – Na coś jaśniejszego?

– Jeśli chcesz – odpowiedział bez większego zastanowienia. – Mnie to nie przeszkadza.

Poczułam ulgę. Może wszystko da się pogodzić? Dzień później zadzwoniła teściowa, Danuta.

– Słyszałam, że planujecie zmiany – zaczęła bez wstępów.

– Tylko kosmetyczne – wyjaśniłam. – Chcemy trochę rozjaśnić.

Przyjechała jeszcze tego samego wieczoru. Weszła do salonu, rozejrzała się powoli, jakby sprawdzała, czy nic nie zniknęło.

– Ten kolor ścian mama wybierała miesiącami – powiedziała, przesuwając dłonią po farbie. – To nie jest zwykły brąz.

– Rozumiem sentyment – odpowiedziałam spokojnie. – Ale chcemy tu żyć po swojemu.

Żyć po swojemu można wszędzie – odparła chłodno. – A duszę miejsca łatwo zniszczyć.

Jarek stał między nami. Milczał. Kiedy Danuta wyszła, spojrzałam na męża.

– Dlaczego nic nie powiedziałeś?

– Nie chciałem dolewać oliwy do ognia – mruknął. – Wiesz, jaka jest mama.

Wiedziałam, ale coraz wyraźniej czułam, że każda moja decyzja będzie przechodzić przez jej filtr. Nawet wymiana zasłon stała się tematem rozmowy telefonicznej.

– Te ciężkie materiały chronią przed słońcem – usłyszałam od teściowej przez słuchawkę. – Mama je specjalnie sprowadzała.

Ale ja lubię światło – odpowiedziałam.

Zaczęłam analizować jej spojrzenia, półuśmiechy, ton głosu. Czułam się oceniana. Jakby ktoś sprawdzał, czy nadaję się do roli, którą już obsadzono – ale nie dla mnie. Mimo wszystko zdecydowałam się na pierwszy krok. Kupiłam jasną farbę. Kiedy stanęłam z wałkiem w ręku, serce biło mi szybciej, jakbym robiła coś zakazanego. Malowałam powoli, centymetr po centymetrze. Każda jasna plama była jak oddech. Przez chwilę naprawdę uwierzyłam, że wystarczy trochę koloru, żeby zmienić wszystko. Nie wiedziałam jeszcze, że to dopiero początek.

Dyskutowała z nami o każdym szczególe

Farba na ścianach w salonie jeszcze dobrze nie wyschła, kiedy przyszła teściowa. Stanęła w drzwiach i patrzyła na jasną przestrzeń tak, jakby ktoś przemeblował jej wspomnienia.

Nie poznaję tego miejsca – powiedziała cicho, niemal dramatycznie.

– O to chodziło – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.

Spojrzała na mnie ostro. Jarek próbował rozluźnić atmosferę.

– Mamo, to tylko farba.

– Dla ciebie – odpowiedziała. – Dla mnie to był dom mojej matki.

Atmosfera znowu zgęstniała. Czułam, jak w gardle rośnie mi gula, ale nie zamierzałam się wycofać. Najbardziej zależało mi jednak na kuchni. Stare szafki skrzypiały przy każdym ruchu, blaty były wytarte, a wąski zlew utrudniał wszystko.

Wieczorem rozłożyłam przed Jarkiem katalog z projektami.

Zobacz, jasne fronty, więcej miejsca do przechowywania. Wreszcie mogłabym gotować bez obijania się o kanty.

– Ładnie to wygląda – przyznał. – Ale mama…

– Znowu mama – przerwałam mu. – A my mamy coś do powiedzenia?

Milczał przez chwilę.

– Może mogłabyś trochę odpuścić? – zapytał w końcu. – Dla świętego spokoju.

Poczułam, jak coś we mnie pęka.

Mam mieszkać w muzeum?

Remont kuchni mimo wszystko się rozpoczął. Ekipa wyniosła stare szafki. Stałam w pustym pomieszczeniu i czułam ulgę. Do czasu, aż w drzwiach pojawiła się Danuta.

Co wy zrobiliście? – Jej głos drżał.

– Modernizujemy kuchnię – odpowiedział Jarek, unikając jej wzroku.

Bez pytania mnie o zdanie?

– To nasze mieszkanie – powiedziałam spokojnie, choć ręce mi drżały.

– Wasze? – powtórzyła. – Ledwo tu weszłaś i już wszystko zmieniasz. Obca osoba decyduje o rzeczach, które mają moją historię.

To słowo znów uderzyło. Obca.

Nie jestem obca – powiedziałam cicho. – Jestem żoną Jarka.

– Żoną – przytaknęła. – Żona to nie rodzina.

Uniosłam brwi. Jarek podszedł do matki.

– Mamo, proszę, nie rób z tego dramatu.

– Dla ciebie to dramat? – odparła. – Dla mnie to strata.

Kiedy wyszła, trzaskając drzwiami, usiadłam na podłodze wśród kartonów.

– Widzisz? – powiedziałam do Jarka. – Dla niej zawsze będę kimś z zewnątrz.

– Daj jej czas – westchnął. – Ona już tyle przeszła.

– A ja? – zapytałam. Nie odpowiedział.

Nowa kuchnia była piękna. Jasna, funkcjonalna, dokładnie taka, jaką sobie wyobrażałam. A jednak przy każdym otwarciu szafki czułam cień czyjejś dezaprobaty. Jakby ściany, choć świeżo postawione, wciąż szeptały, że przekroczyłam granicę.

Nasze rozmowy z Jarkiem stały się krótsze. Unikał tematu matki, a ja przestałam mówić o swoich planach. Coraz częściej łapałam się na tym, że zanim coś zaproponuję, zastanawiam się, co powie Danuta. Zrozumiałam, że walka o kuchnię to dopiero początek. Tak naprawdę nie chodzi o meble.

Jej plan wyszedł na jaw

Do tej rozmowy doszło w niedzielne popołudnie. Zaprosiłam teściową na obiad do nowej kuchni. Chciałam, żeby zobaczyła, że to miejsce może żyć dalej, tylko inaczej. Nakryłam do stołu jej ulubioną zastawą po babci Zofii. Starałam się połączyć przeszłość z teraźniejszością.

– Ładnie – powiedziała, siadając. – Przynajmniej talerze zostały.

Uśmiechnęłam się, choć poczułam ukłucie. Przez pierwsze minuty było spokojnie. Rozmawialiśmy o pracy Jarka, o pogodzie. Napięcie wisiało w powietrzu jak niewidoczna mgła.

– Muszę przyznać – zaczęła nagle Danuta – że nie tak to sobie wyobrażałam.

– Ale co dokładnie? – zapytałam.

Spojrzała na syna, potem na mnie.

– Myślałam, że po śmierci mamy to ja tu zamieszkam. Opiekowałam się nią do końca. To było… naturalne.

Jarek zesztywniał.

– Mamo, ale nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Babcia na mnie je przepisała.

– Nie trzeba było – odpowiedziała drżącym głosem. – Każdy to wiedział.

Zapadła cisza. Czułam, jak coś we mnie opada, ale tym razem nie była to złość. Raczej nagłe zrozumienie.

– Czyli to nie chodzi o ściany – powiedziałam cicho. – Ani o kuchnię.

Danuta spojrzała na mnie zaskoczona.

– Chodzi o to, że to miało być moje miejsce. Moja przyszłość. A teraz… – urwała.

– Teraz jestem tu ja – dokończyłam.

W jej oczach zobaczyłam żal, ale też coś jeszcze. Rozczarowanie skierowane nie tylko do mnie, lecz do całej sytuacji. Jarek wstał i podszedł do matki.

– Mamo, to wciąż twój dom. Zawsze możesz przychodzić.

Przyjeżdżać w gości – poprawiła go gorzko.

Patrzyłam na nich i nagle zrozumiałam, że stoję naprzeciw nie tyle teściowej, co kobiety, która straciła nie tylko matkę, lecz także wyobrażenie o tym, jak będzie wyglądać jej dalsze życie. Powinnam była poczuć ulgę. Wreszcie znałam prawdziwy powód. A jednak zamiast niej pojawiło się inne uczucie – świadomość, że w tej historii nie chodzi o farbę czy meble, tylko o miejsce w sercu.

– Dlaczego nie powiedziałaś wcześniej? – zapytał ją cicho.

Myślałam, że to oczywiste – odpowiedziała. – A potem było już za późno.

Spojrzała na mnie.

– Nie jesteś winna temu, co czuję. Ale trudno mi patrzeć, jak wszystko się zmienia.

Te słowa były pierwszymi, które zabrzmiały szczerze. Bez oskarżeń. Mimo to gdy Danuta wyszła, Jarek długo stał przy oknie. Pomyślałam, że nawet jeśli rozumiem jej żal, to moje potrzeby znów zeszły na dalszy plan. Jarek przede wszystkim martwi się o spokój mamy. Ja walczę nie o mieszkanie, lecz o swoje miejsce w jego życiu.

Może kiedyż znajdę tam szczęście

Po tamtej niedzieli między mną a Jarkiem zapadła cisza, która nie miała nic wspólnego ze spokojem. Mijaliśmy się w kuchni, w salonie, w przedpokoju – jakby każde z nas liczyło, że to drugie pierwsze zacznie rozmowę. Wieczorem usiedliśmy w salonie. Jasne ściany, o które tak walczyłam, odbijały chłodne światło lampy. Wszystko było uporządkowane, dopracowane. Tylko my byliśmy sobie coraz bardziej obcy.

Chcę porozmawiać – powiedziałam w końcu. – O nas. O tym, kim ja tu jestem.

Spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.

Jesteś moją żoną. To chyba jasne.

– Nie czuję tego – odpowiedziałam. – Czuję się jak ktoś, kto musi prosić o zgodę na każdy ruch.

Zapadła cisza. W końcu wstał i podszedł do okna.

Mama została sama – powiedział. – Straciła matkę. My mamy siebie.

– A ja mam ciebie? – zapytałam.

Odwrócił się powoli.

– Oczywiście.

– To dlaczego za każdym razem, gdy pojawia się konflikt, wybierasz jej spokój?

Nie podniósł głosu. Nie zaprzeczył.

Nie chcę wojny – odpowiedział cicho. – To tylko mieszkanie. Nie warto przez nie niszczyć relacji.

Poczułam, jak ogarnia mnie chłód.

– Dla mnie to nie jest tylko mieszkanie. To symbol. Jeśli tu nie mam prawa być sobą, to gdzie mam je mieć?

Jarek usiadł naprzeciwko mnie.

Czego ode mnie oczekujesz?

To pytanie bolało najbardziej, bo oznaczało, że naprawdę nie rozumie.

– Jasnej deklaracji – powiedziałam spokojnie. – Czy budujemy nasze życie, czy ja mam się dopasować do planu, który ktoś inny sobie wymyślił.

Długo milczał. Widziałam, jak waha się między lojalnością wobec matki a odpowiedzialnością za nasze małżeństwo.

Chcę, żeby było dobrze – powiedział w końcu. – Dla wszystkich.

– To niemożliwe – odpowiedziałam.

Kilka dni później byliśmy u teściowej na obiedzie. W pewnym momencie jej znajoma zapytała:

– I jak tam młodzi w nowym mieszkaniu?

Teściowa uśmiechnęła się lekko.

– Zobaczymy, jak się wszystko ułoży. Na starość różne rzeczy się zmieniają.

Spojrzała na mnie znacząco. W jej oczach była pewność, że ta historia jeszcze się odwróci.

W drodze do domu nie odzywaliśmy się do siebie. Dopiero w przedpokoju powiedziałam:

– Słyszałeś to, prawda?

– Mama tak tylko mówi – odparł zmęczonym tonem. – Nie doszukuj się podtekstów.

Nie musiałam się doszukiwać. Wiedziałam. Tego wieczoru stałam w naszej jasnej kuchni i patrzyłam na równe linie szafek. Wszystko było nowe, świeże, zgodne z moją wizją. A jednak nie czułam dumy. Czułam samotność. Nie wyprowadziłam się. Nie zrobiłam sceny. Zostałam. Nauczyłam się mówić mniej. Przestałam planować kolejne zmiany. Przestałam opowiadać o marzeniach związanych z tym miejscem. Formalnie to wciąż było nasze mieszkanie. Emocjonalnie – należało do przeszłości i do kobiety, która nigdy się z nim nie pożegnała.

Czasem zastanawiam się, czy można zbudować szczęście tam, gdzie od początku trzeba było walczyć o prawo do bycia sobą. Najtrudniejsze w tej historii jest to, że nikt mnie nie wyrzucił. Pozwolono mi zostać. Tylko że zostałam w miejscu, które nigdy nie stało się moim domem.

Eliza, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama